Jeszcze przed 13 grudnia krążyły pogłoski o dużej ruchliwości wojsk radzieckich w Polsce. Biurowa maszynistka, która miała rodzinę pod Ostrołęką, przybiegła z porażającą wieścią, że Warszawę otacza kolumna czołgów. Nie mieliśmy pojęcia czy to prawda, ale kadrowa, starsza pani pamiętająca wojnę, krzyknęła głośno a potem zaczęła płakać. Ze strachu.

Tramwaje i autobusy pełne, jak zwykle rano, jadących do pracy. I ta cisza, jakbyśmy poruszali się w gęstej magmie, która chwyta za gardło, którą trudno z siebie zdrapać. Cisza bez zwyczajowego rozpychania się łokciami. Bez rzucania napastliwych słów pod adresem ludzi obok, stłoczonych razem w pojeździe. Po kilku dniach ta martwota zaczęła z wolna ustępować. Pojawiły się komentarze. Lękliwe, szeptane, jednoznaczne.Nieznajomi jakby stali się sobie bliżsi. Wymieniano informacje o zaopatrzeniu sklepów, towarze na targach, szansach na bezkolejkowe buty u kupców pod Halą Banacha.O wrednych przekupach pod Mirowską, które sprzedawały ubite bestialsko bociany, wmawiając, że to indyki. Dopiero po pewnym czasie plotkę tę poddaliśmy weryfikacji. Bociany w zimie? Bzdura.

Jadąc porannym tramwajem mijaliśmy koksowniki z żołnierzami. Stali na mrozie, przytupując. U jednych budzili wstręt, u innych słowa współczucia, że nie mają wyboru, bo muszą. A to przecież zwykłe chłopaki, które są w wojsku, dostają rozkazy, więc jakie mają wyjście.

Zbliżały się święta. Nawet ten nienormalny stan nie zwalniał pań domu z uroczystej wigilijnej kolacji, z wyszukiwania czegoś jadalnego na rodzinny stół. Jednak tym razem wielu miało przy nim nie zasiąść. Ewę, moją przyjaciółkę wywieziono w nieznane miejsce, internowano ją za związkową aktywność. Bez kontaktu z bliskimi, z małymi jeszcze dziećmi, bez szans na telefon. Zresztą telefony milczały. Dodam, że po zwolnieniu z „internatu” czekało ją inne zwolnienie. Z pracy. Zaś po latach, aż do dziś, nędza niziutkiej emerytury, swoisty rodzaj „nagrody”, że ośmieliła się wtedy być waleczna.Ten, który na nią doniósł, spoczywa teraz na laurach, żyje dostatnio z pensji europosła. Nie on jeden…Nie ona jedna…

Z początków stanu wojennego zapadły mi w pamięć dwa zdarzenia. Dyrektor firmy nie podpisał mi przepustki na świąteczny wyjazd do rodziców na południu kraju, i były to pierwsze samotne święta w moim życiu. Drugie zdarzenie miało miejsce dwa dni późnej. Zamiast po pracy jechać do domu wpadłam do Doroty, kelnerującej w pobliskiej kawiarni. Ucieszyła się ogromnie na mój widok, potem zaczęła beczeć. Jej narzeczony służył akurat w wojsku i ze swej jednostki został skierowany do Warszawy. Bardzo się o niego bała,od wielu dni nie dał znaku życia.

Nagle stało się coś niespodziewanego. W drzwiach pojawił się młody żołnierz. Dorota wrzasnęła z radości. To był jej Wojtek. Usadzony nad kawą zaczął nerwowo mówić, że tylko na moment, że ma straż przy koksowniku na ulicy obok,i że zaraz musi wracać. Dowódcy powiedział, że musi za potrzebą, bo za chwilę popuści w spodnie. Dostał na to kwadrans, dzięki czemu mógł wpaść do Doroty.Na dopytywania jak mu jest na tej dziwnej wojnie, machnął ręką a potem rozpłakał się jak dziecko.

Ja…my…zwykłe chłopaki, nikt z nas tego nie chce. Ale w wojsku rozkaz to rozkaz. Uciec nie ma jak.Od ludzi w tym mieście też! Nie ma dnia bez donosów. Przychodzą do nas różni, donoszą na sąsiada, że wróg, nawet na żonę i męża lub kolegę z pracy. Mróz, zimno,bezradność i złość na to co się dzieje, to nic w porównaniu z tymi hienami.Nie mogę tego znieść! Nienawidzę tego miasta!

Gdy patrzę z oddali na tamte złe lata, czasem przypominam sobie płaczącego bezradnie żołnierza. A wtedy wraca słowo: hieny. Donoszący na swoich rodaków. Nadal są. Hieny.