Sprawa jest nieprzyjemna z dwóch powodów. Norwegia to dla nas ważny partner geopolityczny w sprawach bezpieczeństwa energetycznego i awantura konsularna nie jest dla nas dobra. „Państwo przyjmujące ma prawo uznać dyplomatę za osobę niepożądaną, jeśli stwierdzi, że narusza ona zapisy konwencji wiedeńskiej o stosunkach dyplomatycznych z 1961 roku lub konwencji o stosunkach konsularnych z 1963 roku. Wówczas może zażądać opuszczenia terytorium. To się jednak zdarza bardzo rzadko. Fakt, że Norwegia uznała polskiego konsula za osobę niepożądaną, to bardzo poważna sytuacja i zły sygnał dla polskiej społeczności w Norwegii” – stwierdził Ryszard Żółtaniecki, były ambasador, wykładowca Collegium Civitas. Z drugiej jednak strony rzekomo naganne zachowanie konsula Kowalskiego związane jest z jego interwencyjną działalnością dotyczącą Barnevernetu. Ta norweska instytucja jest zmorą dla rodzin emigrantów, ale nie tylko, skutki jej działania odczuwają nieraz rodowici Norwegowie.

Norwegia jest krajem opiekuńczym, dużo daje swoim mieszkańcom, ale wymaga od nich posłuszeństwa i lojalności. Barnevernet jest instytucją powołaną do pomocy rodzinom, które przeżywają różnego rodzaju kłopoty. Ma zabezpieczać potrzeby dziecka poprzez różnego rodzaju doradztwo, pomoc psychologiczną, szkolenia. Ma także możliwość reagowania na, jego zdaniem, dziejącą się krzywdę dziecka. Wkracza wtedy natychmiast do akcji, nawet po anonimowym zgłoszeniu i odbiera dzieci z rodzinnego domu, umieszczając je w rodzinie zastępczej. Dopiero później rozpoczyna się procedura wyjaśniania sprawy. Trwa to długo, często latami. W tym czasie Barnevernet ogranicza kontakty dziecka z jego biologicznymi rodzicami do kilku w roku.

W czerwcu ub.r. głośna była sprawa Norweżki, która uciekła do Polski ze swoim dzieckiem. Nękana cały czas przez Barnavernet znalazła pomoc prawników instytutu Ordo Iuris, którzy doprowadzili, że w grudniu ub. r. polskie MSZ przyznało azyl zdesperowanej matce. Działania Barnavernetu są prawdziwą zmorą dla polskich emigrantów, ale także różne nacje emigranckie mają z tym urzędem smutne doświadczenia. Głośna była sprawa rumuńsko-norweskiej rodziny. BV umieścił ich dzieci w trzech rodzinach zastępczych. Dopiero po zmasowanych protestach urząd wycofał się z tej decyzji i oddał dzieci rodzicom, a rodzina wyjechała do Rumunii.

W Norwegii na porządku dziennym są protesty przed placówkami dyplomatycznymi przeciwko działaniom Bernavernetu. Instytucją tą zajmowała się już Rada Europy. W maju ub. r. przyjęła krytyczny raport swego wysłannika, który podkreślił, że odbieranie dziecka ich biologicznym rodzicom to ostateczność.

Według najnowszych badań z roku 2015 ( nowszych Urząd ds. Dzieci i Młodzieży oraz Rodziny jeszcze nie udostępnił) W Norwegii mieszka 22,2 tys. dzieci polskiego pochodzenia. Jest to najliczniejsza grupa emigrantów. 67 polskich dzieci zostało odebranych rodzicom i umieszczonych w rodzinach zastępczych. Część z nich przebywa tam od kilku lat.

Właśnie grupa polskich emigrantów zawsze znajdowała pomoc u konsula Sławomira Kowalskiego wtedy, gdy los ich dzieci był zagrożony przez BV. Konsul odzyskał ponad 50 proc. dzieci odebranych przez Barnavernet. W jego obronie wystąpił m. in. SolidaritetNorge, związek zawodowy założony przez Polaków broni konsula Kowalskiego. Jego prezes Arthur Kubik mówi, że „Polacy w Norwegii – poza tymi osobami, które współpracują z BV i są przez tę instytucje formalnie lub nieformalnie opłacane – negatywnie odbierają odwołanie konsula dr Sławomira Kowalskiego. Co więcej, w Internecie jest też bardzo dużo opinii krytycznych ze strony zwykłych Norwegów, którzy piszą wprost, że Norwegia zachowuje się jak państwo totalitarne”.

Wydalenie konsula jest w Norwegii postrzegane jako kara za pomoc o zwrot zabranych przez BV dzieci. Sławomir Kowalski jest podobno odbierany jako oaza spokoju, ale „dla norweskich władz posiadanie odmiennego zdania niż one już samo w sobie jest formą agresji”.