Ale przywództwo Iranu nie wyciąga z tego wniosków i wciąż eskaluje stan napięcia.  13 czerwca dwa tankowce w Zatoce Omańskiej nagle zaczęły płonąć. Arabskie media mówiły, że widziały lecącą rakietę w kierunku statków. Amerykanie o atak oskarżyli Iran i pokazali film, na którym widać, jak do jednego z tankowców podpływa motorówka, której załoga usuwa  pozostałe ładunki przymocowane do burty japońskiej jednostki.

 

Nie upłynęło dużo czasu, bo już 20 czerwca do wody spadł amerykański dron szpiegowski. Strąciła go irańska rakieta ziemia-powietrze. Iran nie zaprzeczał, że to on jest sprawcą całego zdarzenia i buńczucznie odgrażał się, że jest gotowy strącić kolejnych intruzów. Zestrzelony dron na szczęście był bezzałogowy, ale jest to drogie wyposażenie armii. Jest droższy od myśliwca F-35. Jeden egzemplarz kosztuje ponad 100mln dolarów. Dron może wznieść się na wysokość 17 km, czyli wyżej niż latają samoloty pasażerskie. Na tej wysokości wykonuje przez 24 godziny misje zwiadowcze, szpiegowskie lub ratunkowe. Podczas jednej takiej misji dron szpiegowski potrafi przeszukać obszar o powierzchni niemal 3,5 mln km kw.

 

Na drugi dzień Amerykanie rozpoczęli akcję odwetową. Akcja ta miała być błyskawiczna i miażdżąca dla Iranu. W powietrzu są już myśliwce, a okręty wojenne zajmują pozycje do ostrzału. Mają zniszczyć irańskie stacje radarowe i baterie rakiet. 10 minut przed odpaleniem pocisków, Biały Dom odwołuje akcję.  Donald Trump zdecydował się na ten krok wtedy, gdy dowiedział się, że zginie w nim ponad 150 Irańczyków. Ale Pentagon nie zrezygnował z cyberataków na irańskie systemy wyrzutni rakietowych i na ośrodek szpiegowski monitorujący przepływ statków w cieśninie  Ormuz. I wprowadzono nowe surowe sankcje przeciw Iranowi.  Tym razem został nimi objęty najwyższy duchowo-polityczny przywódca ajatollah Ali Chameneta, a także jego bliscy współpracownicy i ośmiu  dowódców irańskiego  Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. Sankcje te mają im zablokować dostęp do zasobów finansowych. Resort skarbu wyjaśnił, że sankcje te  zablokują irańskie aktywa wynoszące miliardy dolarów. Donald Trump ostrzegł po odwołaniu ataku, że opcja militarna jest dalej możliwa. „Powiem tylko – stwierdził Trump – że nie możemy pozwolić Iranowi na posiadanie broni nuklearnej”.

 

Słowa jak i działania Waszyngtonu bardzo oburzyły władze irańskie, które twierdzą, że ajatollah Chamenei nie ma żadnych pieniędzy za granicą, tym samym, zdaniem prezydenta Iranu Hassana Rowhani, są „oburzające i idiotyczne” i świadczą o „umysłowym opóźnieniu” prezydenta Stanów Zjednoczonych. Ostre są także wypowiedzi  rzecznika irańskiego MSZ: „nałożenie  bezużytecznych sankcji na najwyższego przywódcę Iranu i szefa irańskiej dyplomacji jest trwałym zamknięciem ścieżki dyplomatycznej.(…) Zdesperowana administracja Trumpa niszczy ustanowione międzynarodowe mechanizmy utrzymania pokoju i bezpieczeństwa na świecie”.

 

Odezwała się także Moskwa, która oskarżyła USA o celowe doprowadzenie do eskalacji napięcia i sytuacji „na krawędzi wojny”.

 

W rzeczywistości to jednak nie oznacza zbliżającej się wojny. Stany Zjednoczone nie szykują wysyłania większych dodatkowych sił militarnych w te rejony, bo przesłanie w rejon Zatoki Perskiej dodatkowego tysiąca żołnierzy to zdecydowanie za mało, aby oznaczało to działania wojenne. Mają one w razie potrzeby przeprowadzić odwetowe uderzenia na kogokolwiek, kto będzie zagrożeniem trasom przepływu statków. Trump wie, że atak na szyicki Iran może spowodować ataki na Amerykanów i sojuszników w regionie, wybuch powstania szyitów w Arabii Saudyjskiej, czy atak na cele izraelskie.

 

Polityka zagraniczna Iranu też pozostaje niezmienna. Nie przyznają się do jakiegokolwiek ataku. Tak że, jak dotąd atmosfera zimnej wojny trwa i oby nic nie przyczyniło się do jej zaostrzenia.