Przemoczona od stóp do głów dziewczynka wpatruje się jak zahipnotyzowana w płomienie i płacze rozdzierająco, tuląc przerażonego psiaka. Pali się dom obok, ale graniczący przez ścianę z jej pokojem, skąd uciekła w samej bluzce. Jakaś młoda kobieta okrywa ją własną kurtką, uspokaja, prowadzi do karetki, gdzie chwilę wcześniej udzielono pomocy zrozpaczonej matce dziewczynki. Sąsiedzi zabierają obydwie do domu po drugiej stronie ulicy, gdzie stworzyli naprędce rodzaj sztabu kryzysowego. Ktoś szykuje herbatę, inni pocieszają płaczące. Przed oczami mają scenę sprzed kilkunastu minut, gdy wrócił właściciel. Nie zważając na dym i płomienie skoczył do środka, ratować dwa psy. Udało się! Jeden z psów stracił przytomność. Reanimuje go sąsiadka, pielęgniarka.

Cztery wozy straży pożarnej zmagają się z żywiołem przez ponad godzinę. Zdejmują dachy i tną krokwie przyległych domów. Trzeba się spieszyć, żeby i ich nie pożarł ogień. Tymczasem w „sztabie kryzysowym”, gdzie zjawia się coraz więcej osób, już ustalono, że pogorzelcy zamieszkają na razie w wolnych pomieszczeniach przy sklepie. A potem trzeba brać się za odbudowę. Na razie kto żyw znosi rozmaite rzeczy. Pościel, ręczniki, ubrania, garnki, szklanki – wszystko co potrzebne w codziennym życiu. Pocieszają zrozpaczoną właścicielkę domu. Nie bój się, nie damy wam zginąć. Pomożemy we wszystkim. Któryś uruchamia internetowe konto pomocy, inny biegnie do proboszcza by ten zarządził niedzielną „tacę” na rzecz pogorzelców. Wici o potrzebie wsparcia są rozsyłane gdzie tylko się da.

Ogromna solidarność w nieszczęściu. I chociaż „znawcy” utrzymują, że to już rzadkość także w naszym kraju, my tu, w naszej podmiejskiej wsi machamy ręką na te opowiastki „postępowców”. Wspólnota w biedzie nadal jest. Nie zniknęła. Mamy przed oczami tamten wypieszczony dom naszych sąsiadów, ludzi ciężkiej pracy, którzy przez kilkadziesiąt lat budowali zręby swego bytu. Teraz, przekroczywszy pięćdziesiątkę, chcieli wreszcie odetchnąć. Nie udało się. Ludzie to rozumieją. Współodczuwają. Jest oczywiste, że pomogą, wszak sami z trudem stawiali swoje mury, urządzali wnętrza, poznawali krok po kroku smak wysiłku. Pomoc dla nieszczęśników jest dla nich rodzajem modlitwy o dobry los i swój i bliźnich, szczególnie tych w potrzebie. Czy tak trudno to pojąć?

Wieczorem, znużeni przeżyciami, wracamy do domu. Musimy na chwilę oderwać się od widoku płonącego dachu, wypadających okien, krzyczących z przerażenia zwierząt, płaczących ludzi. Może pocieszą nas jakieś dobre wieści ze świata, z kraju. W telewizji zestaw codzienności, ale jakże innej, jakże dalekiej od naszego dnia i chleba powszedniego. Gadają politycy. Leje się woda przekonywań o ich wyjątkowości i tylko złej woli innych. Podpalają dawno już zużytymi zapałkami polskie ognisko. Byle złapać władzę, żreć nieustannie z pełnego, unijnego tym razem, koryta. Sprzedać za nędzne srebrniki honor, dumę, los współobywateli. Dziś jak nigdy, może pod wpływem nieszczęścia bliźnich, dostrzegamy bolesną dysproporcję. Z jednej strony my – zaplątany we wrogie granice i znękany historią naród, i oni - z ustami pełnymi frazesów o swej nieomylności. Wstrząsa widok poznańskiego marszu, gdzie na czele kroczy ten, co w wygłaszaniu dyrdymałów o „wolności, dobrobycie, zielonej wyspie” – osiągnął szczyty łgarstwa. Wódz „oświeconych białych”. Chce o czymś jeszcze przekonać „ciemny przekupiony” za 500 zł lud?

Dwa światy. Ciągle dwa światy.

Zuzanna Śliwa