Wybór Przewodniczącego KE jest niesłychanie ważny dla naszego kraju. Frans Timmermans był dla nas dużym zagrożeniem. Wchodzenie w ciągły konflikt z brukselskim premierem – a byłoby to nieuniknione, bo Holender postawił sobie za cel walkę z rządem PiS – stałoby się dużym obciążeniem dla naszego premiera. Wybór niemieckiej minister obrony  Ursuli van der Leyen nie będzie idealnym rozwiązaniem, ale nieporównywalnie lepszą dla nas opcją.  Morawiecki w kuluarach rozmawiał z kandydatką i uznał, że taki wybór Polska może zaakceptować.

 

Usadzenie Timmermansa na tym stołku oznaczało by, że Polacy w swoim kraju nie mogą rządzić samodzielnie, ale pod dyktat Brukseli. To jawne ograniczenie naszej suwerenności.

 

Ale zablokowanie kandydatury Holendra to nie jedyne zwycięstwo naszego premiera. Bardzo ważne, że potrafił zbudować potrzebną do tego koalicję, umocnić rolę Grupy Wyszehradzkiej i dołączyć do sprzeciwu inne państwa z północy i z południa. A podczas toczących się negocjacji cztery razy ważyły się losy tej decyzji. Szczególnie dramatycznie wyglądało to niedzielę, gdy wybór Timmermansa stawał się coraz realniejszy.

 

Jak doszło do jego zablokowania? Początkowo faworytem był polityk bawarskiej CSU Manfred Weber. Gdy odżegnał się od współpracy z partią Orbana, jako konserwatywny katolik nie był akceptowany przez Emmanuela Macrona, Morawiecki pamiętając jego wypowiedzi, że „polski rząd nie działa w interesie polskim”, przyłączył się do blokady tej kandydatury. Ale na arenie pozostał groźniejszy jeszcze przeciwnik, znany jako holenderski polakożerca. Popierany był przez koalicję zawiązaną w Osace podczas szczytu G-20, składającą się z Niemiec, Francji, Hiszpanii i Holandii. Dla Merkel był to element wewnętrznego kompromisu z SPD, dla Macrona kandydatura socjalisty była bardzo kusząca, a jeszcze bardziej dla premiera Hiszpanii  Pedro Sancheza, który jako stuprocentowy socjalista walczył o wzmocnienie swojego ugrupowania. Dla Holandii ich rodak był w pełni akceptowany. Nie ważne, że doszło wówczas do paradoksu – socjaliści ponieśli w wyborach europarlamentarnych najdotkliwszą klęskę, a ich kandydat miał objąć najbardziej eksponowane stanowisko. Merkel o swej decyzji nie poinformowała wcześniej największej frakcji w PE, do której należy blok CDU/CSU. Polityce dowiedzieli się o utrąceniu swojego kandydata już po fakcie , ale pogodziliby się z tym, gdyby nie twarde stanowisko V4 na czele z Polską. Do ich niezłomnej postawy dołączyli Włosi, Chorwacja i Bułgaria oraz Bałtowie. Aby tego dokonać, Morawiecki musiał skonsolidować grupę Wyszehradzką, a to nigdy nie jest łatwe. Państwa te, oprócz Węgier nie mają w zwyczaju krytykować ustaleń Niemiec i Francji. Nie mieści im się to po prostu w głowie. Na dokładkę słowacki premier Peter Pellegrini jest w tej samej frakcji co Timmermans i na Słowaka była wywierana ogromna presja. Czechów straszono osamotnieniem. Ale grupa V4 nie wystarczyła, by zablokować kandydaturę Holendra. Dlatego zaczęto szukać sojuszników wśród przedstawicieli Włoch, Litwy, Estonii, potem dołączyli do tego politycy  EPP Chorwaci, Łotysze i Bułgarzy. Gdy w końcu kandydatura Holendra upadła, próbowano go jeszcze obsadzić na innych eksponowanych stanowiskach; przewodniczącego Rady Europejskiej lub przedstawiciela ds. polityki zagranicznej. Ale i tu sprzeciw Polski pokrzyżował plany Berlina i Paryża. Bój przeciwko Timmermansowi został wygrany, co nie znaczy, że nowa kandydatura Niemki jest dla nas idealna. „Wybór personalny jest zawsze tylko szansą na nowe otwarcie, nigdy gwarancją. Relacje premiera z von der Leyen są dziś dobre i obiecujące. To nie oznacza, że będziemy mieli podobne zdanie w każdej sprawie. Takich cudów w UE nie ma” – mówi sekretarz stanu ds. europejskich Konrad Szymański.