Kościół

„A jednak się kręci!” – o micie prześladowania Galileusza

Gdyby zapytać przeciętnego Polaka o to, co spotkało Galile­usza to zapewne by odparł, że z powodu przekonania, że ziemia krę­ci się wokół słońca spotkały go tortury i kara śmierci. Bardziej wy­kształcony mógłby dopowiedzieć, że Galileusz po usłyszeniu skazu­jącego wyroku odparł z dumą przed sądem inkwizycyjnym: „A jed­nak się kręci!”. Problem w tym, że te odpowiedzi byłyby oparte na kłamstwach.

 

Dzisiaj wiemy, że dopiero w 1757 r., a więc ponad sto lat po procesie Galileusza, Giuseppe Baretti, nierzetelny dziennikarz, wy­myślił anegdotę, która miała od tej pory stanowić podstawę legendy włoskiego uczonego. Ukazywano go bowiem przez wieki, jako hero­icznego naukowca, który stanął do nierównej walki z obskuranckim Kościołem katolickim bardziej przywiązanym do religijnej mitologii niż do prawdy.

Prawda jest jednak zupełnie inna. Szczegółowo opisał ją Vit­torio Messori, współczesny włoski dziennikarz, w cyklu artykułów, który ukazał się po polsku w książce pt. „Czarne karty Kościoła”.

Twierdzi się, że Galileusz został oskarżony o to, że głosił, iż ziemia kręci się dookoła słońca. Jest to podstawowe kłamstwo. Sta­nął przed sądem inkwizycyjnym dlatego, że nie mając dowodów gło­sił, że to twierdzenie jest absolutnie prawdziwe. Oskarżono go więc nie o to, co głosił, ale o to, jak to robił. W tym czasie zaś stan nauki był taki, że istniały dwie równoważne hipotezy. Pierwszą z nich był system ptolemeuszowski, który zakładał, że słońce i planety krążą dookoła ziemi. Drugą natomiast był system kopernikowski uznający, że ziemia i inne planety krążą dookoła słońca. Pierwszy bezdysku­syjny dowód na ruch ziemi pochodzi dopiero z 1748 r. Wielu katolic­kich zakonników opowiadało się mimo to już wówczas za systemem kopernikańskim, a nie spotkały ich za to żadne kary.

Galileusz potrafił przytoczyć tylko jeden argument na popar­cie teorii, że ziemia kręci się wokół słońca. Twierdził, że przypływy i odpływy morza powstają na skutek „wstrząsu” wód wywołanym ru­chem ziemi. Był to argument błędny. Sędziowie, którzy także byli naukowcami zajmującymi sią tą samą dziedziną wiedzy, nie zgodzili się z tym tłumacząc, zgodnie z prawdą, że odpływy i przypływy mo­rza są spowodowane przyciąganiem księżyca. Galileusz jednak uwa­żał ich za imbecyli, więc nie przyjmował od nich wyjaśnień.

Rzekomy autor zdania „A jednak się kręci!” pomylił się tak­że, kiedy w 1618 r. pojawiła się na niebie kometa. Galileusz ogłosił wówczas, że jest to złudzenie optyczne. Walczył nawet z jezuickimi astronomami z rzymskiego obserwatorium, którzy twierdzili, że było to prawdziwe ciało niebieskie. Już te dwa przykłady dowodzą, że w sporze między Kościołem katolickim a Galileuszem to Kościół re­prezentował naukę. Włoski uczony nie tylko nie potrafił uzasadniać swoich twierdzeń, ale także kłamał i dopuszczał się fałszerstw. Pod­robił imprimatur, a więc zgodę władz kościelnych na wydanie książ­ki, umieszczając tę fałszywkę w swoim dziele.

Podejrzanego przesłuchiwali naukowcy, którzy próbowali z nim dyskutować. Kłamstwem jest więc twierdzenie, że byli to teolo­dzy nie znający się na rzeczy. Tą sprawą zajmował się także osobi­ście inkwizytor i wybitny człowiek Robert Bellarmin. Po śmierci uznano go świętym i doktorem Kościoła. Jest to najwyższy tytuł w Kościele nadawany tylko najwybitniejszym katolickim myślicielom. Przez dwa tysiące lat istnienia Kościoła nadano go tylko 35 osobom.

