Warto przypomnieć, że Konstytucja Polski zakazuje cezury wprowadzonej przez Unie Europejską. Euro przepisy są sprzeczne z artykułem 54 Konstytucji, który każdemu „zapewnia wolność wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Artykuł 54 stwierdza, że „cenzura prewencyjna środków społecznego przekazu oraz koncesjonowanie prasy są zakazane”. Oczywiście przedstawicielom groteskowej opozycji sprzeczność euro cenzury z Konstytucją nie przeszkadza drzeć ryja rzekomo w obronie konstytucji.

 

Przed przegłosowaniem przez europarlament wprowadzenia cenzury w Warszawie i kilku innych miastach Polski odbyły się niezbyt liczne demonstracje przeciwników wprowadzania cenzury w internecie (w miastach zachodniej Europy protesty te były o wiele bardziej liczne). W warszawskim proteście wzięli udział wideo blogerzy, internauci, działacze lewicowych i prawicowych organizacji politycznych (od wolnościowców do lewaków). Oczywiście establishment media przemilczały protest.

 

8.40 minuta wywiad z Janem Bodakowskim, 17.20 kolejna wypowiedź, 55 przemówienie, 1.33 apel o udział w Narodowym Marszu Życia

PILNE! Wielki protest przeciwko ACTA2 w Warszawie! Czy to koniec wolności słowa w internecie?

Mając w pamięci piosenkę Kazika o artystach, warto przypomnieć, że wśród sygnatariuszy apelu filmowców do europosłów o poparcie dyrektywy UE wprowadzającej cenzurę w internecie, znaleźli się filmowcy, których produkcje sfinansowane często pieniędzmi podatników, uznawane przez środowiska patriotyczne za filmy szerzących nienawiść do Polski i katolicyzmu.

 

Wśród sygnatariuszy apelu z poparciem dla dyrektywy wprowadzającej cenzurę w internecie znaleźli się: Agnieszka Holland (która wsławiła się krytyką filmu „Pasja” i określeniem wizerunku Jezusa w tym filmie jako „skrawanego pulpetu)”, Paweł Pawlikowski (autor „zimnej Wojny” kreującej pozytywny wizerunek PRL), Juliusz Machulski, Jacek Bromski, Andrzej Seweryn, Wojciech Smarzowski (autor „Wołynia” ukazującego Polaków jako degeneratów, i prostackiej antyklerykalnej propagandy „Kler”) i Małgorzata Szumowska (autorka filmu „Ciało/Body” który promował spirytyzm), Filip Bajon, Sławomir Fabicki, Dariusz Gajewski, Jan Komasa, Joanna Kos-Krauze, Borys Lankosz, Marcel Łoziński, Jan P. Matuszyński, Jagoda Szelc.

 

Sygnatariusze listu autorstwa Stowarzyszenie Filmowców Polskich stwierdzili w swoim piśmie, cytowanym w depeszy PAP, że dyrektywa Unii Europejskiej o wprowadzeniu cenzury „to przełomowy moment dla polskiej i europejskiej kultury, a także wszystkich osób zaangażowanych w jej tworzenie i rozwój”.

 

Filmowcy uważają „rozwiązania wypracowane przez instytucje unijne stanowią szansę na wzmocnienie pozycji twórców, stworzenie przejrzystych reguł dotyczących korzystania z cudzej twórczości i sprawiedliwy podział zysków z tytułu eksploatacji utworów w środowisku cyfrowym”.

 

Ukazując swój brak realizmu i wiedzy o otaczającym świecie filmowcy stwierdzili „gdy wnikliwie ktoś chciałby przyjrzeć się skutkom dyrektywy, dojdzie do wniosku, że nie pogorszy ona pozycji przeciętnych użytkowników internetu, i że nie stanowi zagrożeń dla wolności słowa".

