Z zagranicy

Feministki, aborcjoniści, dostawcy porno, komuniści i firmy technologiczne zwarli szeregi. Chcą usunięcia kapitalistów z Internetu

Osią sporu jest biurokracja. Amerykańska Federalna Komisja ds. Komunikacji chce zniesienia przepisów regulujących sieć. Lewica chce, aby rynek był regulowany. Za prezydenta Baracka Obamy 12 marca 2015 opublikowano deklarację w celu „ochrony i promocji Otwartego Internetu”. Tylko, że słowa mają tutaj odmienne znaczenie. Dla lewicy „Otwartość” oznacza zgodność z marksizmem i m. in. promocję homoseksualizmu, czy aborcji. Prawica z kolei koncentruje się na wolności gospodarczej.

Między 2011 a 2013 wskutek regulacji rządowych firmy straciły 212 miliardów dolarów. Tyle kosztowało je, aby reguły biurokratów były wcielone w życie. Otwarty Internet jako hasło tyczy się w tym sporze kwestii rozwoju infrastruktury i jej zarządzania, a nie wolności wypowiedzi sensu stricte. Lewica przedstawia działania firm jako cenzurę za pomocą „blokad, spowolnień i pierwszeństwa przez opłaty”. Wedle dokumentu brak blokad oznacza „dostęp do wszystkich (uprawnionych) źródeł w Internecie”. Ograniczenia w dostępie do treści tyczą się blokowania zawartości oraz braku ich dostępności. Pierwszeństwo przez opłaty oznacza, że kto płaci więcej ten ma priorytet w dostępie do infrastruktury, bo Internet działa mu szybciej.

Ograniczenia treści uderzają m. in. w branżę pornograficzną, bo pozwalają usługodawcy na odcięcie użytkowników od erotyki. Zarazem ograniczają bazę dla forsowania dewiacji. Pierwszeństwo przez opłaty oznacza w praktyce, że np. dostawcy infrastruktury dla sieci komórkowej mogą ograniczać prędkość transferu przy oglądaniu video, a przyśpieszać ją przy oglądaniu stron www. Zabieg ten pozwala na balansowanie kosztów utrzymania infrastruktury. Obejrzenie jednego filmu w tym samym czasie dla usługodawcy oznacza tyle, co obsłużenie np. kilkudziesięciu osób przeglądających strony internetowe. Przy części usług jedna osoba może pobierać naraz tyle danych i generować ruch taki jak kilkaset innych osób podczas używania Facebook (np. P2P).

Przegląd zainteresowanych utrzymaniem regulacji w sieci ukazuje kto na nich zyskuje. Biurokrację w Internecie popiera Fight for the Future przekonane do rozbrajania policji, ograniczania traktatów ekonomicznych takich jak TTP, CISA, odrzucających prawa własności do dzieł kultury, zwalczanie Donalda Trumpa. Proaborcyjna organizacja NARAL-Pro-Choice America chce zabijania nienarodzonych, eugeniki za pomocą farmacji jako realizacji „praw reprodukcyjnych” i odbieranie prawa ludziom do narodzenia się. Z kolei Center for Media Justice chce reprezentacji mniejszości, walki z rasizmem i praw człowieka (w tym przywilejów dla homoseksualistów).

Freepress Action Fund zajął się odcinaniem prezydenta Donalda Trumpa od źródeł finansowania pod hasłem walki z „nienawiścią”. Deman Progress sabotuje działania na rzecz ograniczenia przepływu muzułmańskich uchodźców. Pojawia się tu Amerykański Związek Wolności Obywatelskich (ACLU), następca jednego z odłamów Komunistycznej Partii USA, promotor związków zawodowych. Action Network i World’s Woman March stoją za ogólnoświatowym Marszem Kobiet promującym feminizm. Fark jest lewicową odmianą Wykopu, skoncentrowaną na promocji marksizmu przez ukazywanie m. in., jak Trump „niszczy” Amerykę. Generation Justice walczy o społeczeństwo wielokulturowe. Creative Commons chce skasowania prawa własności do dzieł kultury. 18MR chce społeczeństwa socjalistycznego z ubezpieczeniami od państwa, a prawicę uznaje za rasistów do zniszczenia.

Na powyższej liście się nie kończy. Pojawiają się społeczności programistów GitHub, czy StackOverflow. Towarzyszy im Netflix, doceniony przez portal LGBT Pride za promocję tematyki gender. Poparcia dla regulacji Internetu udziela również Amazon. Ten sam, który w 2015 zyskał miano „najlepiej odbieranej marki” w społeczności gender. Dziś Amazon oferuje zgodną z płcią kulturową odzież, czy filmy LGBT. Za regulacjami Internetu są też firmy z branży finansów kryptowalut, czy inwestycji takie jak Union Square Ventures. Ten ostatni finansuje społeczności programistów StackOverflow, KickStarter, SoundCloud, czy wyszukiwarkę DuckDuckGo – i zarazem te same firmy stoją za protestem w obronie „Otwartego Internetu”.

Problem wykracza poza kwestie infrastruktury. Za czasów prezydentury Baracka Obamy określono m. in. jak ma wyglądać kultura i polityka w sieci. Pojawia się tu związek z Bankiem Światowym i jego celami. „Zrównoważone Zasady Otwartego Internetu” pokrywają się z założeniami Zrównoważonego Rozwoju.