Oszustwem jest także mówienie o tym, jak wiele wycierpiał Galileusz ze strony Kościoła. W rzeczywistości człowiek ten nie spę­dził w więzieniu ani jednego dnia. Nigdy też nie cierpiał fizycznie. Wezwany do Rzymu na proces zamieszkał w pięciopokojowym mieszkaniu z widokiem na ogrody watykańskie, z człowiekiem prze­znaczonym do osobistych posług. Przebywał tam oczywiście na koszt Stolicy Apostolskiej.

Po wyroku został umieszczony we wspaniałej willi Medyce­uszów w Pincio. Następnie był gościem pałacu arcybiskupiego w Sienie. Ostatecznie trafił do luksusowej willi Arcetri. Nie zabroniono mu prowadzenia dalszych badań, dzięki czemu mógł wydać książkę. Pozwolono mu także na przyjmowanie wizyt. Po krótkim czasie zdjęto także z niego zakaz opuszczania willi. Jedyną karą, jaką miał od tej pory, było odmawianie siedmiu psalmów pokutnych raz w tygodniu. „Kara” ta miała obowiązywać przez trzy lata, ale sam Galileusz uznając się za dobrego katolika, odmawiał ją dalej dobrowolnie. Nie spotkało go żadne wielkie odrzucenie. Dalej przyjaźnił się z biskupami i był ulubieńcem kilku papieży. Zmarł nawet z papieskim błogosławieństwem. Za życia znacznie częściej wchodził w konflikt ze świeckimi profesorami z uniwersytetów niż z ludźmi Kościoła.

Mimo tych faktów ludzie oświecenia, a następnie marksiści stworzyli czarną legendę, której jedynym celem było uderzenie w Kościół. Zaangażowano sztukę, która miała służyć utrwalaniu tego mitu. Włoski malarz Cristiano Banti namalował obraz „Galileusz przed rzymską inkwizycją”, na którym uczony z dumą staje przed swoimi sędziami. Niemiecki komunistyczny pisarz Bertolt Brecht w 1939 r. napisał tendencyjną sztukę „Życie Galileusza”. Liliana Cava­ni w 1968 r. zrobiła film dla włoskiej telewizji pt. „Galileusz”. Uzna­no go za antyklerykalny i nie wyemitowano, ale trafił do kin.

Czarną legendę Galileusza wykorzystywali także masoni. W Bydgoszczy powstała polska loża o nazwie „Galileusz”. Na jej stro­nie internetowej można przeczytać, że włoski uczony przebywał w areszcie do końca życia. Wybór takiego patrona miał być związany z chęcią oddania hołdu „jego humanistycznym poglądom”.

Kościół nie ograniczał badań naukowych. To właśnie w śre­dniowiecznej Europie powstały uniwersytety. Na początku XVII w., kiedy działał Galileusz w Europie było 108 uniwersytetów. Jeszcze kilka znajdowało się w Ameryce na terenach zajętych przez Hiszpa­nów i Portugalczyków, natomiast żaden nie znajdował się na tere­nach niechrześcijańskich. W tamtych czasach powstało także w Wa­tykanie obserwatorium astronomiczne działające do dzisiaj i uważa­ne za jedno z najbardziej prestiżowych na świecie.

Jeżeli podobają Ci się materiały publicystów portalu Prawy.pl wesprzyj budowę Europejskiego Centrum Pomocy Rodzinie im. św. Jana Pawła II poprzez dokonanie wpłaty na konto Fundacji SOS Obrony Poczętego Życia: 32 1140 1010 0000 4777 8600 1001. Pomóż leczyć ciężko chore dzieci.

WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

22 komentarze

22 Komentarzy

  1. Marian

    1 września 2018 at 13:55

    Żeby było śmieszniej, Kopernik był katolickim księdzem 😉
    A świętym nie został, bo na starość przywiązał się do jakieś kobieciny, która się nim opiekowała. Po prostu lubił dobry wikt i opierunek 😉

    • banita

      1 września 2018 at 14:14

      Świętym nie zostaje się dlatego, że jest się naukowcem. Nie masz pojęcia o świętości, na dodatek bardzo wielu świętych nie było ani kapłanami ani osobami zakonnymi. Dałeś pstryka w nos samemu sobie. Wielu księży ma gospodynie, do których są przywiązani i które im w starości pomagają. Według ciebie to powód dla którego nie będą świętymi??