 

Warto pamiętać, że faszystowska z ducha dyrektywa Unii Europejskiej o wprowadzeniu cenzury w internecie utrudni upowszechnianie wiedzy. Pisała o tym Stowarzyszenia Wikimedia Polska, które wyraziło „zaniepokojenie w związku z proponowaną dyrektywą o prawach autorskich na jednolitym rynku cyfrowym. Przedmiotowa dyrektywa ma zmienić funkcjonowanie prawa autorskiego w Internecie i innych cyfrowych kanałach komunikacji. Nasze obawy budzą głównie dwa artykuły tego projektu: artykuł 11, ustanawiający prawo pokrewne dla wydawców prasowych i artykuł 13, wprowadzający rozszerzoną odpowiedzialność dostawców usług internetowych za umieszczane przez użytkowników treści”.

 

Zdaniem Stowarzyszenia Wikimedia Polska „na podstawie proponowanego brzmienia artykułu 11 każde wykorzystanie cudzych treści prasowych, które nie mieści się w wąskich granicach wyjątków i ograniczeń od praw autorskich (dozwolonego użytku), wymagałoby zgody wydawcy. Strony agregujące teksty prasowe wyświetlałyby mniej linków do prasy niszowej, specjalistycznej i lokalnej, których wydawcy nie zadbaliby o wyrażenie stosownej zgody. Obniżyłoby to jakość projektów Wikimedia, które bazują na wolontariackim wyszukiwaniu specjalistycznych źródeł. Ponadto artykuł 11 utrudniałby przetwarzanie materiałów prasowych metodami obecnie jeszcze mało popularnymi, a korzystnymi zarówno dla czytelników Wikipedii, jak i dziennikarzy – na przykład big data”.

 

W opinii Stowarzyszenia Wikimedia Polska „artykuł 13 z kolei nakłada na serwisy obowiązek prewencyjnego filtrowania treści, będący w istocie formą cenzury. Do tej pory obowiązek usunięcia treści naruszających prawa autorskie powstawał dopiero, gdy dostawca usług internetowych został o tym fakcie powiadomiony. Istnieje obawa, że oprogramowanie filtrujące nie powstanie ze względów budżetowych. Jeżeli jednak powstanie, jest bardzo mało prawdopodobne, że będzie ono prawidłowo rozpoznawało legalne wykorzystanie utworów opublikowanych na tzw. wolnych licencjach oraz wykorzystanie mieszczące się w granicach wyjątków i ograniczeń od praw autorskich (dozwolonego użytku). To może znacznie zniechęcić wolontariuszy do publikowania własnych treści, stworzonych w drodze kompilacji dostępnych źródeł”.

 

Jak informuje Stowarzyszenie Wikimedia Polska „Wikipedia i jej projekty siostrzane tworzące razem Wikimedia – stanowią najobszerniejszy i najczęściej czytany zasób edukacyjny w wielu językach – w tym w języku polskim. Treści zawarte w projektach, opublikowane na tzw. wolnych licencjach, są szeroko wykorzystywane, w wielu kontekstach i na różne sposoby. Artykuł 13 zmniejszy swobodę korzystania z naszych zasobów ze względu na wspomniane trudności w odróżnianiu legalnego wykorzystania utworów opublikowanych na tzw. wolnych licencjach od nielegalnego wykorzystania treści objętych klauzulą “wszelkie prawa zastrzeżone”. Odbędzie się to wbrew woli twórców projektów Wikimedia, którzy od lat, nie oczekując za to wynagrodzenia, dzielą się w dobrej wierze swoją wiedzą ze wszystkimi, którzy tylko chcą z niej korzystać”.

