A fakty są jednoznaczne. 9 maja mer Nowosybirska Anatolij Łokot, szef komitetu obwodowego Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej odsłonił pomnik Stalina. Walka o postawienie monumentu trwała trzy lata. A inicjatorem tego wydarzenia była grupa mieszkańców Nowosybirska wspierana przez działaczy partii komunistycznej. Popiersie „generalissimusa” stanęło na terenie należącym do KPFR, aby nie dopuścić do aktów wandalizmu. Podczas uroczystości mer miasta mówił: „Z imieniem Stalina szli do ataku. Okrzyk „Za ojczyznę, za Stalina” to nie jest żaden literacki mit, tylko rzeczywistość, życie, historia, którą trzeba znać i o której trzeba pamiętać. Zwycięzcy, którzy powrócili z frontu, odbudowywali gospodarkę kraju pod kierownictwem Kompartii i jej lidera Stalina… Niezależnie od tego, jak długo będą powtarzane kłamstwa na temat naszych bohaterów, historia i czas wszystko postawią z powrotem na swoje miejsca. Dziś spłacamy swój dług wobec zwycięzców. Powinniśmy pamiętać o każdym zwycięzcy, a już szczególnie powinniśmy czcić pamięć o człowieku, który przewodził zwycięskiej armii, zwycięskiemu państwu”. Aż trudno sobie wyobrazić, że ktoś może wygłaszać podobne teksty, jakby żywcem wyjęte z komunistycznej „Prawdy”.

 

Rzecznik Putina Dmitrij Pieskow unikał skomentowania tego wydarzenia w Nowosybirsku. Natomiast przedstawiciel prezydenta na Syberii dowodził, że Stalin to „postać historyczna, której roli w historii Rosji nie należy ani upolityczniać, ani kwestionować”, a samą historię „należy czcić”.

 

Pomnik Stalina w Nowosybirsku to niestety nie jedyny incydent tego typu na rosyjskiej prowincji. W Surgucie w przeddzień zwycięstwa, 9 maja wystawiono baner z portretem Stalina, a pod portretem widniało hasło, głoszące, że to on uratował europejskich Żydów od ludobójstwa. Władze odcięły się od tego wydarzenia, twierdząc, że ma ono prywatny charakter.

 

We wsi Kitajewskoje, w obwodzie stawropolskim, 4 maja odsłonięto popiersie Stalina. Wieś ta jest „jedną z niewielu wysepek socjalizmu w Rosji”.

 

Oficjalnie władze w Moskwie nie propagują kultu Stalina, ale po cichu mu sprzyjają. Stalin to przecież władza autorytarna, rządy silnej ręki, którą współcześnie reprezentuje Putin. Mówi się, że jest to zabieg PR-owski, którego autorem jest Kreml. Jeszcze w dziewięćdziesiątych latach ubiegłego wieku traktowano Stalina jako największego zbrodniarza. Teraz to się zmieniło. Forsuje się narrację, jakoby ofiarami Stalina padli jedynie zdrajcy, zbrodniarze, z którymi wielki „gereralissimus” walczył, aby zaprowadzić porządek w kraju. Czasy były trudne i trzeba było w imię dobra ojczyzny ustalić twarde zasady. A w takich sytuacjach zawsze musi się polać krew.

 

Rosjanie chcą rządów twardej ręki, która będzie strzegła porządku w Rosji. Marzą o rosyjskim imperializmie, do którego dąży Putin. Jedni uważają, że zapędy imperialne Putina skoncentrują się na dawnych republikach sowieckich, głównie na Ukrainie i Kaukazie. Inni uważają, że marzeniem Putina jest razem ze Stanami Zjednoczonymi i Chinami tworzyć nowy porządek świata, na wzór tego z Teheranu i Jałty. Znany publicysta i psycholog Leonid Radzichowski mówi, że Putinowi „marzy się moment, w którym usiądzie do stołu z przywódcami USA oraz Chin i – podobnie jak niegdyś Stalin z Hitlerem, Rooseveltem czy Churchillem – podzieli świat czerwonym ołówkiem na strefy wpływów”. Tylko na szczęście dzisiejszy świat jest już inny i Putin swoje imperialne wizje może przeżywać jedynie w śnie.