    • Tomek

      1 września 2018 at 14:22

      Marianie, Kopernik księdzem akurat nie był, bo nie otrzymał święceń kapłańskich. Otrzymał jedynie tzw. święcenia niższe i został kanonikiem, co oznaczało coś zupełnie innego niż obecnie oznacza funkcja kanonika.

      Do „jakiejś kobieciny” faktycznie się przywiązał, ale świętym nigdy nie mógłby zostać choćby dlatego, że wkrótce jego książka znalazła się na Indeksie Ksiąg Zakazanych Świętego Oficjum.

      • Marian

        1 września 2018 at 20:10

        Czy naprawdę musisz komentować wszystkie komentarze na prawy.pl – kup sobie psa, albo kota – będziesz miał z kim pogadać 😉
        Koty naprawdę potrafią wyrażać uczucia:
        https://www.youtube.com/watch?v=8hXr_QxliyM

        • Tomek

          1 września 2018 at 20:31

          Twoje, Marianie, komentarze lubię szczególnie i naprawdę nie mogę się powstrzymać! Kot i pies nie dadzą mi tyle, co nieraz taka radosna polemika z tobą:). Zresztą, może powołanie edukacyjne jakieś w sobie też czuję?:)

          • Marian

            2 września 2018 at 20:05

            Uważaj tylko, żebyś się nie spolonizował, lub jak to mówią Twoi rodacy „nie spolaczył”.
            Kultura polska, ta „wysoka” kultura polska, bywa bardzo ponętna [zabrakło mi właściwego słowa], możesz zakochać się bez pamięci 😉
            https://www.youtube.com/watch?v=DGqgKp3clB0

          • Tomek

            3 września 2018 at 12:26

            Do @Marian

            Hehehe, dobre, dobre, widzę, że i tutaj poziom dowcipu wzrasta:).

            Oj Marianie, jakbyś Ty się brał za polonizację Żydów, nie daj Boże jeszcze z pomocą paru innych, mniej zdolnych, tutajszych portalowych żydowskich „hobbystów”, to nigdy nie mielibyśmy Tuwima, Lema, Kiepury, Brzechwy, Grudzińskiego, Wieniawskiego i wielu innych spolonizowanych Żydów.

            Na tym portalu, jeśli coś już komuś grozi, to raczej rusycyzacja, względnie „turbosłowianizacja”:). O mnie się nie martw, ja na to jestem odporny, gen polskości u mnie bardzo silny:).

      • Mark Epigon

        2 września 2018 at 06:09

        W Kościele Rzymskokatolickim restrykcje ze strony przełożonych wcale nie wykluczają pozostania w przyszłości świętym lub nawet doktorem kościoła – przykładem tego jest Święty Jan od Krzyża

        • Tomek

          2 września 2018 at 11:09

          W pełni zgoda, tylko do świętości jeszcze potrzebny jest jeszcze ten element pozytywny, tj. osiągnięcie pewne doskonałości cnót, czego Kopernik nie miał – był wybitnym naukowcem, ale nie jakimś wzorem duchowym, czy moralnym. Zresztą, patrząc na te restrykcje – św. Jan od krzyża, którego podałeś jako przykład, to bodajże był więziony jedynie chwilowo przez władze zakonu (spór w łonie karmelitów), w przylądku Kopernika jego księga znalazła się na indeksie dzieł zakazanych oficjalnym dokumentem papieskim, a formalnie to co głosił uznano za herezję, czysto więc z punktu widzenia teologicznego nawet te przeszkody były większe.

  2. Bobik

    1 września 2018 at 15:05

    Prześladowany za poparcie dla teorii Kopernika i spalony za to na stosie był Giordano Bruno ale z jakichś przyczyn wiele osób myśli, że to Galileusz.

    • ekonomista467

      1 września 2018 at 15:58

      Inkwizycja zabiła stosunkowo niewielu ludzi i to często w związku z podpadnięciem władzy świeckiej. Dużo więcej ofiar wywołał skrajny protestantyzm pod pretekstem polowań na czarownice. Dzisiaj jednak kojarzy się te polowania z Kościołem Katolickim.