 

Faszystowska z ducha dyrektywa Unii Europejskiej wprowadzająca cenzurę w internecie jest zagorzeniem dla rozwoju gospodarczego Polski. Jak informował Związek Przedsiębiorców i Pracodawców „przedstawiciele największych polskich związków przedsiębiorców i stowarzyszeń reprezentujących firmy z sektora nowoczesnych technologii, cyfrowego oraz internetowego wspólnie zaapelowali do polskich eurodeputowanych, by ci w Parlamencie Europejskim odrzucili projekt Dyrektywy w sprawie prawa autorskiego w obecnym kształcie, który uderza m.in. w polskie firmy, naukowców oraz internautów. O wsparcie w tej sprawie zwrócili się także do premiera Mateusza Morawieckiego. Zaniepokojenie wobec niektórych projektowanych przepisów wyraziła Federacja Konsumentów”.

 

Przeciwko faszystowskiej z ducha dyrektywie Unii Europejskiej wprowadzającej cenzurę w internecie protestowali też pracodawcy.

 

Jak można dowiedzieć się, ze wspólnego stanowiska „pod którym podpisali się Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, Krajowa Izba Gospodarcza, Związek Pracodawców Technologii Cyfrowych Lewiatan, Związek Cyfrowa Polska, Fundacja Centrum Cyfrowe oraz Startup Poland – przyjęcie Dyrektywy w sprawie prawa autorskiego w obecnym kształcie negatywnie wpłynie na konkurencyjność całego sektora związanego z nowoczesnymi technologiami, co odczują też polscy konsumenci”.

 

 

 

 

Zdaniem sygnatariuszy oświadczenia „w naszym wspólnym interesie jest, by internet, który odgrywa podstawową rolę w gospodarce cyfrowej, pozostawał otwarty i dostępny dla wszystkich. Wszelkie próby sztucznego ograniczania dostępu do kontentu odbiją się na rozwoju innowacji”

 

Zdaniem Związku Przedsiębiorców i Pracodawców „błędnym kierunkiem jest pomysł wprowadzenia w art. 11 Dyrektywy licencjonowania treści poprzez tzw. „podatek od linków”. Bo jak argumentują, wydawcy są obecnie wystarczająco chronieni przez obowiązujące przepisy dotyczące praw autorskich”.

 

Według sygnatariuszy oświadczenia „z doświadczeń niemieckich i hiszpańskich niezbicie wynika, że z ekonomicznego punktu widzenia koncepcja pobierania opłat za linkowanie nie ma sensu i nie przyniesie żadnych dochodów wydawcom, za to doprowadzi do zamknięcia wygodnych dla użytkowników dróg dotarcia do poszukiwanych informacji oraz ruiny małych, lokalnych i specjalistycznych wydawców, którzy polegają na agregatorach, social mediach i wyszukiwarkach jako źródłach ruchu generującego dochód z reklam”.

 

W opinii przeciwników pomysłu Unii Europejskiej „pod znakiem zapytania stanie również prawo do wolnej konkurencji, ponieważ tak sformułowane przepisy będą w rzeczywistości sprzyjać jedynie największym wydawcom”.

 

Sygnatariusze stanowiska uważają, że „zagrożona zostanie przyszłość mniejszych wydawnictw i inicjatyw dziennikarskich czy start-upów, którzy nie będą w stanie uzyskać wszystkich licencji – od dużych wydawców – niezbędnych do zaistnienia na rynku”.

 

Zastrzeżenia sygnatariuszy stanowiska „budzi też art. 13 Dyrektywy, który wprowadza obowiązek filtrowania internetu w celu ochrony praw autorskich, a także odpowiedzialność prawną dostawców usług internetowych za treści zamieszczenie przez ich użytkowników. Jak tłumaczą, tak skonstruowane przepisy wywołają nieprzewidywalne konsekwencje i szkody dla innowacyjnych przedsięwzięć funkcjonujących w sieci, a także całego rynku e-commerce. Dostawcy usług w internecie będą bowiem zobligowani do wprowadzenia specjalnych filtrów w celu uniknięcia grożących im konsekwencji za ewentualne naruszenie praw autorskich. Nie tylko uderzyłoby to znów w najmniejsze podmioty, ale jest to sprzeczne z Kartą Praw Podstawowych poprzez utrudnianie prowadzenia własnego biznesu, jak również ograniczenie wolności słowa samym konsumentom”.

