Brzmi ono następująco:

Kobieta z natury nie różni się zasadniczo od mężczyzny.

Słowo „zasadniczo” ma tutaj duże znaczenie. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczy, że mężczyźni i kobiety różnią się od siebie. Wskazuje na to choćby budowa ciała. Wiele osób neguje jednak istnienie naturalnej specyfiki „męskości” i „kobiecości”, uznając to za konstrukt społeczny. Ta specyfika sprawia, że kobieta różni się zasadniczo od mężczyzny. Rzecz oczywista przy tym: obie płcie są wyrazem tego samego człowieczeństwa, które wyrażają w równy sposób.

Fundamentalne twierdzenie feminizmu jest dogmatem, bo przeczy rozsądkowi, głębszej refleksji, a przede wszystkim rzeczywistości. Służy ono jednak jako punkt wyjścia do przyjęcia ideologii, u podstaw której także leży jedno przekonanie:

Trzeba walczyć ze wszystkim, co zdradza choćby pozory nierówności płci.

O ile pierwsze zdanie, ma charakter teoretyczny, o tyle drugie ściśle praktyczny. Odnosi się do działania i nosi ono w sobie wielki ładunek rewolucyjny.

Nieprzypadkowo feminizm był promowany w naszej kulturze najpierw przez Platona i to w „Państwie”, które opisuje projekt skrajnie totalitarnego państwa, następnie przez gnostyków i herezjarchów średniowiecznych, zwolenników reformacji, myślicieli oświecenia a w końcu przez komunistów, którzy stworzyli dla niego całą podbudowę.

Dla tych wszystkich ludzi wspólne było to, że chcieli zniszczyć podstawy cywilizacji, dokonywali zamachu na to, co naturalne, to znaczy na małżeństwo i rodzinę, społeczeństwo i państwo, hierarchię i porządek. Historia pokazuje, że feminizm został wymyślony przez mężczyzn, aby uczynić kobiety narzędziami do osiągania własnych celów. Podobnie jak komunizm, feminizm bardzo często odwołuje się do pewnych obiektywnych krzywd. Prawdą jest bowiem, że kobiety były często niedoceniane, w wielu kulturach i religiach ich rola została znacznie ograniczona, a czasami sprowadzano je nawet do rzędu rzeczy, których właścicielami byli mężczyźni. Dostęp do edukacji czy prawa wyborcze zawsze powinny przysługiwać kobietom, a niestety przez wieki te były ich pozbawione.

Problem w tym, że ci, którzy stoją za ruchami feministycznymi, wykorzystali słuszne oburzenie kobiet na pewną dyskryminację w tym celu, aby uczynić z nich forpocztę rewolucji. Chodziło im przede wszystkim o narzucenie wszystkim przekonania, że istnieje obiektywna wojna płci, naturalny konflikt między mężczyznami i kobietami. Teza ta jest bardzo niebezpieczna, bo uderza w rodzinę, najmniejszą naturalną wspólnotę i podstawę istnienia narodu. Nastawianie jednych przeciwko drugim, sztuczne podsycanie nieufności a nawet nienawiści, niszczy wszelkie relacje międzyludzkie, zatruwa kulturę, podważa jej fundamenty.

W pierwszym rzędzie dzieje się to poprzez atak na małżeństwo jako opresyjną męską instytucję, promocję rozwodów i konkubinatów. W drugim rzędzie dochodzi do tego dążenie wielu feministek do pomniejszenia znaczenia macierzyństwa, które połączone z upowszechnianiem antykoncepcji i aborcji, czyni z kobiety wykastrowanego mężczyznę (według wielkiego guru lewicowych feministek Zygmunta Freuda).

W świecie pozbawionym prawdziwego kobiecego pierwiastka narasta przemoc, a zanika współczucie i wrażliwość. Coraz mniejsze otwarcie na życie, zwiększający się hedonizm, instrumentalne podejście do innych w żaden sposób nie chroni kobiet, ale czyni z nich coraz bardziej zabawkę w rękach tych, od których chcieli się wyzwolić.

Prawdziwe wyzwolenie może dokonać się dla kobiet tylko tam, gdzie mają szansę poznać i przyjąć własną tożsamość, różną od męskiej, ale nie gorszą. Spojrzenie historyczne wskazuje na to, że to Kościół katolicki upomniał się o kobietę i wyrwał ją z pogańskiego niewolnictwa. Wszędzie tam, gdzie wpływy Kościoła słabą, niestety kobiety na powrót tracą swoją szczególną pozycję, jaką mają w cywilizacji chrześcijańskiej.