Nazwa chwyta za serce, wyrywa z głębi jestestwa wynalazców krzyk triumfu. Mamy! Nareszcie i my mamy! Coś i nam udało się wymyślić! Nie na próżno przez wiele lat sami wynalazcy doświadczali brudu i nieczystości. Znają doskonale ten ból, gdy wszystko czego tknęli przyczepiało się do rąk i nie chciało odkleić. W trosce o poczciwy lud chcą mydło to wprowadzić do wiejskich chałup i miejskich bloków specustawą sejmową, nakładającą na każdego obywatela obowiązek używania. Bo czystość to nasz cel! Wielki cel!

Tajemnica o wynalazku wyszła jednak na jaw. Projekt ustawy mydlanej „Czyste Ręce” został niespodziewanie ukazany podczas uroczystości wręczania przez szefa Państwowej Komisji Wyborczej zaświadczeń o zdobyciu mandatów do Parlamentu Europejskiego. Ludzi tam było a było. Sami ważni. Trudno się dziwić – impreza z tej okazji odbywa się tylko raz na cztery lata.

Szło jak w zegarku. W jednym szeregu ustawili się nowi europosłowie, w drugim władze RP. Po wręczeniu zaświadczenia wybrańcy dziękowali, podawali rękę władzom, składali kurtuazyjny ukłon. Pełna kultura. Ale oto ten spokojny obraz uległ zmianie. Wyglądało to tak: ku uśmiechniętemu obliczu Prezydenta Andrzeja sunie przez parkiet odziana czerwono postać. Róża Thun, znana miłośniczka podróży tramwajem z towarzyszącą jej ekipą niemieckiej telewizji. Odbiera od szefa PKW stosowne zaświadczenie i…nie, nie, żadnej ręki nikomu nie zamierza podawać. W oka mgnieniu bierze obrót na pięcie, i nie zaszczycając wysokiej władzy nawet spojrzeniem, wnika w głąb sali.

Postąpiła arcyrozsądnie. Inaczej nie wypadało. Jako jedna z ekipy wynalazców mydła „Czyste Ręce” – tak uczynić musiała. Prezydent nie prezydent, nawet młody i uśmiechnięty – a jednak ma coś nie klawo z rękami. Po tylu uściskaniach musiał przyjąć na dłonie gromady rozmaitych zarazków i nieustalonych bakterii. Stał się straszliwym nosicielem! Kontakt z takim bywa groźny. Brak gestu dotykania jego zarażonej ręki był tu wielce wymowny. Nie waham się nazwać go idealnym chwytem reklamowym, a owitej czerwienią europoseł: znakomitą akwizytorką nowego mydła.

Teraz tylko poczekać – a droga do sukcesu stanie otworem. W kraj wreszcie uderzy i zmusi do zerwania z nieczystością ustawa „Czyste Ręce”, gdzie dla niepoznaki, żeby było bardziej politycznie, dopisano wersy o ujawnianiu majątków ludzi władzy i ich rodzin. Chytre to. Bo z nich kto bogatszy, ten z urzędu musi kupować więcej mydła CR. Strzec tego winny specjalne trójki komisarzy ludowych.

A rzeczywistość popędza bez litości. Nie tylko brudne kleiste łapy stały się wrogiem publicznym.

Teraz doszedł do tego jad. Według nazewnictwa to silnie trujący środek wydzielany przez różne węże, owady, robactwo. Nie ma przed nim ucieczki, chyba, że profilaktycznie wytłucze się całe robactwo i gadostwo. Ów napływ straszliwej toksyny zauważył jeden z doradców ekipy wynalazców mydła CR. Były najważniejszy od państwowego skarbca i od drenażu kieszeni: Leszek Balcerowicz. Ten światły człowiek ( nie mylić z człowiekiem prokuratora Światły) odkrył ponurą prawdę. Oddajmy mu głos:

„Trzeba kierować siły do tych, którzy nie zostali odurzeni narodowo-katolicko-socjalnym jadem…”.

Jest tu wyraźna sugestia wskazującą kto jest rozdawcą toksyny. Co jednak miał na myśli, mówiąc o kierowaniu sił, trudno zaiste dociec. Może to, że ci co owej siły doznają, powinni ochronnie wytłuc zajadzonych? Ale czym? Mydłem „Czyste Ręce”? Kolejnym występem czerwonoszatej akwizytorki? Oto zagadka na miarę wielkiego umysłu tego genialnego toksykologa.

Zuzanna Śliwa