Są tu płotki, są też wielcy macherzy. Wyjściową kwotą jest milion, chociaż mizerna to sumka, nawet nie warta uwagi. Jakiś czas temu jeszcze sumowałam, ile kasy wydarto z różnych przekrętów. Jednak musiałam tę księgowość zarzucić; było tego tak dużo, że nie mogłam już nadążyć. Lecz za każdym razem, nie bacząc na „okrucieństwo” wyrwania nieszczęśników z ich bezpiecznych pieleszy i targania przed straszliwe oblicze zbyt często ślepawej Temidy, czułam jak poprawia mi się humor. Może odzywa się tak gorsza część natury, ukryta we mnie bestia? Wreszcie pojęłam tę paskudną radochę z cudzego upadku. To nie bestia! To uczulenie na wszystko, co wiąże się ze złodziejstwem.


      Powody mam. Poważne. Włócząc się latami po wynajętych pokoikach, dostałam szansę bycia na swoim. Harowałam, biorąc każdą robotę – i grosz do grosza, udało mi się zebrać część na wkład mieszkaniowy. Któregoś dnia kasa przepadła. Ukradł mi ją ktoś z okolic mojej pracy – odwiedziło mnie wtedy parę osób, by złożyć życzenia urodzinowe. Zniknęła wizja własnego kąta. Czekało mnie osiem kolejnych lat wałęsania się po obcych. Nie mogę od tamtej pory znieść złodziei. Nie ma we mnie grama dla nich współczucia. Ci co kradną, nie zważają na to, jaką biedę a nawet nieszczęścia ściągają na bliźnich lub ich grupę, np. klientów banku czy na państwo, które musi się szamotać w kajdanach deficytu.


        Najgorsi są ci w białych rękawiczkach. Kryjąc się za zasłoną polityki, za immunitetem „zasług” wysysają ze swojego statutu nienaruszalnych ile wlezie. Pisałam o tym w lutowym felietonie „Kryształowi i szary lud”. Ci to dopiero gracze! Gębami pełnymi frazesów nawijają nam makaron na uszy, jęcząc, że fakt ich złapania jest wyłącznie grą polityczną, jakąś enigmatyczną pomstą, prześladowaniem, strzelaniem z pustych armat w ich niewinność, i tym podobne bzdety. Wmawiają nam, przy szerokim współudziale partyjnych towarzyszy i sprzyjających mediów, że ta łapanka ma kolor wybitnie polityczny. Może i ma, choć nie każda i nie zawsze.


      Łapanie złodziei idzie na całego. To już nie płotki, które połasiły się na kilkanaście, kilkadziesiąt  
tysięcy albo ów wstępny milion o jakim jeden z prominentów poprzedniej władzy rzekł „iż pierwszy milion trzeba ukraść”, co niby było żartem. Ponurym, bo ze świadomością, że tak właśnie się dzieje. Gra idzie o grubą forsę. Nie wspomnę o przekręciarzach VAT – owskich, bo o nich już dudni się na prawo i na lewo. Ci orżnęli nie tylko pojedynczego Kowalskiego, ale nas wszystkich. Nie mówię też o Amber Gold; nad tą sprawą wisi gęsta zasłona nie mówienia prawdy do końca, nie wskazywania kto w rzeczywistości dawał na to przyzwolenie. Zbyt wysoko by to sięgnęło. Zbyt wysoko. A ten, co ściga mógłby sam oberwać. Vide: sprawa Sawickiej, w której poniósł  konsekwencje ten co ośmielił się ją złapać. Urządzono wówczas spektakl z płaczem, mdleniem i wszystkim co mogło świadczyć, jak wielką krzywdę uczyniono niewinnej kobiecinie. Przy tej okazji przypomina mi się rozmowa z załogantem karetki, która miała udzielić pomocy pani poseł. Karetka została wezwana wcześniej i parędziesiąt minut czekała przed Sejmem, bo podobno „ma tu mdleć jakaś posłanka.” Był to więc przygotowany z góry teatr, na który chciano nabrać żądną skandalu gawiedź, za jaką zwykli uważać społeczeństwo. U części oszustwo chwyciło.


      Cóż dodać? Panowie, obojętnie kim jesteście. Łapcie złodziei! Nie pozwalajcie im tego co nasze grabić, przywłaszczać, rozkradać, defraudować, sprzeniewierzać, gwizdać, zwędzić, łupić, rabować, wydzierać. Wszak mądre przysłowie mówi, że „kradzione nie tuczy”. Zaś ten kto podnosi wrzask w obronie grabieżców niech przypomni sobie inne trafne przysłowie: „na złodzieju czapka gore”.