 

Zdaniem przedsiębiorców „można bowiem z góry założyć, że nadmierna ostrożność wydawców skutkowałaby wręcz cenzurą. Jest to sprzeczne z ideą Unii Europejskiej, która miała być otwarta dla obywateli i której jednym z podstawowych założeń był rozwój społeczeństwa informacyjnego oraz konkurencyjność europejskiego przemysłu i kultury”.

 

Według sygnatariuszy „proponowany kształt prawa autorskiego na Jednolitym Rynku Cyfrowym zgodnie z zapisami w art. 3 projektu Dyrektywy zdaniem przedsiębiorców zagrozi zablokowaniem postępu w dziedzinie przepływu i wykorzystywania danych (text and data mining; TDM)”.

 

Sygnatariusze stanowiska przestrzegają, że „wprowadzenie wyjątku swobodnego praktykowania TDM tylko do przypadku niektórych badaczy, w szczególności uderzy w Polskę, która chętnie wybierana jest przez międzynarodowe koncerny do lokowania Centrów R&D. Wyrażamy obawę, że wprowadzenie nowych zapisów w takim ograniczonym kształcie spowoduje przeniesienie tych ośrodków z Polski do innych krajów spoza Unii Europejskiej”.

 

Jak informują przedsiębiorcy „swoje zastrzeżenia do unijnej Dyrektywy zgłasza również Federacja Konsumentów, która w piśmie przesłanym do eurodeputowanych wyraziła zaniepokojenie skutkami projektowanej Dyrektywy. A szczególnie wprowadzeniem zapisów art. 11 oraz art. 13”.

 

Zdaniem Federacji Konsumentów niepokojące jest to „że nowe regulacje w znaczący sposób ograniczą dostęp do informacji w sieci, uniemożliwią swobodę dzielenia się nimi, co uderzy w podstawy nowoczesnego społeczeństwa informacyjnego”.

 

W Unii Europejskiej trwa proces uchwalania, faszystowskiej z ducha, dyrektywy rozszerzającej cenzurę w internecie, przyjętej przez Parlament Europejski (głosami między innymi polityków Platformy Obywatelskiej).

 

Niedawno w kinach wyświetlany był film dokumentalny „Czyścidle internetu” zrobiony przez lewaków z Niemiec i Brazylii. Według informacji zawartych w dokumencie portale społecznościowe już mają całą infrastrukturę cezury, by wprowadzić w życie faszystowską z ducha dyrektywę Unii Europejskiej. Koncerny medialne, za pośrednictwem firm zewnętrznych, zatrudniają dziesiątki tysięcy cenzorów – najczęściej biedotę z krajów nierozwiniętych, pracującą za grosze, karnie cenzorującą według instrukcji tworzonych przez portale społecznościowe.

 

Dokument „Czyścidle internetu” przybliża też kryteria tej cenzury, które stworzone są na podstawie umów tych korporacji z rządami państw (często komunistycznymi czy islamskimi dyktaturami) oraz innymi korporacjami (dbającymi by ich interesy gospodarcze nie były zagrożone swobodą wypowiedzi w internecie). Taka sytuacja nie wzbudza zainteresowania polskich polityków, choć przydałaby się komisja sejmowa w sprawie cenzury w internecie – w sytuacji, gdy portale społecznościowe mają władze cenzury niczym reżimy komunistyczne, i kształtują swoją polityką tak gusta internautów, by ci interesowali się sprawami nieistotnymi, a nie sprawami rzeczywistej wagi.

