Swój głos w dyskusji dorzucił znany bloger Corrylus Gabriel Maciejewski w tekście z 12 czerwca pt. „O nadstawianiu policzka, dupy i portfela” (www.corrylus.pl). Abstrahuję w tym momencie całkowicie od języka używanego przez autora. Zwrócił on jednak uwagę na bardzo ważny trop: prawdopodobny związek między decyzją o odwołaniu ks. Kneblewskiego, a faktem, że biskup Jan Tyrawa został opisany w filmie Tomasza Sekielskiego jako czarny bohater – biskup, który krył pedofila ks. Pawła K.

Zanim jednak przejdę do omówienia tego tropu, chcę uprzedzić ewentualny zarzut, że biskup jest autonomiczny i ma prawo odwołać kogo chce. To nie jest wcale takie proste, a wizerunek biskupa, który jest księciem na włościach i robi co chce, nie odpowiada prawu kanonicznemu. W gruncie rzeczy w Kościele obowiązują ścisłe procedury i wcale nie jest tak łatwo odwołać proboszcza. Biskup musi mieć poważne racje, aby to zrobić. Tymczasem biskup Tyrawa powołał się jedynie na ogólnikowe zapisy Kodeksu Prawa Kanonicznego, które umożliwiają wysłanie kapłana na wcześniejszą emeryturę. Watykan rozstrzygnie, czy faktycznie miał prawo to zrobić (ponoć odwołanie już zostało wysłane do Watykanu, bądź zostanie wysłane wkrótce). Inną sprawą jest jednak komunikat do wiernych, z którymi biskup ewidentnie się nie liczy.

Corrylus widzi w tej decyzji konsekwencje filmu Sekielskiego. Według niego przedstawione tam twierdzenia miały tak przestraszyć biskupa, że zdecydował się on na spełnienie roszczeń wrogów Kościoła, aby uzyskać spokój. Jak pisze Maciejewski: „Mając za przykład postawę księdza biskupa Jana Tyrawy mam prawo przypuszczać, że hierarchowie raczej będą skłonni porozumiewać się z tymi, którzy oskarżają Kościół o popieranie pedofilii, mam prawo sądzić, że tam, wśród nich będą wręcz szukać sojuszników i oparcia. A czynić to będą bo wyczują w nich siłę. Dla wiernych, których i tak nie traktowali zbyt serio, będą mieli tylko kłamstwa, których wagi sami nie są w stanie rozpoznać”.

Trudno mi stwierdzić, czy jest to prawdziwy opis sytuacji, czy jedynie mylne przypuszczenie. Zgadzam się jednak, że lepiej zawczasu bić na alarm, niż później żałować, że nic się nie zrobiło. Faktem jest, że biskupi zaczęli przepraszam zdecydowanie za pedofilię pod wpływem nacisku i ogłosili działania naprawcze pod wpływem nacisku, ignorując wcześniejsze głosy. Oznaczać to może, że faktycznie liczą się jedynie z odpowiednim naciskiem. Rację ma jednak Corrylus, kiedy stwierdza, że zwykły wierny najczęściej nigdy nie zetknął się z księdzem pedofilem i nie może padać ofiarą tego, że jakiś biskup zachował się nie w porządku.

Teraz wygląda na to, że wierni stracili dobrego duszpasterza, bo liberalne media miały haki na jego przełożonego. Nie może być na to zgody. Biskupi powinni reprezentować wiernych, a nie siły wrogie Kościołowi. Jeżeli jednak we wcześniejszych rozważaniach jest choćby ziarno prawdy, to oznacza, że dojrzał już czas, aby świeccy katolicy także tworzyli grupy nacisku. Nie po to, aby domagać się zmiany nauczania Kościoła (jak na Zachodzie), czy odwołania niewygodnych duszpasterzy, ale po to, aby bronić właśnie katolickiej nauki i swoich kapłanów.