- Cześć. – wyszeptał nowo przybyły – Można posiedzieć?

- A se siedź – odparł otyły robal. Jego jaskrawo zielony kolor świadczył o niedalekim pokrewieństwie z mniejszym, szarym gościem. – Tylko już nie hałasuj.

- A co ich tutaj tyle nalazło? – zapytała mucha domowa.

- Jakiś nadęciak z Europy ma tu przyjechać. I znowu będzie gaworzył bez sensu, by im w tych młodych łbach zamieszać. Nuda.

- Oj widzę, że kolega już długo przebywa na tej miejscówce.

- Za długo. Co ja się nasłuchałem bzdur, co ja się napatrzyłem na półgłówków, tego wyliczyć nie sposób.

- I nie tęskni kolega za przestrzenią, za powietrzem, za kroplą ożywczego deszczu? – zapytał zdziwiony przybysz.

- Widzisz ty, żeby mieć potomstwo musisz poszukać kupy, a mnie wystarczy tłuszczyk jakiegoś grubasa, ucho przemądrzałej pindy, czy niepożarta kanapka z przetworzonym mięsiwem. Mam tu szwedzki stół.

Nagle, jak na komendę, wybuchł przeszywający mury, aplauz.

- Ki diabeł? – rzuciła szara, mniejsza mucha.

Zielony owad leniwie spojrzał w kierunku owacyjnie witanego gościa.

- To ten złotowłosy z wodogłowiem, ponoć skończył tę budę. – oznajmił – No to idą na maksa. To dopiero artysta kłamczuch. Erudyta od siedmiu boleści.

- Co tobie tak podpadł ten jegomość? Masz osobisty stosunek do jakiegoś nielota?

- W sumie żadnego z nich nie lubię. Puszą się jakby świat do nich należał, a nikt z nich nie pomyśli, że codziennie przychodzi nas na świat, więcej niż ich cała populacja. – zaśmiał się szyderczo zielony tubylec. – Jednak najbardziej nie lubię tych samozwańczych półbogów i zbawców.

Szara mucha, nie rozumiejąc do końca emocji swego nowego kamrata, zaczęła mimowolnie wsłuchiwać się w słowa prelegenta. Jej osiem tysięcy małych oczek nabrało wyraz silnego skupienia. Wsłuchiwała się w każde słowo mówcy.

- To ja nie jestem w Europie?! - wykrzyknęła nagle przerażona.

- Jesteś, jesteś to tylko ten typek tak gada, że Europa to gdzie indziej. – uspokoił ją zielony towarzysz.- Widzisz, nie wolno ich słuchać, bo się pogubisz.

- Co to znaczy sojusznik? – już spokojniej zapytała po chwili – kontestując zasłyszane słowo.

- Nie chcesz wiedzieć.

- Chcę! – odparła stanowczo.

- Ale dla kogo? Dla tego czerwono-białego plemienia, czy tak ogólnie.

- A to jakaś różnica?

- Potężna.

- To co znaczy sojusznik dla tych od bigosu, oscypków i Mazurka Dąbrowskiego.