  3. Tomek

    1 września 2018 at 18:02

    Galileusza może potraktowano delikatnie, ale Giordano Bruno już takiego szczęścia nie miał…

    • Marian

      3 września 2018 at 10:55

      Joanna d’Arc też nie miała szczęścia…

      • Tomek

        5 września 2018 at 10:55

        Owszem. To również ofiara sądu kościelnego, acz zabita z innych powodów niż tępienie postępu naukowego.

  4. Piotrx

    2 września 2018 at 18:56

    https://www.pch24.pl/jak-to-ze-spaleniem-giordano-bruno-bylo-naprawde,34058,i.html

    „Męczennik za prawdę”, „Patron odwagi cywilnej”, „Ofiara Inkwizycji”. Te i inne jeszcze bardziej patetyczno-antyklerykalne frazy można było spotkać w mediach w związku z rocznicą śmierci Giordano Bruno. Jednak gdy chce się dowiedzieć jak to z tym spaleniem Bruno było naprawdę warto poszukać lepszych źródeł. Ja natrafiłem na tekst prof. Romana Konika. Wreszcie bez antykościelnej propagandy. Proponuje jego dwa fragmenty.

    Na surowy wyrok, jaki dotknął tego kacerza, nałożyły się również obyczaje karne w prawodawstwie tamtej epoki. Brak znajomości faktów z życia Giordana Bruna przyczynia się ciągle jeszcze do przedstawiania go jako wzoru naukowca i niezależnego filozofa. Na podstawie propagandy oświeceniowej, kontynuowanej z takim zapamiętaniem przez współczesne media, tworzy się słowo klucz, oparte na opozycji: Giordano Bruno, postępowy, niezależny, wybitny naukowiec – Inkwizycja, ignorancja, zacofanie, ślepa walka ze światem nauki. Trzeba przerwać ten łańcuch skojarzeń: ów heretyk nie był żadnym postępowym naukowcem, ale raczej zwykłym gnostykiem, (jakich było w tym czasie wielu) i miał wyobraźnię przesyconą magią. Najprostszym dowodem na poparcie tej tezy może być jego obrona kopernikańskiej teorii heliocentryzmu. Bruno nie poszukiwał tu empirycznych uzasadnień, nie stara się przeprowadzić przekonujących dowodów. Robił coś zupełnie odmiennego: teorię heliocentryczną wywodził z myślenia magicznego, powołując się przy tym na religię egipską i pantezim. Ten „typ naukowca”, hołubiony przez cały postępowy świat, stał się raczej magiem zafascynowanym orientalną nauką.
    […]

    Przykład Bruna bardzo często służy historykom do przypominania, jak nieludzko traktowani byli osadzeni w więzieniach inkwizycyjnych. Zapominają jednak, że w tym okresie w porównaniu ze świeckimi więzieniami inkwizycyjne były wyjątkowo humanitarne i respektowano tam prawa więźnia. Osadzony mógł rozmawiać ze współwięźniami, miał prawo do zmiany bielizny (pościeli, obrusa i ręczników, których w więzieniach świeckich w ogóle nic było), dwa razy w tygodniu mógł korzystać z łaźni, pralni i fryzjera, przysługiwało mu prawo do naprawy i wymiany odzieży. Jadłospis był urozmaicony, do posiłków podawano nawet wino. Każde święto kościelne wiązało się z przywilejami (więcej wina, dodatkowa łaźnia i wizyta administratora, któremu można było składać wnioski i skargi. Bywały też ograniczenia: więzień nie mógł kontaktować się ze światem zewnętrznym, nie wolno było pisać i czytać (chyba że lekturą można nazwać akta własnego procesu, do którego można było robić notatki), całkowity zakaz korespondencji. W ciągu tych sześciu lat skruszony Bruno z Wenecji zmienił się w aroganckiego więźnia, rzucającego obelgi pod adresem hierarchów kościelnych, jak i całego Kościoła. W więzieniu napisał swą obronę liczącą 80 stron rękopisu. Podtrzymywał naukę zawartą w swych pismach, uznając ją za prawowitą i zachęcając do lektury (mimo wcześniejszych zapewnień o odwołaniu swych teorii panteistycznych, jako fałszywych, i zapowiedzi skruchy). Trybunat Inkwizycyjny, traktując go jako zatwardziałego heretyka, dał mu ostatecznie 40 dni na zastanowienie się i odwołanie głoszonej nauki. Zapadła także decyzja o poddaniu Bruna torturom. Do dziś są wątpliwości, czy był on rzeczywiście poddany torturom, choć większość historyków i materiału dowodowego wskazują, że raczej tak, natomiast do końca nie wiadomo, jakie to były tortury. Na ten temat liczne „autorytety” snują fantazje. W Czarnej księdze inkwizycji opisano, w jaki sposób mogło wyglądać dręczenie brata Bruna: (…) obnażają skazańca i związują mu ręce za plecami. Sędziowie dają znak i podnoszony jest on na przymocowanej do związanych rąk na linie na wysokości kilku metrów. Nie jest możliwe stawianie jakiegokolwiek opooru: ramiona wyłamują się prawie natychmiast, następuje zwichnięcie i wykręcenie barków; wszystkie ścięgna i mięśnie ulegają zerwaniu, wydaje się, że wszystko rozrywa się z głuchym rumorem lamią się kości. Jest to o tyle komiczne, że kilka akapitów dalej autorzy piszą, że po kilku dniach, po torturach Bruno pisemnie ustosunkował się do zarzutów – po zerwaniu ścięgien, mięśni i wykręceniu obydwu rąk z barku!