 

Cenzura portali społecznościowych uderza w Polsce w polskich patriotów. Ich usuwane z internetu materiały mają charakter informacyjny i polityczny. Cenzura taka faktycznie odbiera polskim patriotom możliwość udziału w debacie politycznej, czyli jest polityczną dyskryminacją, do której portale społecznościowe mające na swoim rynku pozycję monopolistyczną nie mają prawa (podobnie jak monopolista dostarczający nam wodę czy elektryczność nie ma prawa odmówić nam usług z powodu naszych poglądów politycznych).

 

Przeciwko wprowadzeniu cenury w internecie protestował też instytut Ordo Iuris, którego zdaniem „rozwiązania znane jako „Acta 2” mogą spowodować, że samo „linkowanie” internetowych treści będzie płatne, a mniejszym portalom dziennikarskim zagrozi finansowy upadek”.

 

Według Ordo Iuris „zaakceptowanie projektu w kształcie zaproponowanym przez Komisję Europejską” oznacza „koniec Internetu w formie znanej nam dotychczas. Najbardziej kontrowersyjne i krytykowane zarazem przepisy – art. 11 i art. 13 projektu dyrektywy przewidują odpowiednio:

- przyznanie wydawcom wyłącznego prawa do zwielokrotniania utworu, co ograniczy m.in. dopuszczalność prywatnego i niekomercyjnego korzystania bez licencji z materiałów prasowych.

W skrajnej postaci przepis ten może skutkować wprowadzeniem zakazu bezpłatnego linkowania do treści zamieszczonych w Internecie oraz niezwłocznym usuwaniem przez portale społecznościowe udostępnianych przez internautów materiałów, także tych nieobjętych prawami autorskimi, ale błędnie zakwalifikowanych do tej kategorii przez algorytmy używane przez portale społecznościowe.

- wprowadzenie szeregu mechanizmów monitorowania i filtrowania treści zamieszczanych w Internecie, przerzucenie na właścicieli portali internetowych obowiązku bieżącego monitorowania i filtrowania danych, co może podważać ekonomiczne podstawy funkcjonowania mniejszych i lokalnych portali, których nie będzie stać na dostosowanie się do nowych przepisów”.

 

Dyrektywa o jednolitym rynku cyfrowym Unii Europejskiej, a szczególnie jej art.11 i art.13 to początek cyfrowego totalitaryzmu rodem z powieści science fiction.

 

Nowa dyrektywa Unii Europejskiej ma na celu zablokowanie swobodnej debaty politycznej, gdyż przewiduje potrzebę wykupienia licencji na skorzystanie nawet z fragmentu cudzego tekstu (cudzej twórczości) – co oznacza, że nie będzie (jak w polemice z czyjąś wypowiedzią) zacytować fragmentu czyjeś wypowiedzi.

 

Przyjęta dyrektywa Parlamentu Europejskiego przewiduje, że wydawcy portali internetowych będą musieli weryfikować materiały przed ich publikacją. Oznacza to, że każdy portal będzie musiał, by móc działać, zakupić kosmicznie kosztowne oprogramowanie weryfikujące materiały przed ich publikacją, oraz zatrudnić tysiące cenzorów. Doprowadzi to do tego, że większość portali będzie musiała zawiesić działalność, bo nie będzie je stać na takie oprogramowanie – co jest w interesie korporacji, które chcą mieć monopol i zlikwidować konkurencje. Jest to też w interesie mającej faszystowskie ciągoty Unii Europejskiej, która dziś nie może skutecznie cenzorować internetu, bo jest za dużo portali, dzięki ich ograniczeniu, poprzez wymóg kosztownego oprogramowania, będzie miała o wiele mniej stron do inwigilacji i cenzurowania. Z doświadczenia wiadomo, że takie cenzurujące oprogramowanie nie będzie skutecznie działać, i na pewno będzie blokować też treści nienaruszające niczyjego prawa autorskiego.

 

W pracach nad dyrektywą jak na razie zmieniło się tylko tyle, że kontrowersyjne paragrafy nie zniknęły tylko dostały nową numerację.

 

Jan Bodakowski