Politycy poprzedniej, proaborcyjnej, prohomoseksualnej i antykatolickiej partii – nazywajmy rzeczy po imieniu: Platformy Obywatelskiej – przystępowali śmiało do Komunii Świętej i, co gorsza, była im ona udzielana przez kapłanów, w pełni świadomych ich poglądów i publicznie głoszonego zła. Politycy obecnej partii rządzącej – Prawa i Sprawiedliwości – mają w nosie aborcję, a mimo to... tak samo: idą do Komunii i ją otrzymują bez problemów. Księża i biskupi niby wiedzą, że aborcja jest morderstwem wedle Nauki Kościoła, ale w życiu publicznym jakoś łatwiej przychodzi im sabotowanie inicjatyw, nazywających tak dzieciobójstwo.

Antyelektoraty partyjne (anty, bo są oparte na wzajemnej nienawiści), ignoranci z premedytacją, współodpowiedzialni za złodziejski system podatkowy i za "kompromis" aborcyjny – też śmiało bujają się do kościółka co tydzień i mruczą "Zdrowaśki", kompletnie nie rozumiejąc, że w życiu politycznym i publicznym wiara to nie tylko krzyż w Sejmie, ale głównie przemiana ludzkich serc i ochrona słabych, bezbronnych, wartości katolickich i czci Boga. Stawia się jurnie pomniki Janowi Pawłowi II, a robią to politycy i aktywiści, którzy popierają równie szumnie aborcję i dechrystianizację, mimo że ów papież mówił:

"Nie stawiajcie mi pomników, tylko mnie słuchajcie!"

(a o dzieciobójstwie zawsze mówił radykalnie negatywnie).

W bazylice jest chowany świecki, w dodatku: człowiek, który walczył czynnie z katolickim nauczaniem o rodzinie, pederastii i o godności każdego życia ludzkiego od poczęcia. Msza owa bluźniercza i ekumeniczna jest prowadzona rękami arcybiskupimi, tworzy się fałszywego świeckiego świętego, co tylko potęguje zgorszenie wiernych. Po „sekcie smoleńskiej” najwidoczniej pora na „sektę gdańską”.

Niby są katolickie media, ale 90% z nich to szajs, który katolicyzm definiuje jako ciągłe cofanie się, policzki, belki w oku itd. W międzyczasie celebryci kremówkowi wydają obleśne teologicznie książeczki, wprost heretyckie: a to o tym, że pacyfizm jest tym samym, co katolicyzm; a to o tym, że zwierzęta mają dusze nieśmiertelne; a to o tym, że najważniejsze to ze wszystkimi się dogadywać i trzymać za rączki śpiewając "Barkę". A przecież mamy być „solą tej Ziemi”, nie „miodem na uszy”.

Masa katolików ani nie czyta Pisma Świętego, ani nawet nie wie, że obowiązuje ich Katechizm Kościoła Katolickiego, Kodeks Prawa Kanonicznego czy Katolicka Nauka Społeczna. Wielu z niby wiernych Kościoła tak naprawdę jest poza nim, bo odrzuca sobie jedne dogmaty i nauki, a wyolbrzymia inne, najczęściej te o miłości i miłosierdziu, oraz nie osądzaniu (mylonym z oceną moralną czynu) bliźnich.

Niby Polska jest krajem suwerennym i katolickim, ale lata niszczenia nas zrobiły swoje. Niby katolicyzm w Niby-Landii, która jeszcze Wielką Polską nie jest. By Polska była Wielka i by była po prostu Polską, a nie państwem teoretycznym, Nibylandią, musimy pierwej zdefiniować, czy chcemy być katolikami, czy nie; czy chcemy być po stronie jednego "Pana", czy drugiego "Pana".

Póki co: jesteśmy armią bez generałów, a w sercach ludzi panuje bezkrólewie.

