Bojowaniem jest życie człowieka na ziemi, podobne do dni zwykłego najemnika (Hi 7,1)

Przekład Biblia Warszawsko-Praska

 

Inną przyczyną są ludzie, którzy chcą sprowadzić chrześcijaństwo do „happy clappy”, a więc do wesołego klaskania, ograniczyć je do działalności charytatywnej, a sam Kościół zepchnąć na margines życia społecznego. Problem jest jednak dużo bardziej złożony, a najbardziej odpowiedzialni jesteśmy my sami. To nasz konformizm, strach przed ryzykiem, bylejakość, lenistwo, wygodnictwo uprawiane pod płaszczykiem tolerancji sprawiają, że zapominamy o tym, co powiedział Zbigniew Herbert: „Płynie się zawsze do źródeł, pod prąd. Z prądem płyną śmieci”.

Hiob miał na myśli codzienną walkę, która zaczyna się, gdy się budzimy i trwa aż do momentu, kiedy zasypiamy: „Kładąc się pytam: Kiedy wreszcie wstanę? Gdy wstaję, wzdycham: Kiedy przyjdzie wieczór?” (Hi 7,4). Hiob został w sposób szczególny doświadczony przez Boga, ale można to przecież też odnieść do trudu podejmowanego każdego dnia, związanego z codziennymi obowiązkami. Byłoby to wówczas również znoszenie cierpienia o bardzo różnej naturze, które w ten lub inny sposób nas spotyka, a nawet czasem towarzyszy nam stale.

Hiob w obliczu nieszczęścia musiał walczyć z przyjaciółmi i żoną, dla których był to znak braku błogosławieństwa Bożego. Zmagał się także z Bogiem, którego oskarżył o zniszczenie życia, i z samym sobą. Prowadził duchową walkę, aby wytrwać w wierze, pomimo wszelkich przeciwności.

My także jesteśmy wezwani do codziennej walki. Bóg nigdy nie obiecywał nam, że będzie łatwo, lekko i przyjemnie. Wręcz przeciwnie, po grzechu pierworodnym Stwórca skierował do Adama następujące słowa: „Dlatego też z twojego powodu niech będzie przeklęta ziemia. Przez wszystkie dni twego życia będziesz się trudził, by dała ci pożywienie. Ona zaś będzie ci rodzić ciernie i osty, a ty przecież masz się żywić tym, co z niej wyrośnie. W pocie czoła będziesz się mozolił, aby zdobyć pożywienie, póki nie wrócisz do ziemi, z której zostałeś wzięty” (Rdz 3,17-19).

Dziedzictwem grzechu pierworodnego jest właśnie trud i cierpienie towarzyszące pracy. Ma to jednak swoją dobrą stronę: znoszenie ich z cierpliwością jest okazją do pokutowania za własne grzechy i zasługiwania na życie wieczne. Pozostaje nam przyjąć rolę „zwykłego najemnika”, który robi swoje i nic się w zamian za to nie spodziewa. Tego zresztą naucza nas Chrystus: „Tak też i wy, gdy czynicie to wszystko, co wam nakazano, mówcie sobie: Jesteśmy sługami nieużytecznymi. Zrobiliśmy to, co powinniśmy byli zrobić” (Łk 17,10).

Potrzeba dzisiaj ludzi, którzy robią coś z poczucia, że tak powinno się zrobić, nie patrząc na to jak zostaną odebrani, czy będą nagrodzeni czy ukarani, pochwaleni czy wyśmiani. Nie chodzi przy tym o zwykłe poczucie obowiązkowości, ale o wyostrzony zmysł moralny, który liberałowie nazwą faryzeizmem, oraz o odwagę, którą tchórze określą jako zuchwałość.