    Cytaty pochodzą „W obronie świętej inkwizycji” Roman Konik, Wydawnictwo „Wektory” 2004

  5. Piotrx

    2 września 2018 at 19:04

    Giordano Bruno. Męczennik nauki czy szarlatan?
    https://www.youtube.com/watch?v=cBydWzd3xSI

  6. Piotrx

    2 września 2018 at 19:12

    • klioes vel pislamista

      4 września 2018 at 08:58

      10/10 Jak zwykle w punkt, Panie Piotrxi!
      Rewanżuję się odkłamywaniem innego lewackiego mitu:


      Pedofile!

      „Pedofile! Pedofile!…”
      No to ja się pytam: ILE?
      Ile jest tych „pedofili”,
      Odpowiedzcie, moi „mili”!

      Czy ktoś może życie przysiąc,
      Że jest więcej niż na tysiąc
      JEDEN, który jest w sutannie?
      Skończcie kłamać bezustannie!

      Mniej niż jeden jest z tysiąca.
      (Statystyka dowodząca
      Tego wzięta z Ameryki.)
      Gęby w kubeł więc, Michniki!

      Kto Wybiórczą jeszce czyta,
      Nie zna wcale Cohn-Bendita?…
      Zliczcie wśród Pierdoniów, ile
      Są to właśnie pedofile!!!

  7. semperparatus

    2 września 2018 at 19:17

    To że był gnostykiem to raczej powód do dumy a nie wstydu…Jezus Chrystus też był ARCYGNOSTYKIEM(Łk,4,1-13,J,8,44,J,14,30,1J,5,19)…więc KK prześladując gnostyków sprzeniewierzał się naukom Zbawiciela…

  8. Piotrx

    2 września 2018 at 19:49

    „Skandalista Galileusz” – Piotr Strasz

    Czy nazwalibyśmy męczennikiem kogoś, kto podczas procesu sądowego zamiast w celi mieszka w luksusowym pięciopokojowym apartamencie ze służbą? Po czym z mocy wyroku skazującego musi „cierpieć” areszt domowy, żyjąc u swoich wielbicieli i przyjaciół, a wykonanie kary głównej – codziennego odmawiania siedmiu psalmów pokutnych – zleca swojej córce?