Gdzie ci biskupi, którzy powiedzieli Henrykowi VIII „dość, nie ma więcej żon”? Gdzie nasi generałowie w koloratkach, liderzy hufców katolickich, dumnie stojący jak tama przed zalewem zła, znosząc szykany i niezrozumienie z radością..? Gdzie nasza duma, jako mężczyzn i katolików? Co się stało z obrazem Chrystusa Pantokratora, czemu modlimy się jedynie do miłosiernej strony Pana Boga? Kiedy ostatnio słyszeliśmy dobre kazanie o piekle, grzechu, odpowiedzialności za czyny a nawet głosy wyborcze? Dlaczego z taką paranoją uciekamy od jasno sprecyzowanej nauki Kościoła? Po co wrogowie wiary trwają w Kościele, skoro nie wyznają katolicyzmu a jego sprotestantyzowaną wersję? Dlaczego kapłani i publicyści łamiący naukę Kościoła nie są karani przez przełożonych? Skąd święte krowy lewej odnogi Kościoła, który jest tak otwarty, że wszyscy z niego wyszli? Nie pamiętamy już, że Chrystus nie przyszedł przynieść pokoju, lecz miecz; by poróżnić syna z ojcem i matkę z córką? (Mt 10, 34)

Pytania te pozostają bez odpowiedzi. Przez ostatni czas widać bardzo mocno działanie swądu Szatana w świątyni Pana, który manewruje tak, by na nie nie odpowiadać, mimo wielkich debat nad „kryzysem w Kościele”. I nie są to próżne słowa – myli się ten, kto pomyśli, jakoby katolicki pogrzeb z honorami dla wroga Kościoła był szczególnym wyjątkiem. Dla przykładu: Ojciec Grzegorz Kramer na łamach swojego konta na Twitterze napisał – odnosząc się do samobójczego aktu Piotra S. z 19 października 2017 roku:

„Panie Piotrze S. mam nadzieję, że w Nim znalazłeś to, o co tak walczyłeś. Dziękuję za odwagę. R.i.P.”

O ile tutaj jeszcze można założyć, że promocja herezji przez ojca Kramera na prywatnym koncie nie może być uznana za działania redakcji (choć o tej redakcji świadczy, skoro żaden współkolega redakcyjny go za to nie skrytykował...), tak już tekst opublikowany miesiąc szybciej, 19.09.2017 roku, o tytule „Grzegorz Kramer SJ o Kacprze, który popełnił samobójstwo: ilu jeszcze ludzi musi się zabić za to, że są inni...?” (już jak najbardziej na deonie) robi z dziecka z zaburzeniami niemalże heroiczną postać, męczennika za „inność”. Katolicki duchowny ma prawo walczyć z nienawiścią, promować szacunek, ale nie w taki sposób, który oddaje sprawiedliwość skłonnościom zboczonym, które Katechizm nazywa „wewnętrznie nieuporządkowanymi”.

Ojciec Kramer jest zresztą znany ze swoich kontrowersyjnych, antykatolickich wyskoków, choć sama niechęć do „tradsów”, ignorowanie Katolickiego Katechizmu w sprawie samobójstwa, czy opowiadanie się z rewolucją seksualną wystarczą absolutnie, by przyznać, iż człowiek ten jest ekskomunikowany mocą samego prawa.I naprawdę żaden kolega redakcyjny nie reaguje? 

Kolejnym przejawem postchrześcijaństwa jest tekst, który pojawił się na deonie 10.09.2018 roku, autorstwa Monique Baujard, w którym podważa się naukę Kościoła zawartą w KNS i KKK. Jakim cudem taki tekst pojawił się na łamach katolickiego podobno portalu? A co z popełnioną publikacją z 21 sierpnia 2018 roku, kiedy to pojawił się na łamach deona tekst, pod tytułem „10 antykazań dla matek. Dementujemy bezsensowne nakazy i rady”, w którym autorka, Angelika Szelągowska-Mironiuk, obrzydza po prostu tradycyjne macierzyństwo i promuje zachowania z filmów dla dorosłych. Czy katolicki portal nie powinien przypadkiem promować czegoś odwrotnego..? Gdzie reakcja redakcji? Kto to puścił dalej?