- Więc dla tych, to sojusznik oznacza tego, który naobiecuje, napodpisuje traktatów, po czym zdradzi i oleje na całej linii. Tego, który w hołdzie za ofiarę i heroizm w Bitwie o Anglię, obciąży ich fakturą za użytkowanie lotnisk, infrastruktury, samolotów, szkolenie i umundurowanie. Sojusznik to taka francuska franca, która w przypływie szczerości stwierdzi, że Francja będzie się bronić do ostatniego Polaka. To ktoś taki co poklepie ich po plecach za bezprzykładne bohaterstwo, a potem pominie w paradzie zwycięstwa, by nie narazić się jakiejś gruzińskiej kanalii. Sojusznik to ten, który przehandluje ich w powojennych negocjacjach, oddając w jurysdykcję najbardziej krwawego systemu na świecie. To również ten, który swoją gościnność uzależnia od przebrnięcia przez upokarzającą procedurę uzyskania wizy wjazdowej. Sojusznik to ten, który ciągle mówi o równości, jednak nałożywszy sankcje na wielkiego sąsiada, sam handluje z nim czym popadnie. Uchwala bezalternatywne prawo unijne dla sojuszników, samemu uzależniając jego wprowadzenie od większościowej akceptacji Bundestagu. Sojusznik to ktoś taki, który dla swoich rolników oferuje większe dopłaty, ignorując potrzeby sojuszniczego rolnictwa. Sojusznik, korzystając z dobrodziejstw kilkudziesięcioletniego rozwoju wolnego rynku, oraz grabieży wojennych, będzie do nich mówił, pouczał i opisywał rzeczywistość za pośrednictwem własnej prasy, radia i telewizji. Dobry i wypróbowany sojusznik to również ten, który bezprzykładnie rozwali ich przemysł, sprzedając im w zamian, ich własną kolejkę linową. Odpowiedzialny sojusznik wciągnie ich w swoją wojnę, w najlepszym razie czyniąc poligon z ich zmęczonego terytorium. I to wszystko na ich koszt! Sojusznik wreszcie to ten, który nie dość, że wydrenuje cały ich stan posiadania, za pomocą genialnie skonstruowanego systemu dopłat, to jeszcze zmaltretuje i zakwestionuje wszystkie wartości dzięki, którym ten czerwono-biały narodek istnieje. Jeszcze tylko patrzeć jak wszyscy, oddani sojusznicy wspaniałomyślnie wybaczą im rozpętanie Drugiej Wojny Światowej oraz sprawną organizację obozów zagłady.

- Boże strzeż mnie od sojuszników, z wrogami poradzę sobie sam. – sparafrazowała znany cytat szara mucha.

- No, no. Patrzcie państwo. Mucha cytująca Armanda Jeana Richelieu! – wykrzyknął zielony owad - Psieje nam świat, skoro zwykły gównozjad cytuje klasyka.

Szara muszka lekko się obruszyła na słowa ziomala. Po chwili jednak, uświadamiając sobie swoje wczorajsze menu, na jej oblicze powrócił spokój.

- I oni się na to wszystko godzą? – zapytała

- Mało, że się godzą! Prześcigają się w umizgach do obcych, udając że naplucie im w gęby, jest podyktowane usprawiedliwioną politycznie, mądrością etapu.

- To co dalej mają robić? – zasępił się filozoficznie niepozorny owad.

- Mogą wprowadzić wizy dla amerykanów. Mogą uchwalić konieczność ratyfikacji unijnych unormowań, przez polski parlament. Mogą wystawić fakturę Amerykanom za korzystanie z polskiego terytorium. Mogę dyplomatycznie zawalczyć o prawa mniejszości polskiej w wielu krajach na świecie. Mogą pognać każdego kto namawia nas do uczestnictwa w wojnie napastniczej. Mogą zmienić ordynację wyborczą, betonującą skarlały system dwupartyjny. Mogą wywalić ze swego terytorium kilku bezczelnych ambasadorów. Mogą wesprzeć swoje rolnictwo, przymuszając ustawowo wielkie koncerny do korzystania z rodzimej produkcji rolnej. Mogą stworzyć zręby unii prawdziwych sojuszników, okazując rzeczywiste partnerstwo. Mogą, ale nigdy tego nie zrobią.

- To co mogą zrobić?

- A ty co robisz jak już wyssiesz ze swojego świata wszystko co najwartościowsze?

- Zmieniam okoliczności przyrody.

- Przyrody??!!

- No dobrze, zmieniam kupę.

- No właśnie, oni robią dokładnie to samo. Tylko mają mniej kup do wyboru. Raz zielone, raz czerwone, raz niebieskie, raz żółto – czarne, raz upstrzone stanowymi gwiazdkami. Byle wszystkie z nich nie kopały się powyżej kolan.

- I jak tak długo mogą? – zapytała się szara przedstawicielka uciążliwego gatunku.

- Do usranej śmierci moja droga, do usranej śmierci. – odparł zielony owad.

Obydwie muchy zastygły w milczeniu, jakby nie było już o czym gadać. Jeszcze tylko mianowanie Beethovena na twórcę hymnu komuny Spinelliego i sala powoli zaczęła się wypróżniać ze swojej odświętnej zawartości.