Tomasz Terlikowski zaczął swoje refleksje od słów: "Jechałem wczoraj do znajomych i mijałem Paradę Równości. To już nie jest ta parada sprzed lat dwudziestu. Nieliczna, lekko zastraszona. To spory marsz, a na nim pełno tzw. normalsów. Także rodziny z dziećmi. To znak ogromnej zmiany, jaka się dokonała. A wystarczy porozmawiać z ludźmi (szczególnie młodymi), żeby wiedzieć, że jeszcze więcej ludzi generalnie nie rozumie sprzeciwu wobec ideologii LGBT, a nie idzie w marszu, bo generalnie nie maszeruje".

Wydaje się, że faktycznie następuje pewna zmiana w podejściu ludzi. Na marsze LGBT przychodzą już nie tylko fanatycy, ale także tzw. normalsi. Widać, że wielu młodych ludzi traktuje sodomię jako inną formę miłości.

Częściowo tłumaczą to następne słowa Terlikowskiego: "Jakby tego było mało, będzie tylko gorzej, bo ogromne pieniądze i ogromny nacisk medialno-społeczny wymuszają posłuszeństwo i przyjęcie jedynie słusznej genderowo-queerowej wersji światopoglądu. Kto go neguje, jest skazany na rozjechanie. „Liberalny faszyzm” nie daruje - przynajmniej w tej kwestii - odmienności".

Dzieje się tak, bo stoi za tym gigantyczna machina finansowo-polityczno-medialno-kulturalna, która przeznacza olbrzymie środki finansowe na promocję pozytywnego wizerunku sodomii. Dalsza część rozważań Terlikowskiego wydaje się jednak iść w zaskakującą stronę:

"Ale nie to, gdy mijałem marsz, zafrapowało mnie najbardziej. O wiele istotniejsze było, co innego, a mianowicie pytanie, jak dotrzeć do tych ludzi z Ewangelią? Jak potraktowałby ich Jezus? Oni sami nieśli transparenty, że Jezus szedłby z nimi, a jeden z nich, pastor prohomseksualnej denominacji, odprawił nabożeństwo (dziwnym trafem w stroju podobnym do katolickiego księdza). To oburzające, ale oburzenie w niczym nie zmienia sytuacji. Możemy się rzucać, ale o to właśnie im chodzi. A do tego w niczym nie przybliża im to Ewangelii. Jezus nie oburzał się na grzesznika, nie gorszył grzechem, On mówił o Bożej miłości, o przebaczeniu, uświadamiał, że „kto jest bez grzechu ma pierwszy rzucić kamieniem”, a na koniec, gdy okazał miłość mówił: „idź i nie grzesz więcej”.

Nie, nie negował powagi grzechu, nie mówił, że to wszystko jedno, jak żyjemy, nie rezygnował z moralności i Dekalogu. To wszystko jest i zawsze będzie w nauczaniu Jezusa Chrystusa. Nie ma rozwoju wiary, wzrastania w niej bez walki z grzechem, bez wzrastania w Bożym prawie. Ale Jezus nie zaczynał od moralizowania, a od ewangelizacji. Od uświadomienia, jak bardzo kocha nas Bóg, bo dopiero, gdy tego doświadczymy możemy rzeczywiście zrozumieć, jak bardzo Go ranimy. Gdy nie doświadczyło się bezwarunkowego miłosierdzia trudno zrozumieć wielkość grzechu.

Czy jako ludzie Kościoła potrafimy pokazać, że Bóg jest miłością? Czy zamiast tego proponujemy Jego obraz jako buchaltera i sędziego, który tylko czeka na nasz upadek, żeby okazać swoje oburzenie i potępienie? Czy potrafimy głosić Jego miłość każdemu czy wygodniej nam pozostać w naszej przestrzeni, gdzie się generalnie ze sobą zgadzamy? Czy w miejsce Bożej Miłości i szaleństwa miłosierdzia nie głosimy „świętego oburzenia”?

Zastrzegam to wcale nie są pytania do innych, ale także do mnie. I pytanie podstawowe, może naiwne, ale dlaczego obok marszu równości nie było ulicznej ewangelizacji. Nie z hasłami o tym, jak Bóg ocenia grzech (bo wyrzucenie tego od razu na początku zamyka na jakikolwiek inny przekaz), ale z przypomnieniem, jak bardzo, jak do szaleństwa kocha grzesznika. Każdego. Mnie, Ciebie i uczestników parady".

Jest tutaj ważna uwaga, dlaczego nie było przy okazji Marszu Równości jakiejś akcji ewangelizacyjnej. Mamy iść z Ewangelią do wszystkich, ale musimy też pamiętać, że ludzie, którzy ponad wszystko ukochali swój grzech i to grzech wołający o pomstę do nieba, będą naturalnie reagować nienawiścią na orędzie o Bogu, który wzywa do nawrócenia. Nic nie zmieni tutaj zmiana retoryki, metod ewangelizacyjnych, czy czegokolwiek innego.

Jedna więc sprawa głosić Boga, który jest miłością, ale druga - pokazywać, że miłość wymaga porzucenia grzechu i pokazywanie dlaczego homoseksualizm , czy LGBT, są tak niebezpieczne dla duszy. Coraz więcej ludzi nie sprzeciwia się temu, bo brakuje im zrozumienia dla ludzkiej natury, rzeczywistości, prawa Bożego.

W kościołach o miłości mówi się bardzo wiele i LGBT chętnie się pod to podpina, a jednocześnie nie potrafi ukryć na swoich marszach olbrzymiej nienawiści do Boga i jego prawa. Czy więc najważniejsze jest w tym wypadku jeszcze raz powiedzenie o tym, że Bóg jest miłością, czy właśnie nie jest raczej tak, że trzeba także pokazać grzech i zło, którego z niego płynie? Bóg przyjmuje grzesznika, ale trzeba stanowczo napiętnować jego grzech i pamiętać o tym, że stoją za nim często ludzie zdeprawowani.