Zwolennicy teorii spiskowych przypominają, że nie tak dawno stary żydowski finansowy grandziarz bawił w Chinach i chociaż nie zapuścił sobie warkoczyka, ani nie uskośnił oczu, ani nawet nie pożółkł, to przecież po coś tam pojechał. A po cóż by innego, jak nie zrobić jakiś paskudny geszeft? A na jaki paskudny geszeft mogliby pójść z grandziarzem Chińczycy? A na taki, że grandziarz, korzystając z tego, że w USA Żydzi robią bezkarnie, co tylko im się podoba, podjąłby się rozpoczęcia operacji likwidowania Stanów Zjednoczonych? Tak szepcą po kątach zwolennicy teorii spiskowych, a wspiera ich „bez swojej wiedzy i zgody” Patryk Buchanan, co to kiedyś powiedział, że „Waszyngton to jest terytorium okupowane przez Izrael”.

Ale incipiam. Pretekstem do operacji, która może zakończyć się zlikwidowaniem Stanów Zjednoczonych, jest mur, jaki prezydent Trump zamierza postawić na granicy z Meksykiem, żeby powstrzymać napór nachodźców z Ameryki Południowej i Środkowej. Czy to byłaby metoda skuteczna – to nie jest takie oczywiste. Za moich czasów w kołach wojskowych popularna była piosenka, której jedna zwrotka brzmiała następująco: „A tata mój był oryginał, zbudował wokół domu mur. Że dom wyglądał jak kryminał, strzegąc dostępu do swych cór. Lecz tą metodą nic nie wskórasz, choćbyś tych murów zbudował i sześć! Zawsze się znajdzie jakaś dziura, szpara, lufcik – którędy będzie można wejść!” Gdyby tak tę wojskową piosenkę upowszechniono we wszystkich armiach zaprzyjaźnionych w NATO, to po pierwsze – polski wkład w militarny potencjał Paktu byłby jeszcze większy, niż jest, a po drugie – być może wiara amerykańskich dygnitarzy w mury zostałaby nadwątlona i żydokomuna musiałaby znaleźć sobie jakiś inny pretekst do rozpoczęcia operacji likwidowania Stanów Zjednoczonych. Niestety – polskie doświadczenia w zakresie obronności znowu zostały zlekceważone, być może z powodu nieśmiałości naszych dygnitarzy, którzy nie mają odwagi upomnieć się o polskie interesy państwowe nawet w takich sprawach, a cóż dopiero – w większych? W rezultacie prezydent Trump uparł się z tym murem i zażądał od Kongresu, żeby mu dali na to 5 miliardów dolarów. Kongres początkowo nie chciał o niczym słyszeć, ale już starożytna opowieść o Pigmalionie i Galatei pokazuje, czego może dokonać długotrwałe molestowanie. Jak pamiętamy, Pigmalion wyrzeźbił marmurowy posąg Galatei i tak mocno się w nim zakochał, tak do niego szturmował, że wreszcie zimny głaz dał znak tchnienia. Skoro tedy nawet marmurowa Galatea ożyła na skutek uporczywego molestowania przez Pigmaliona, to cóż dopiero Kongres, w którym oczywiście zasiadają sami twardziele, ale gdzie im tam do twardości kamienia? Kongresmani rozmiękczani przez Trumpa, ale w jeszcze większym stopniu – przez opinię publiczną, która ani myśli wierzyć w postępowe teorie o równości – że to niby „jedna rasa – ludzka rasa!” - jak wykrzykują Zasrancen na warszawskich ulicach – zdecydowali się pójść na kompromis i przyznać 1,5 miliarda. Ale prezydent Trump zareagował identycznie, jak pewna dama, niezadowolona z honorarium: „Pięć złotych mi dał! Pięć złotych! Pięć złotych, to idź daj swojej mamie! - krzyczała na całą ulicę. Prezydent Trump nie tyle krzyczał na całą ulicę, co nie podpisał stosownej ustawy. A odpowiedni artykuł amerykańskiej konstytucji głosi, że nie można wydawać pieniędzy skarbowych bez stosownej ustawy. Skoro nie można, to nie można – i kilkaset tysięcy urzędników rządowych, którym nie można wypłacić pensji, musiało pójść na urlopy bezpłatne, a co najmniej tyle samo czeka w kolejce. Ciekawe, czy ta asceza obejmie także Departament Stanu i Pentagon, no i – co Europę szczególnie interesuje – również CIA, która jest podejrzewana o inspirowanie różnych masowych ruchów wywrotowych. Gdyby tak się stać miało, to by się okazało, że skała, na której budujemy nasze bezpieczeństwo narodowe, to gorzej niż „drzewa z mgły”, o których pisał poeta w 1939 roku. „Lecz nie wiedziałem – co najważniejsze – ach, uczeń zły! Francuskie drzewa, choć najpiękniejsze, to drzewa z mgły! A nam potrzebny las, który śpiewa, szumiący bór. Konar prawdziwy twardego drzewa i mocny sznur!” Sytuacja wydaje się zresztą rozwojowa, bo w amerykańskiej konstytucji nie ma żadnych wskazówek, co w takich sytuacjach robić. Jeśli zatem obydwie strony będą się okopywać na z góry upatrzonych pozycjach, to nie będzie innego wyjścia, jak zlikwidować Stany Zjednoczone, to znaczy – innego wyjścia, jak samolikwidacja. Podobnie może być z Unia Europejską, która wydaje się niepokonana, przynajmniej na użytek Polski, wobec której niemiecki owczarek Franciszek Timmermans coraz mocniej się nadyma. Wystarczy, że Niemcy zapomną zapłacić składkę do unijnego budżetu, a ci wszyscy ważniacy będą musieli wrócić do siebie, bo nie będzie forsy na zapłacenie za hotel i restaurację. „Tak oto kończy się nasz świat – nie z hukiem, tylko ze skowytem!” - pisał natchniony poeta.

Teraz co prawda również w Stanach Zjednoczonych nadchodzą święta, podczas których nawet zwolennicy bigoterii laickości praktykują coś w rodzaju „tregua Dei”, ale właśnie prezydent Trump przerwał wakacje na Florydzie i w dyrdy wraca do Waszyngtonu. Znaczy – sytuacja robi się poważna, znacznie poważniejsza, niż na początku pierwszej kadencji Wilusia Clintona, który też wojował z Kongresem, kiedy mu woda sodowa uderzyła do głowy. Toteż w przerwach między świątecznymi posiłkami możemy nawet pościć na intencję dojścia w Ameryce do kompromisu, bo w przeciwnym razie – cóż my poczniemy, niebożęta? Stanisław Michalkiewicz