Nie jest tajemnicą, że w naszym pięknym acz nieszczęsnym kraju ciągle trwa wojna zwana polsko-polską. Bez litości dla wrogów. Ba, nawet dla ludzi, którzy niczyimi wrogami nie są, bo bić się nie lubią, lecz nie przejawiają należytego, wymaganego zachwytu dla żołnierzy z jednej czy drugiej strony barykady. Ale do rzeczy.

Istnieje w Trójmieście dość spore grono artystów. Jedni uznani i cenieni, o innych prawie nikt poza środowiskiem nie słyszał. To fakt w tej opowieści jakby mniej istotny, bowiem nie o ocenę talentu rzecz się rozbija. Jest wśród tych najlepszych pewien pan, od lat z sukcesem tworzący piękne dzieła. A że są wręcz rozchwytywane, pozwala mu to żyć na wcale niezłym poziomie. Pracuje niemal bez przystanku, bo i kocha swoją robotę. Jednak od kilku lat trudno go spotkać na ważniejszych wystawach, jest pomijany w zaproszeniach na wernisaże i wręcz sekowany towarzysko. Nie, nie chleje wódy, nie ćpa, nie robi awantur, nie bije żony. To po prostu miły, spokojny starszy człowiek, od którego wielu młodych mogłoby się uczyć pokory twórczej i wytrwałości.Co się więc stało? Odpowiedź jest brutalnie prosta. Nie pała otóż sympatią do minionej władzy, czemu nieraz dawał wyraz. To przesądza sprawę. Ma popierać i bezkrytycznie wielbić tuskową kamarylę, a jak nie – paszoł won, pisior przeklęty! W artystycznym, uwznioślonym duchowo gronie taki gość to persona non grata, ciemny katolski zacofaniec. Cóż dodać? Może tylko cytacik ze złotych myśli szefowej niedużej partyjki, którą chytrze udało się wyrwać jej twórcy, by zaraz potem spleść ją w żelaznym koalicyjnym uścisku z PO. Otóż według niej „wyborcy PiS to ludzie głupsi”. I pozamiatane. Uduchowione towarzystwo nie może wszak mieć w swym gronie głupka.

Przykład drugi. Ten sam region, inna osoba. Doktor nauk społecznych, pracownik wyższej uczelni. Nie, nie pracownik. Już nim nie jest. Dlaczego? Od lat prezentował pogląd, iż nauka, w tym wyższe uczelnie, winna być niezależna. Jeśli tak, nie może omijać tematów uważanych za tabu, bo tylko wolność wypowiedzi i wolność w ocenie zjawisk ma sens. No i przejechał się na tej niezależności niczym Zabłocki na mydle.

Będąc promotorem prac licencjackich zaproponował jednemu ze studentów temat, który, ku zaskoczeniu naukowca, wzbudził ostrą reakcję uczelni. Sprawa Smoleńska i wszystko co się z nią wiąże. Młodzieniec ów, jeden z najlepszych studentów, wziął się solidnie do roboty. Zbierał fakty, analizował je, wysnuwał wnioski. Skończył w terminie, dostał wysoką ocenę promotora. Niestety, mimo dotrzymania wszelkich niezbędnych warunków, do obrony nie dopuszczono. Promotor interweniował u władz uczelni, pukał do różnych drzwi. Nic z tego. Nikt tu o Smoleńsku pisał nie będzie – to była jedyna odpowiedź. W końcu wziął się na sposób. Poczekał do wakacji, gdy zarówno władze uczelni jak i większość pracowników naukowych zażywali urlopów, i przy pomocy małych podstępów zdołał zebrać inną komisję egzaminacyjną. Udało się też ściągnąć do miasta studenta – autora pracy, który nie miał już nadziei na uzyskanie licencjatu. Obrona poszła jak z płatka!

Niestety, los naukowca był przesądzony. Wyleciał z roboty. Za Smoleńsk. Uznano go za podstępnego pisiora, który nie jest godzien zasiąść za uczelnianą katedrą, mimo iż nie ma z tą partią nic wspólnego. Przekonał się przy okazji, ile fałszu tkwi w rozmaitych oświadczeniach rozmaitych pań i panów profesorów, którzy nie żałują sobie okrzyków na temat niezależności nauki. Dodajmy, iż ta „wrażliwa” na niezależność nauki szkoła jest uczelnią prywatną, zaś jej właściciel znanym powszechnie pisożercą z mandatem europosła.

Na koniec mój ulubiony ostatnio cytat. Tym razem z Kosiniaka Kamysza, szefa PSL.

Dla nas polityka bez wartości nie ma znaczenia

Ech, łza się w oku kręci i ręce opadają.