    Każdy światopogląd ma swoich „świętych”. Po wiekach uprawiania hagiografii kościelnej, która przeżyła już zmasowany atak sceptyków, przychodzi czas na bliższe przyjrzenie się „świętym” świata liberalnego. Patronów ideologii postępu i laickiego humanizmu. Galileusz – obwołany męczennikiem w walce z religijnym obskurantyzmem i przemocą inkwizycji – wydawał się być do niedawna poza podejrzeniami. Kilka lat temu, w 1992 roku, Jan Paweł II wypowiadał słowa głębokiego żalu z powodu krzywdzącego werdyktu konwentu dominikańskiego Santa Maria Minerva z 1633 roku, skazującego siedemdziesięcioletniego naukowca i uznającego jego hipotezy za błędne. Papież nie potępił jednak samych inkwizytorów, dostrzegając, że „działali w dobrej wierze”, czym nieco zmącił poczucie satysfakcji reprezentantów liberalnego świata. Media przyzwyczajone do kolejnych wyznań żalu głowy Kościoła nie dostrzegły zapewne, że proces Galileusza został nazwany „tragicznym nieporozumieniem”. Sformułowanie to, aczkolwiek mało przychylne dla siedemnastowiecznego kościelnego wymiaru sprawiedliwości, dalekie było od jednoznacznego wskazania dobrych i złych postaci konfliktu. Takich wahań nie dostrzeżemy w obecnych wydaniach szkolnych podręczników czy popularnych biografiach Galileusza, ukazujących proces na podobieństwo średniowiecznych dydaktycznych fresków: oto ofiara i oprawcy.

    Manipulacje i nieścisłości

    Włoski publicysta Vittorio Messori pisał kilka lat temu o ankiecie historycznej przeprowadzonej przez Parlament Europejski wśród studentów krajów członkowskich. Aż 97 procent pytanych stwierdziło w niej, iż Galileusz był ciężko torturowany przez inkwizycję, a 30 procent, że proces skończył się spaleniem naukowca na stosie (czymże innym mógłby się kończyć proces inkwizycyjny?). Liczby te są dosyć symptomatyczne, szczególnie w zestawieniu z całkiem niedawno publikowanymi nowymi faktami na ten temat. Jean Pierre Lentin – autor książki Myślę, więc się mylę – analizując pogłoskę o torturach Galileusza powtarzaną w wielu całkiem poważnych historycznych monografiach, doszedł do wniosku, że jej źródłem jest napisana w 1755 przez Pierre’a Esteve’a Historia astronomii, w której zaangażowany antyklerykalnie autor opisał zupełnie zmyślone makabreski, jak to w inkwizycyjnych lochach wykłuwano Galileuszowi oczy. Esteve nie miał żadnych wątpliwości – a swą pewność czerpał stąd, że dziesięć lat po procesie umierający Galileusz był ślepy. Inni historycy dowodzili niezbicie na podstawie wiarygodnych dokumentów, że stopniowa utrata wzroku przez uczonego nastąpiła na skutek choroby, spotęgowanej obserwacją słońca przez jeszcze bardzo prymitywny model teleskopu. Jednak plotka o torturach przetrwała do dziś.

    Dobrze sytuowany

    Galileusz nie był zwyczajnym podsądnym. W siedemnastowiecznych państwach włoskich był przyjmowany na dworach najznamienitszych władców. Uwielbiali go Medyceusze: przysługiwał mu nawet tytuł nadwornego matematyka księcia Florencji Kosmy Medyceusza. Miał przyjaciół wśród wielu kardynałów, ba – sam papież Urban VIII uważał się za jego wielbiciela i zwolennika (nie przeszkodziło mu to zatwierdzić późniejszy wyrok inkwizycji). Jednym słowem, Galileusz był autorytetem naukowym o rozlicznych koneksjach i rozległych horyzontach. Polemika z nim nie była więc ani łatwa, ani przyjemna. Miał, oczywiście, wielu wrogów, jednak salonowa dyplomacja oraz naukowa popularność stawiały go niejako ponad adwersarzami.

    Już od 1613 roku otwarcie propagował uznawaną za intelektualną ekstrawagancję teorię heliocentryczną Kopernika. Dwa lata później rozgoryczeni tym dominikanie dwukrotnie kierowali przeciwko Galileuszowi oskarżenie do inkwizycji; w obydwu przypadkach Święte Oficjum odmówiło wszczęcia sprawy. Dodajmy, że heliocentryzm był na owe czasy nie do przyjęcia zarówno przez Kościół katolicki, jak i Kościoły protestanckie – Marcin Luter ostentacyjnie spalił egzemplarz dzieła Kopernika O obrotach sfer niebieskich, uznając je za bluźnierstwo. Ze względu na brak przekonujących dowodów od teorii tej odcinała się większość świata intelektualnego Europy. Naukowcy uniwersytetów w Padwie, Sorbonie czy Oksfordzie byli przywiązani do tezy Arystotelesa, wedle której Ziemia stoi w centrum układu planetarnego. Taka wizja wszechświata bardziej odpowiadała ideałom humanizmu. Ważono autorytet naukowy Arystotelesa z autorytetem „jakiegoś Kopernika”, o którym niewielu słyszało. Rezultat był łatwy do przewidzenia. Galileusz miał genialną intuicję, dzięki której dostrzegał trafność hipotezy polskiego astronoma, brakowało mu jednak dowodów na jej poparcie.

