A jaka jest prawda? Nie ta wydumana dla doraźnych celów, ale ta udokumentowana. Lud nie pił więcej, niż w innych państwach i brudny nie był. Nawet w małych osadach było po parę łaźni, czym nie mógł się szczycić każdy kraj Europy. Zaś owa podobno prymitywna szlachta umiała w potrzebie ostro wojować, ale też tworzyć godną podziwu kulturę. Ba, nawet bawić się z humorem. Jak choćby w przesławnym Babinie, od którego sztuki dowcipu uczyli się także tak zatroskani o nas Niemcy. Może warto, by i o tym co nieco pisarka wiedziała; nie zaszkodzi wychylić nosa poza własne widzimisię.

Podlubelska wieś Babin należała z dawna do rodu Pszonków. Jeden z nich, Stanisław wraz z przyjacielem Piotrem Kaszowskim, dziedzicem wsi Wysokie, utworzyli tutaj niby państwo: Rzeczpospolitą Babińską. Kierował nią rząd wspierany przez senat, hetmanów, wojewodów, sekretarzy, biskupów. Zresztą dostojnych tytułów tu nie skąpiono. Jeśli np. ktoś przechwalał się odwagą, mógł zostać hetmanem lub rycerzem pasowanym. Kto się jąkał albo plótł niewiarygodne historie, bywał krasomówcą, zaś opowiadacz bzdur o polowaniach, łowczym. Tytuły wpisywano do „Rejestru urzędników babińskich”, gdzie roiło się od sędziów, spowiedników, medyków, aptekarzy, cyrulików, anatomistów, destylatorów, bankietników. Znalazł się nawet apostoł i spekulant. 

 Zajrzyjmy na chwilę do Babina. Gości tu właśnie zacne grono obywateli tutejszej Rzeczypospolitej. Słychać salwy śmiechu. Znak, że obradują.

 – Rzeczę waszmościom szczerą prawdę!

– przysięga szlachciura z sumiastym wąsem.

– Był w lesie dzik, a że ślepy, chadzał za młodym dziczkiem, trzymając zębami za ogon owego młodzieniaszka. Zaczaił się był nań myśliwy. I bach! – ogon odstrzelił. Młodziak uciekł, stary odyniec został z chwostem w pysku. Naonczas myśliwy ujął za ów ogon i przyprowadził dzika do swego dworu odległego o trzy mile! Tak to było, mości panowie, jakem zdrów!

– Zmyślasz waćpan aż skry lecą

– zarechotało rozbawione towarzystwo.

–  Jak ów babińczyk co to przeszłego roku powiadał, że widział dzwon z gliny iłżeckiej, w który jak uderzą w Krakowie, to po ośmiu tygodniach słychać go w Rzymie.

Wszystkie te zabawne opowiastki notował Stanisław Sarnicki, tworząc „Annales" – kroniki, gdzie spisywano dzieje babińskiego towarzystwa wesołków, znanego w kraju i za granicą: Niemczech, Francji, Włoszech, Szwecji. Na jego wzór podobne tworzono i tam.     

 – Facecje facecjami. Ale pora nadać nowe tytuły i zaszczyty

– przerwał zabawę pan Babina, sędzia lubelski, Stanisław Pszonka. W komnacie zwanej Giełdą rozpoczęła się przerywana śmiechem narada.

Przynależność do Babińczyków, przechwalających się, że ich państwo uznają cesarze, królowie, a nawet papież, stanowiła swoistą nobilitację. Byli wśród nich, i nadane tytuły dumnie dzierżyli, sławni ludzie epoki: „miodopłynny pisorym" Jan Kochanowski oraz w „polski rym łacny" Mikołaj Rej.

Ostatni zapis w „Rejestrze" (prowadził go od 1601 r. Jakub Płonka syn Stanisława) ma datę 2 kwietnia 1782, ale o Babinie długo pamiętano. Jeszcze w XIX w. dwa pisma satyryczne nosiły tytuł „Pszonki", a mistrz Matejko namalował obraz pokazujący wesołe spotkanie w ogrodzie Pszonków.

Aż chce się zawołać:

– Babinie, wróć! Garść twoich tytułów przydałoby się i dziś. Choćby obiecywacz cudów i zielonych wysp, zjadacz szczawiu, pożeracz kamienic, nienawistnik, dyktatorek i spora gromadka skarżypytników zagranicznych.