Lutowa deportacja była jedną z czterech wcześniej zaplanowanych. Druga miała miejsce 12/13 kwietnia tegoż roku, trzecia 28/29 czerwca, zaś czwarta w maju 1941. Do tej pory trwa spór o to, ilu polskich obywateli powleczono na Syberię albo w dalekie stepy. Liczba 340 tysięcy jednym wydaje się zbyt niska, inni przyjmują ją za pewną, podpierając się dokumentami z archiwów NKWD! Ale są i źródła podające, że w ciągu 2 lat władzy sowieckiej na zajętych ziemiach Rzeczpospolitej represje, obozy i zsyłki dotknęły ponad milion ludzi, czyli co dziesiątą osobę tam mieszkającą. Około 30 tys. z nich rozstrzelano lub doprowadzono do śmierci w łagrach, choć wg. innych danych nie przeżyło nawet od stu do kilkuset tysięcy.

Wróćmy jednak do pierwszej, lutowej deportacji. Noc z 9 na 10, kiedy trójki operacyjne ruszyły do domostw niczego się nie spodziewających ludzi, była nawet jak na tę porę roku wyjątkowo zimna. Mróz i śnieg nie stanęły jednak na przeszkodzie brutalnym okupantom. Wpadali z wrzaskiem do domów, dając nieszczęsnym mieszkańcom  kwadrans a czasem „litościwie” nawet dwie, trzy godziny na spakowanie się. Zdarzał się, przeważnie wśród zwykłych, dołączonych do trójek miejscowych urzędników ktoś, kto radził, co zabrać, a nawet pomagał w zapakowaniu choćby woreczka mąki czy grochu. Niektórzy z deportowanych ocaleli od przeraźliwego lutowego zimna, zabierając grubą odzież i pierzyny. Dodajmy gwoli prawdy, że z władzami okupacyjnymi czasem ochoczo współpracowała pewna część mniejszości zamieszkujących Rzeczpospolitą: Ukraińcy, Żydzi, Białorusini, mimo że ofiarą deportacji padali również ludzie z ich nacji.

W lutowej deportacji wywieziono ok. 140 tysięcy ludzi, głównie tych z rodzin wojskowych, kolejarzy i urzędników leśnych. Wśród nich znaczną część stanowiły kobiety i dzieci. Jedną trzecią deportowanych skierowano na północ kraju, w okolice Archangielska, innych na Syberię, do Kraju Krasnojarskiego. Ta pierwsza masowa wywózka pochłonęła 12 tysięcy istnień. Zima, głód, choroby nie oszczędziły przede wszystkim najsłabszych: dzieci i osób starszych.

Kto zdołał przeżyć katusze podróży w nieogrzewanych bydlęcych wagonach, po przybyciu do punktu docelowego musiał ciężko pracować, przeważnie przy wyrębie lasów, bo tylko wtedy mógł dostać jakąkolwiek nędzną strawę. Pracowały więc nawet kilkuletnie dzieci. Mieszkali w barakach lub w wygrzebanych przez siebie jamach, ziemiankach.

Jak już wspomniałam, cała akcja była precyzyjnie sterowana - i to na najwyższym szczeblu. NKWD pilnie śledziło drogę transportów, sporządzając co kilka godzin raporty z trasy, donoszące ilu ludzi jedzie w danym pociągu. Wszystko musiało się zgadzać. Jak bardzo zależało Rosjanom na tym, ażeby oczyścić wschód naszego kraju z jego mieszkańców, świadczy rzucenie na ten odcinek „walki z polskimi panami” ogromnej ilości środków transportu. Choćby w rejonie samego Białegostoku podstawiono na 33 stacjach aż 470 wagonów. Wywieziono nimi ok. 12 tysięcy ludzi. Wystarczy to pomnożyć przez liczbę wszystkich deportowanych w lutym, ażeby pojąć, iż cała operacja wymagała  przygotowania grubo ponad 5 tysięcy wagonów.

Ta straszliwa hekatomba polskiej ludności ze wschodnich kresów Rzeczypospolitej została mocno udokumentowana wspomnieniami zesłańców i badaniami naukowymi. Jednak ten kto po nie sięgnie, musi się liczyć z przerażającym obrazem grozy, jakiej nie oszczędzili nam nasi sąsiedzi.