    Naukowy pieniacz

    Za to jego nieprzeciętny temperament czynił zeń naukowca wielce ekscentrycznego. Miał w zwyczaju zastępować rzeczowe argumenty inwektywami. Beształ swych przeciwników niemiłosiernie, wyzywając na łamach autoryzowanych traktatów od imbecyli, głupków, idiotów czy umysłowych Pigmejów. Galileusz do końca był przekonany o swojej nietykalności i miał do pewnego stopnia rację. Nawet po wszczęciu przeciwko niemu procesu nikt nie ośmielił się go więzić w lochu, co nakazywały inkwizycyjne procedury. W początkowej fazie procesu mieszkał w ambasadzie Toskanii – Villi Medicis, po drugiej rozprawie jego „uwięzienie” polegało na areszcie domowym, który odbywał w pięciopokojowym apartamencie ze służącym. Po trzeciej rozprawie wrócił do Villi Medicis. O stosowaniu tortur nie mogło być nawet mowy. Ale wróćmy do powodów, dla których nietykalny do tej pory naukowiec, mający silne poparcie na samym dworze papieskim, został wezwany na proces do Rzymu.

    Bez wątpliwości

    Powody były dwa. Po pierwsze, Galileusz w swoich kolejnych publikacjach przedstawiał poglądy Kopernika nie jako hipotezę, lecz obowiązującą doktrynę naukową, a przeciwników Kopernika nazywał nierozgarniętymi ignorantami. W oczach inkwizycji było to wykroczenie, za które wielokrotnie go upominano. W 1615 roku zwierzchnik Świętego Oficjum kardynał Bellarmin tłumaczył w liście do uczonego, że kopernikańskie teorie mogą zachwiać całą nauką, również teologią, uważaną za matkę wszelkiej wiedzy: „W kwestiach budzących wątpliwości nie mamy prawa odchodzić od Pisma Świętego i jego wykładni przedstawionej przez Ojców i Doktorów Kościoła”. Sprawa była bardzo poważna – skoro nie ma żadnych niezbitych dowodów popierających tezy Kopernika, należy je przedstawiać jedynie jako jedną z hipotez. Dla Galileusza był to jawny afront.

    Powalający dowód

    Aby rozprawić się z przeciwnikami, przedstawił samemu papieżowi swą najnowszą pracę Rozprawa o przypływach i odpływach, w której udowadniał, że Ziemia się kręci i że przypływy i odpływy są spowodowane właśnie tym ruchem. Teoria ta, niestety, była całkowitą pomyłką. Galileusz popełnił ciężki błąd, nie uznając wcześniejszych dokonań Keplera, twierdzącego słusznie, że podobne zjawiska są pochodną przyciągania Księżyca.

    Można to przypisać zarozumialstwu i zbytniej pewności siebie uczonego, pragnącego za wszelką cenę samodzielnie dokonać przełomu w nauce. Zamiast więc wielkiego tryumfu, nastąpiło upokorzenie i porażka. Większość naukowców z papieskiego otoczenia uznało dywagacje Galileusza za brednie. Kropką nad i było oświadczenie inkwizycji z 1616 roku ponownie zabraniające głoszenia teorii kopernikańskiej inaczej, jak tylko jako jednej z wielu hipotez. Zakaz ten Galileusz znowu złamał, w dziele Dialog o dwu najważniejszych układach świata: ptolemeuszowym i kopernikańskim.

