Psalmista rozpoczyna swoją modlitwę od słów: „Pan światłem i zbawieniem moim: kogóż mam się lękać? Pan obroną mojego życia: przed kim mam się trwożyć? Gdy na mnie nastają złośliwi, by zjeść moje ciało, wtenczas oni, wrogowie moi i nieprzyjaciele, chwieją się i padają” (Ps 27,1-2). O ile pierwsze słowa są często przypominane, o tyle pozostałe pozostają w cieniu. „Złośliwi”, „wrogowie” i „nieprzyjaciele” to nie są określenia, które pasują do współczesnego duszpasterstwa nastawionego na tolerancję, dialog i miłość.

 

Życie duchowe to jednak nieustanna walka, najpierw z własnym grzechem i szatanem, a potem walka o należne miejsce Boga w życiu osobistym, rodzinnym, narodowym i kościelnym. Chociaż Bóg nie potrzebuje naszej troski, to chce się nami posługiwać. Pragnie abyśmy odważnie podejmowali wszelką walkę o dobro i prawdę. Często kieruje nas tam, gdzie sprawa wydaje się przegrana, a siły przeciwne są przeważające. Dopiero wtedy jednak nasza wiara może zostać wypróbowana. Dopiero wtedy możemy zobaczyć, że jeśli odnieśliśmy zwycięstwo to nie dzięki sobie. Wszystko zawdzięczamy temu, który oświetla naszą drogę, bo sam jest światłem, przynosi nam zbawienie, bo sam jest naszym zbawieniem.

Kiedy to zauważamy, przestajemy się lękać. Zdajemy sobie sprawę, że skoro mamy tak potężnego obrońcę, to nikt nam nie zagraża. Możemy iść tam, gdzie nie pójdzie nikt i podjąć zadania, których nie podjąłby nikt inny. Jeśli obserwujemy wielkie osiągnięcia świętych, choćby zrealizowane pomysły św. Maksymiliana Marii Kolbego, który stworzył całe miasto Niepokalanów, radio, klasztory, Rycerstwo Niepokalanej, gazetę i wiele innych dzieł, to zdajemy sobie sprawę, że to wszystko nie brałoby się z kalkulacji.

Gdyby Maksymilian usiadł i zaczął dzielić zamiary na siły, to okazałoby się, że niepodobna jednemu człowiekowi tak wiele osiągnąć. On wierzył jednak, że uczyni to nie własną mocą. Z pewnością Kolbe widział wiele przeciwności i doskonale znał swoich wrogów. Jego kazania o masonerii i Żydach zjednały mu wielu wrogów, a jeszcze więcej zapewne jego działania ewangelizacyjne. Nie bał się jednak, bo przyjmował za swoje to, co wyraził tak dobitnie psalmista: „choćby wybuchła przeciw mnie wojna, nawet wtedy będę pełen ufności”.

Wszędzie pojawiają się „złośliwi”, a więc ci, którzy chcą przeszkodzić, uniemożliwić osiągnięcie celu, powstrzymać nas i to często bez żadnego wyraźnego powodu. Chcą „zjeść nasze ciało” tzn. najchętniej by nas unicestwili, przeszkadza im nasza obecność, nie mówiąc o działalności.

Nie wolno się tym jednak zanadto przejmować. Nie można na tym się skupiać, bo to tylko wstrzymuje nas i koncentruje na rzeczach drugorzędnych. Nie można jednak tego także nie zauważać. W przeciwnym razie będziemy wciąż naiwnie dawać się wykorzystywać i nie zobaczymy kłód podrzucanych nam pod nogi. Tym obozem naprzeciw nas, tą rozpętaną wojną nie musi być grono ludzi, ale splot okoliczności, zły duch, nasze własne skumulowane wady. Zawsze trzeba zdawać sobie z nich sprawę, ale nigdy nie mogą stanowić czegoś, co nakłoni nas do porzucenia koniecznego działania.

Rozwaga karze brać pod uwagę, kto jest przyjacielem, kto wrogiem, nawet jeśli miłość nakazuje modlić się za jednych i drugich. Wszystkim trzeba życzyć dobrze, nikomu nie złorzeczyć, ale trzeba mieć oczy otwarte, stawiać na wypróbowanych ludzi i iść do przodu. W życiu duchowym nawet stanie w miejscu jest zawsze cofaniem się. Jest z tym trochę jak z bieżnią. Kiedy zatrzymasz się, jedziesz do tyłu. Nie można sobie na to pozwolić, bo czasu jest zbyt mało. Trzeba wykorzystać każdy moment, by osiągnąć zamierzone cele i choć na milimetr przybliżyć Królestwo Boże.