Z tej sytuacji cieszą się narciarze. Na oślich łączkach roi się od gości, którzy przyjechali w góry zażyć śniegowej uciechy. W wyższe partie gór lepiej się teraz nie wybierać. Lawiny. W Tatrach wprowadzono najwyższy, jak na polskie warunki, stopień zagrożenia nimi. Czwórkę. Przy wejściach na szlaki turystyczne tablice ostrzegają: Uwaga! Niebezpieczeństwo lawin! Mimo to…

Wejście na szlak do Morskiego Oka, prowadzący ku wyższym partiom gór. Ostrzegawczą czwórkę widać z daleka. Odśnieżoną drogą kroczy grupa ludzi, dwie osoby wyraźnie starsze. Zimowe buty, kurtki, czapki. Mijają obojętnie tablicę z informacją, że szlak zamknięty, nie poświęcając jej ani chwili uwagi. Coś tam piszą? Niech se piszą. I tak pójdziemy dalej. Nie po to jechaliśmy taki kawał drogi do Zakopanego, żeby nie połazić po Tatrach.

Nie wiadomo, czy doszli do schroniska nad Morskim Okiem i czy udało im się wrócić jeszcze tego samego dnia. Być może nie; na popołudnie zapowiedziano zwiększone opady. A nawet jakby utknęli, po to jest TOPR, żeby ich ratował. Choćby helikopterem. Przecież już raz tej zimy zrobili taką akcję. Że lawiny? A kto powiedział, że muszą spadać akurat na nas, he, he…

Z podobnym idiotyzmem myślenia zetknęłam się już dawno, jako przewodnik po Karkonoszach. Wbrew powszechnemu mniemaniu góry te, podobnie jak inne części Sudetów,w zimowej porze nie są wcale tak łagodne. Swoistą sławą cieszą się lawiny w Śnieżnych Kotłach, gdzie, jak sama nazwa wskazuje potrafi się nieźle kotłować. I tu, podobnie jak w Tatrach, nie brakuje wędrujących idiotów. Że za ostre słowa? Że każdy ma prawo łazić gdzie chce? Zgoda, lecz pod warunkiem, że dalszy ciąg takiej eskapady nie będzie się wiązał z narażaniem życia innych, czyli ratowników. Nie stworzono ich przecież jako nieśmiertelnych olbrzymów. Również mogą zginąć. Do tego dochodzi koszt akcji. U naszych południowych sąsiadów działa ze wszech miar prawidłowa zasada, że pokrywa je ratowany. Tym sposobem zmniejszają liczbę głupków pętających się po górach mimo ostrzeżeń przed groźbą lawin.

A przecież lawinowe tragedie to nie wymysł sensatów. Ta największa, sprzed 16 lat,stała się nauczką dla lekceważących góry. Zginęło wówczas w Tatrach 9 uczniów liceum z Tych. Pojechali na zwyczajny zimowy obóz. Pod opieką nauczyciela, doświadczonego znawcy gór. Tym razem jednak to doświadczenie zawiodło. Wstępem do tragedii była zwyczajna lekkomyślność. Grupa, która zimą roku 2003 dotarła do schroniska nad Morskim Okiem miała ambitny plan. Pójść na Rysy. Zrobili to 27 stycznia - i szczęśliwie wrócili. Korciło ich aby wyczyn powtórzyć następnego dnia, choć dyżurujący w schronisku ratownicy TOPR ostrzegli, że pogoda gwałtownie się zmienia na mniej korzystną. Już wtedy ogłoszono alarm lawinowy drugiego stopnia. Może niewysoki, ale mimo wszystko alarm. Wczesnym rankiem 28 stycznia na szlak ruszyło 13 uczniów i nauczyciel. Około godz. 11 nagle zeszła ogromna lawina, pędząca z impetem w stronę Czarnego Stawu. Wyłamała nawet skuwający wodę gruby lód. Zgarnęła po drodze całą grupę. Przeżyły 4 osoby, w tym nauczyciel. Dziewięć osób poniosło śmierć. Ciała kilku z nich udało się odnaleźć dopiero wiosną, chociaż zorganizowano aż 14 wypraw poszukiwawczych z udziałem 36 psów lawinowych i 260 ratowników.

Kiedy więc na zamknięty szlak wkracza rozochocona grupa zimowych wczasowiczów, na usta ciśnie się okrzyk:

Gdzie się pchacie durnie?! Chcecie zginąć?! To nie jakiśtam bezsensowny zakaz! To ostrzeżenie przed bezsensowną śmiercią!