Kwestie prawne łączą ideologię z biznesem. Dla Netflix, wspierającego „Otwarty Internet” ta „otwartość” to nic innego, jak sterowanie cenami usług, aby klienci Netflix nie płacili więcej za fakt, że wideo obciąża bardziej infrastrukturę. Skutkiem takich działań jest wtrącanie się urzędników do rynku.

Dla NARAL „Otwarty Internet” znaczy nic innego, jak połączony z Connect America Fund. Regulacje o sieci, bowiem podnoszą zasadność finansowania z kieszeni podatników połączeń internetowych dla 23 milionów Amerykanów. Zabijanie dzieci nienarodzonych i dzieciobójstwo, jak i farmakologiczna eugenika w USA promowana m. in. przez Planned Parenthood łączy się z tzw. zdalnym zdrowiem (telehealth), czyli poradnictwem za pomocą technologii komunikacyjnych np. telefonów, czy komputerów. W praktyce za tym hasłem kryje się użycie Internetu do promowania aborcji, przekazywania rad oraz informacji, jak i gdzie się ją wykonuje.

Przy założeniu, że poza siecią ktoś nie uzyska informacji o aborcji np. w konserwatywnym miasteczku, Connect America Fund przekłada się średnio na 335,8 tys. zabójstw dzieci nienarodzonych. Odpowiada to liczbie aborcji jakich dokonała Planned Parenthood w 2011 roku, co przy średnim koszcie aborcji 468 dolarów oznacza 157 milionów dolarów zysku.

Podane wyżej szacunki pomijają m. in. promocję aborcji w innych źródłach np. w filmach, czy szkołach. Dane te upraszczają problem, bo pomijają, że inicjatywę „Otwartego Internetu” poparli m. in. Opera, ProtonMail, Slashdot, Progressive Change Campaing Committee, Minds, OSI, Mitu, Next Door, The Nation, PLOS, Race Forward, Spotify, Rock the Vote, Writers Guild of America, WakaTime, OFA, Imgur, Fuzzco, Fractures Atlas, Elastic, Dropbox. Nie ujmują też niuansów, że np. popierający regulacje Greenpeace w ramach Collective Libreation w 2014 promował m. in. ekspresję płci kulturowej (gender), co wykracza poza działania ekologiczne. Ta sama organizacja w Charlotte (Północna Karolina) wstawiła się za działaczami LGBT.

Przykład Greenpeace ilustruje, że popierający „Otwarty Internet” chcą, aby był on zamknięty na chrześcijaństwo. Odwołują się do marksizmu, ale maskowanego wolnością słowa. Często pod swoim szyldem realizują inne akcje wspierające lewicę, choć oficjalnie mają wąskie cele np. ekologię.

W tym świetle działania Donalda Trumpa są krokiem na rzecz oddania władzy nad Internetem ludziom. Ich decyzje ekonomiczne na rynkach kształtują, co się dzieje z firmami. Tylko, że wskutek rozrostu oraz istnienia biurokracji, a także regulowania ekonomii zmiany te będą symboliczne.

U lewicy budzi strach myśl o utracie kontroli nad siecią. Amerykańska Federalna Komisja ds. Komunikacji w czasach Obamy pisze o wolności słowa, ale łączy ją z 1968 rokiem, okresem rozkwitu w USA Nowej Lewicy oraz jej marszu przez instytucje. Odwołuje się do sprawy Thomasa F. Cartera. Jego wynalazek pozwolił na połączenie urządzeń radiowych z liniami telefonicznymi, co nie podobało się AT&T. Dzięki tzw. decyzji Cartefone rozwinął się rynek modemów, faksów i mógł narodzić się sieciowy komunizm, technologiczne dziecko Nowej Lewicy.

Biurokraci w tej sprawie zrezygnowali z ukazywania korzeni prawdziwej wolności w chrześcijaństwie oraz wyciągania wniosków, że „otwartość” ma swoje granice. Dla nich liczy się zamykanie Internetu w marksistowskiej pułapce. Tyle, że chowanej za nowymi sloganami.

 

Jacek Skrzypacz

 

WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

6 komentarzy

6 Komentarzy

  1. Olrob

    14 lipca 2017 at 14:12

    Wystarczy spakować plik i już operator nie będzie wiedział czy przesyłamy plik video, zdjęcia, czy tekst. Rozpakowywanie każdego pliku za dużo kosztowałoby operatora.

  2. franek23

    14 lipca 2017 at 20:15

    To nie zmienia metadanych…

    *

    Wyczytałem, że FB poparł akcję. Koniec Internetu nadchodzi coraz blizej!

    • Faszysta

      15 lipca 2017 at 13:02

      Nie panikowac, tow. Kim i Maduro chetnie udostepnia serwery. Ten pierwszy i satelity. Pozatym jest… DEEP NET!

  3. Ochroniarz

    14 lipca 2017 at 21:40

    Mówił o tym Pan Krzysztof Karoń. Można obejrzeć jego wykłady o marksizmie i jego kolejnym obliczu czyli „gender”. Wyjaśnia on dlaczego wszelakiej maści lewactwo tak bardzo chce zniszczyć kapitalizm. I nie jest to bynajmniej wymysł kacapów ani obecnych eurokratów.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najpopularniejsze

Góra