    I tu trafiamy na drugi powód wszczęcia procesu, tym razem bowiem krewki naukowiec zagalopował się: zadrwił sobie nie tylko z intelektualnych adwersarzy, lecz dotknął samego papieża Urbana VIII. Czy była to zamierzona kpina, czy tylko niezręczność, nie wiadomo. Pozostaje faktem, że jedyna niesympatyczna postać występująca na kartach książki, niejaki Simplicio (po włosku: Nierozgarnięty), wypowiadała zdanie, które Galileusz usłyszał od samego papieża. Rozzłoszczony Urban VIII nie zamierzał więcej bronić ekscentrycznego naukowca. Inkwizycja natomiast chętnie pokazała światu, że jej jurysdykcji podlega każdy, niezależnie od swoich koneksji.

    Kara, której nie było

    Srogi trybunał nie zamierzał robić Galileuszowi krzywdy (polityczni stronnicy uczonego wciąż mieli spore wpływy). Sam pozwany szybko zrozumiał, że w obecnej watykańskiej atmosferze wiele dla kopernikanizmu nie wskóra. Złożył więc „teologicznie poprawną” deklarację i zajął się inną dziedziną nauki. Wyrok był czysto symboliczny: kara aresztu domowego oraz cotygodniowe odmawianie psalmów pokutnych. Nikt nie zamierzał rygorystycznie tego egzekwować. Trybunał chętnie się zgodził, aby Galileusz odbywał areszt w posiadłości swojego przyjaciela i zarazem wielbiciela – Kosmy Medyceusza w Trinita del Monte. Następnie w pałacu innego swego stronnika – arcybiskupa Sieny, a w końcu we własnej posiadłości w Arcetri. We wszystkich tych miejscach uczony prowadził nieskrępowany tryb życia: przyjmował przyjaciół, prowadził badania naukowe, wydawał książki. W końcu dosyć szybko zniesiono sam formalny wymóg aresztu domowego, pozostawiając jedynie obowiązek modlitwy, zresztą również nie rygorystycznie – zezwalając, aby zajęty nawałem pracy naukowej Galileusz zlecił ten obowiązek swojej córce, zakonnicy Marii Celeście.

    W konfrontacji z faktami nieco blednie mit męczeństwa wielkiego Galileusza. Pozostaje smutna refleksja dotycząca skomplikowanych konfliktów naukowych epoki nowożytnej i niezręcznych procedur kościelnych mających je porządkować. Jednak czy rzeczywiście płyną z tego dla nas takie oczywiste wnioski, jak chcieliby liberalni hagiografowie włoskiego astronoma?

  9. Piotrx

    2 września 2018 at 20:11

    Jakie święcenia najprawdopodobniej miał Kopernik ?
    https://gloria.tv/article/firTqAYPB2fx4cQmh2uvvuvY2

    Jakie zatem miał święcenia? – Problem jest taki, że nie mamy żadnej notatki pisanej, żadnego źródła historycznego, stąd bazujemy na przypuszczeniach. Prof. Krzysztof Mikulski, który zajmuje się Mikołajem Kopernikiem, w swojej ostatniej publikacji pisze, że Kopernik miał święcenia niższe. Natomiast jeżeli przeczytamy książkę śp. ks. prof. Alojzego Szorca, to tam znajdziemy informację, że Kopernik otrzymał święcenia subdiakonatu – wyjaśnia.

    Subdiakonat był traktowany jak święcenia wyższe, chociaż do trzech święceń wyższych nie był zaliczany. – To znaczy, że musiał wypełniać wszystkie obowiązki duchownego. Czyli był zobowiązany do celibatu i musiał odmawiać brewiarz. Był również włączony do stanu duchownego – wylicza ks. prof. Kopiczko.

    Kiedy mogło to się stać? – Taką najpewniejszą datą jest rok 1496, kiedy Mikołaj Kopernik był kandydatem na kanonika warmińskiego, którym został w roku 1497. Ponieważ wymagane były do objęcia tej godności przynajmniej święcenia niższe, to przypuszczamy, iż wuj Kopernika, biskup warmiński Łukasz Watzenrode, w roku 1496 udzielił mu święceń niższych, w tym subdiakonatu. Jest raczej pewne, że Mikołaj Kopernik nigdy nie miał święceń kapłańskich – wyjaśnia ks. prof. Andrzej Kopiczko.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najpopularniejsze

Góra