Teraz wydawało się, że te czasy mamy na szczęście za sobą. 94 proc. Polaków deklaruje się jako osoby wierzące. Ale coś w tych optymistycznych cyfrach zaczyna pękać. Coraz więcej rodaków bierze rozbrat z Kościołem. Kościół staje się niemodny. Jesteśmy coraz częściej nastawieni na konsumpcjonizm, na życie chwilową przyjemnością. Coraz częściej Bóg w życiu codziennym nie jest nam potrzebny. Potrafimy sobie doskonale bez niego poradzić. Wyznajemy zasadę, że człowiek to brzmi dumnie.

Niestety, moda na antyklerykalizm wzorem z Zachodu zaczyna docierać i do nas. Jeszcze niedawno czytaliśmy z niedowierzaniem relacje świąteczne z państw Europy Zachodniej, gdzie nierzadko istnieje zakaz urządzania szopki bożonarodzeniowej, która może drażnić ludzi innych wyznań. Tak się dzieje we Francji, gdzie burmistrz pewnego miasta dostał kolejny raz zakaz sądowy organizowania szopki. Włodarz miasta przyzwyczaił się do tych rokrocznych wyroków i teraz zbudował szopkę na platformie na kółkach. W razie potrzeby będzie ją można łatwo przesunąć w inne miejsce.

Nie rozumieliśmy także Europejczyków, którzy deklarowali chęć zmiany nazwy świąt tak, aby Jezus Chrystus nie narzucał się swoją osobą i nie drażnił wszelkiej maści liberałów, lewaków, towarzystwa LBGT, feministek itd. Itp. Nie wiadomo komu mają służyć kartki świąteczne, które, jak diabeł święconej wody boją się używać emblematów bożonarodzeniowych. Rok temu widziałam kartkę świąteczną wysłaną z Belgii, na której widniała ośnieżona ulica, a o drzewo stał oparty rower. Konia z rzędem temu, kto powie, co to oznacza. Taki jest oficjalny przekaz Europy Zachodniej, która zapomniała swoich korzeni chrześcijańskich, historycznych i żyje jedynie dniem dzisiejszym; stetryczała, skamieniała ze strachu przed islamskimi uchodźcami. Ze skulonymi uszami i podkulonym ogonem wypiera się swojej tożsamości w imię… właśnie w imię czego? Ona sama chyba nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie.

Zwykliśmy mówić – to są problemy Zachodu, nas nie dotyczą. My stoimy niezłomnie przy Kościele i jesteśmy wierni Jezusowi Chrystusowi i tradycji chrześcijańskiej. Ale niestety i u nas pojawiły się już pierwsze jaskółki takich paradoksów. Jeszcze niedawno nie do pomyślenia było, aby ktoś protestował przeciwko spotkaniu opłatkowemu, aby przeszkadzały nam modlitwa i opłatek, a osoba księdza budziła w nas gorący sprzeciw. Tak było do niedawna, ale w tym roku przed wigilią dwunastu radnych warszawskiej Koalicji Obywatelskiej podpisało się pod listem autorstwa radnej Agaty Diduszko-Zyglewskiej w geście sprzeciwu wobec spotkania opłatkowego.

„Reprezentujemy wszystkich mieszkańców Warszawy – czytamy w liście – wyznawców różnych religii, osoby niezwiązane z żadnym Kościołem, kobiety, które walczą o swoje prawo do równego traktowania, osoby ze społeczności LGBT, niepłodne pary korzystające z zapłodnienia in vitro czy osoby będące w dzieciństwie ofiarami przestępstw seksualnych ze strony duchownych. Publiczne prezentowanie związków radnych Rady m. st. Warszawy z przedstawicielami konkretnych Kościołów i konkretnych wyznań odbiera tym i licznym innym grupom poczucie bezpieczeństwa oraz pewność, że w pełnieniu naszych obowiązków pozostaniemy zgodnie z nakazami konstytucji bezstronni”. Kogo tu nie ma: i pary bezpłodne i feministki i grupy LGBT i ateiści i islamiści i ofiary duchownych pedofili. Wszyscy oni czują się zagrożeni spotkaniem opłatkowym, w którym jest ksiądz, modlitwa i opłatek. Widocznie te emblematy chrześcijańskie działają na nich, jak woda święcona na diabła.

Nie mam nic przeciwko wymienionym grupom. Niech sobie świętują przyjście zimy, w taki sposób na jaki mają ochotę. Tylko niech nam nie zakłócają chrześcijańskiego obchodzenia Świąt Bożego Narodzenia.