Jak ta ostatnia, w Sri Lance czy ta wcześniejsza, porażająca milionami ofiar rzeź w Afryce albo krwawa wojna na Bałkanach, w środku cywilizowanej Europy. Tej Europy, która bełkoce o wartościach, równocześnie kładąc twardą łapę na teraźniejszości i przyszłości podległych jej narodów. Europy gender, lewactwa i niszczenia zasad, przez co straciła już moralne prawo do mówienia co temu czy innemu unijnemu narodowi przystoi.


        Brak sumienia – oto znak czasów w jakich przyszło nam żyć. Jeśli owo sumienie gdzieś jeszcze przetrwało, to w pojedynczym, zwykłym człowieku, który wstrząśnie się na wieść o dziejącej się zgrozie, uroni łzę nad losem nieszczęśników, pomodli za ich dusze, aby potem, wsłuchując się tępo w medialne autorytety, ten moment ludzkiej wrażliwości zmienić w sobie w nicość, podług której zabici stają się wyłącznie zimnymi liczbami. Zginęło 300, 500 ludzi, wymordowano kilka tysięcy. Cóż, gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą…


        W świątecznym przesłaniu papieża można było odnaleźć ów element pochylenia się nad ofiarą pojedynczego człowieka, nad jego nieszczęściem, ze szczególnym naciskiem na los uchodźców wojennych oraz ekonomicznych. Brzmiało to jak wycinek raportu z pola bitwy, podsumowaniem nie było jednak krzyczące – w tym przypadku niemal obowiązkowe - wezwanie do świata, co czynił niestrudzenie św. Jan Paweł II. Jest oczywiste, że powinniśmy jako chrześcijanie podawać rękę nieszczęśnikom. Jednak i ten medal ma dwie strony. Ta druga to niekiedy brutalne narzucanie przez przybyszów swoich obyczajów. To wreszcie tragedia idących już w tysiące zgwałconych w Europie dziewcząt, kobiet, nawet dzieci. Kto nad nimi zapłacze równie głośno jak nad losem tych co musieli w drodze do nowego raju przemierzyć pustynię, przepłynąć morze - w dużej części sprawców tych brutalnych aktów, zostawiających nieuleczalne rany. Kto się pochyli nad tymi ofiarami? Papież tego nie uczynił. W ogólnym rozrachunku stały się więc istotami Nikt. Przerażające…


       Nikt to także my, szara masa, której obowiązkiem jest posłuszeństwo wobec dzierżących stery. Mamy pracować, wytwarzać, nie podskakiwać, radować z rzuconych nam ochłapów praw, nie wierzgać przeciw kajdanom moralnego zniewalania. Ba, nie wolno nam już, co postępuje w tempie zatrważającym, wychowywać własnych dzieci, bo zrobią to za nas specjalne instytucje. Sprzeciw równa się tu karze. Na otarcie łez dano nam kolorowe paciorki złudzeń, za jakie musimy oddawać własne dusze. Dla człowieka Nikt ulg nie przewidziano. A jednak to on i tylko on jest solą ziemi.
       Tu odwołam się do jakże celnej opinii amerykańskiej pisarki Lilian Jackson Braun (1913-2011). Jej mądre uwagi można odnieść nie tylko do kraju, w którym żyła.


     „...Boże daj nam ludzi, którzy są nikim. W tym kraju potrzebujemy mniej sław, a więcej ludzi, którzy nic nie znaczą. Takich, którzy żyją zwyczajnie, dzielnie walczą z trudnościami, robią coś dobrego dla świata, cieszą się z małych sukcesów, ich nazwiska nigdy przenigdy nie pojawiają się w gazetach a twarze w telewizji. Marzymy o bohaterach, których moglibyśmy podziwiać i naśladować. A kogo nam proponują? Bandę, która składa się ze zbłąkanych polityków, zwariowanych ekshibicjonistów, niewiele wartych dziedziczek fortun, rozkapryszonych artystów, głupawych ryzykantów, krocie zarabiających sportowców, artystów estradowych bez talentu, kiepskich autorów kiepskich książek…”


      Musimy więc trwać. Bo to właśnie Nikt jest jedyną nadzieją dla świata.