Postchrześcijaństwo odezwało się również w 2017 roku, gdy deon udostępnił drogą Facebooka filmik ojca Remigiusza Recława SJ, w którym atakuje on tradycjonalistów, sprowadza ich do poziomu „hejterów” i trolli internetowych. Rzecz jasna, cały myk polega na tym, że rzekomym „trollingiem” jest podawanie cytatów z Katechizmu, choćby odnośnie Jedności Kościoła, czystości przedmałżeńskiej, czy innych, mniej lub bardziej widocznych, acz jasno sprecyzowanych spraw w dokumentach Kościoła. A owocami tego sprowadzania wszystkiego do dwuznaczności i prymitywnej filantropii są opinie komentujących te media ludzi.

Jakim cudem na katolickim rzekomo portalu, komentujący całkiem na luzie i bezkarnie: 

– wierzą w reinkarnację i karmę;
– wierzą we wszechświadomość kosmosu;
– wierzą, że mogą wierzyć we wszystko, a i tak nazywać siebie katolikami;
– popierają antykoncepcję, seks przed ślubem, kłamią że „Kościół tego nie precyzuje”;
– uważają, że zwierzęta mają duszę nieśmiertelną;
– gdy ktoś poda cytaty z Katechizmu, ci je ignorują i krzyczą o „belkach w oku” i mieszają ocenę moralną czynu i wystąpień publicznych z osądem;
–  wyzywają od „faryzeuszy”, „głupków” i „nieczułych, smutnych dupków”;
–  nie znają nauki Kościoła i wielokrotnie robią wielkie oczy, gdy okazuje się, że np. zwierzęta nie mogą być obiektem uczuć należnych jedynie osobom;
– myślą, że w Kościele istnieje pluralizm światopoglądowy, a nie jasno sprecyzowana Nauka Kościoła;
–  nie pojmują, co znaczy być katolikiem i jakie dokumenty katolika obowiązują, a co go nie obowiązuje (np. „ksiądz mi powiedział, że...” to stała klasyka tam w komentarzach);
–  mylą synkretyzm z ekumenizmem;
–  twierdzą, że będzie apokatastaza (od 553 roku jest to herezją, ale mają gdzieś fakty...).

To, rzecz jasna, tylko jeden z portali rzekomo katolickich, ale nie oszukujmy się: również na łamach Tygodnika Powszechnego podobne ekscesy się pojawiają, a nawet w Gościu Niedzielnym, bądź co bądź, świetnej gazecie, od zmiany redaktora naczelnego zaczyna się dziać coraz gorzej. 

Nastała epoka Postchrześcijaństwa, mimo kłamstw o „młodym i rozwijającym się Kościele” w Watykanie i w Kuriach. Musimy stanąć w smutnej prawdziwe: jest czas postchrześcijaństwa w Europie i USA. Ludzie odrzucili drugie skrzydło, rozum, by oddać się spazmatycznym emocjom i euforii, równie namiętnej i gorącej, co krótkiej i fałszywej. Pozostały nam po chrześcijaństwie pomniki... wielkie, oświetlone, odsłaniane przy akompaniamencie gitar i dzikich tańców, puste, bezsensowne, gloryfikujące nieznane ludziom idee. I powtórzę to, co mówię od dłuższego czasu: może i bramy piekielne Kościoła nie przemogą, ale nie jest nigdzie powiedziane, że Kościół przetrwa wszędzie.

Europa potrzebuje rechrystianizacji. I to nie drogą „Nowej Ewangelizacji”, a rozumem. Potrzebuje także generałów, a nie tchórzy i intrygantów. Nade wszystko jednak: Kościół potrzebuje rachunku sumienia, żalu za własne grzechy i mocnego postanowienia poprawy. Dość cofania się. Pora przejść do duchowej ofensywy.