Otóż „historycy” ukraińscy (nie bez powodu słowo „historyk” biorę w cudzysłowie, ponieważ dążenie do obiektywnej prawdy historycznej na Ukrainie nie istnieje, a tamtejszym IPN-em kieruje skrajny negacjonista wołyński i apologeta OUN-UPA Włodymir Wiatrowycz) dążą do chcą wyizolowania operacji „Wisła” z całego procesu dziejowego lat czterdziestych i stosunków polsko-ukraińskich. Nazywają ją „zbrodnią komunistyczną”, „czystką etniczną”, a nawet „ludobójstwem”. Za to wołyńskie ludobójstwo na bezbronnej ludności cywilnej to dla nich „wojna polsko – ukraińska”, którą „strona polska przegrała”. Jak widać dążenie do historycznej prawdy zdecydowanie nie jest priorytetem „historyków” odrodzonego państwa ukraińskiego. W 1943 roku ukraińscy nacjonaliści rozpoczęli masowe, etniczne ludobójstwo na Wołyniu. Później rozszerzając w 1944 roku „akcję” na ziemie Małopolski Wschodniej. Po krótkiej przerwie spowodowanej przejściem frontu od jesieni 1944 roku powrócili oni do mordowania Polaków. Nie mogły temu zapobiec ani akcje polskiego podziemia niepodległościowego, ani nowa władza i jej organy siłowe w postaci wojska, milicji i Korpusu Bezpieczeństwa Publicznego. Pomimo ustanowienia nowej granicy polsko – sowieckiej Ukraińcy zgłaszali roszczenia do Chełma, Przemyśla, czy nawet Lublina! Pamiętajmy, że zarówno dla ukraińskich nacjonalistów spod znaku OUN-UPA, jak i ukraińskich komunistów z Chruszczowem na czele były to „ziemie etnicznie ukraińskie”. Co ciekawe Ukraina do dzisiaj jest jedynym naszym sąsiadem, który w tym duchu, choć mimochodem wspomina o rewizji granic do dzisiaj.

Warunki terenowe i słabość zarówno „władzy ludowej”, jak i zaciekle zwalczanego przez nową władzę podziemia niepodległościowego sprawiały, że na przełomie lat 1946-47, sytuacja w południowo-wschodniej Polsce daleka była od stabilizacji. A ukraińskie wsie w dalszym ciągu stanowiły zaplecze UPA. Najgorzej było w Bieszczadach i na Pogórzu Przemyskim. Nie pomogło ani przesiedlenie części ludności ukraińskiej do ZSRR, ani skierowanie na ten obszar znacznych sił wojska, które sobie po prostu nie radziło. Zresztą trudno było sobie radzić, kiedy w każdej wsi ukraińskiej na tym obszarze UPA miało swoich zaopatrzenie, informatorów i wsparcie. Bardzo dobrze (w przeciwieństwie do organów państwowych) działał ukraiński wywiad i Służba Bezpieczeństwa OUN-UPA. Ta ostatnia formacja złożona z najbardziej zezwierzęconych fanatyków i sadystów w skrajnie okrutny sposób mordowała nie tylko Polaków, ale także tych Ukraińców, wobec których był choć cień podejrzenia współpracy ze stroną polską. Poza tym działaniom banderowskich bandytów sprzyjał górzysty, silnie zalesiony teren, słabo rozwinięte sieci dróg, a w zasadzie ich brak. Jak również niewielka liczba ośrodków miejskich i garnizonów wojskowych. UPA zbudowała w tym terenie sieć doskonale zakamuflowanych bunkrów, w których rozlokowano składy materiałowe oraz szpitale. W takich warunkach oddziały, które do tej pory walczyły wyłącznie na froncie (i to krótko – ponieważ były to jednostki głównie z II Armii Wojska Polskiego) kompletnie sobie nie radziły. Jedynym sposobem było odcięcie band UPA od ich zaplecza, czyli ludności ukraińskiej. Plan koncepcyjny operacji „Wisła” został opracowany przez szefa sztabu generała Tadeusza Kutrzeby - generała Stefana Mossora. Wybitny teoretyka i praktyka sztuki wojennej. Opracowując plany brał pod uwagę doświadczenia II Rzeczypospolitej i praktykę Korpusu Obrony Pogranicza. Obowiązujące wtedy prawo zezwalało na wysiedlenie ze strefy przygranicznej każdego obywatela, którego władze uznały za „niepożądanego ze względu na bezpieczeństwo granic państwa”. Akcja „Wisła” miała zatem przedwojenną podstawę prawną, która z komunizmem nie miała nic wspólnego. Nie jest więc prawdą, że Polska złamała prawo międzynarodowe. Tak samo nie jest prawdą, że Wojsko Polskie w czasie trwania operacji zabiło kilka tysięcy osób. Również „prawdy objawione” strony ukraińskiej o obozie filtracyjnym w Jaworznie, gdzie osadzano Ukraińców i Łemków podejrzanych o przynależność do OUN-UPA to nagromadzenie mitów i opowieści o „ukraińskiej niewinności i krzywdzie”. Autor pisze o tym wszystkim odnosząc się bezpośrednio do źródeł. Dlatego warto się z nimi zapoznać osobiście.

 

Wiadomo, że znanych negacjonistów wołyńskich, wszelkich potomków i apologetów banderowców pokroju Mirona Sycza (jego ojciec został skazany na karę śmierci za zbrodnie UPA, niestety nie wykonano wyroku), czy Piotra Tyma ta książka nie przekona do rzeczywistości i prawdy historycznej. Tak samo jest z czytelnikami „Naszego Słowa”, czy „Gazety Wyborczej”, ale może choć jeden „myślący inaczej” zastanowi się przez chwilę, zanim powie o „Akcji Wisła”, że była ludobójstwem, czy „czystką etniczną”. Oceniając operację „Wisła”, zgodzić się trzeba natomiast, że w jednym przypadku popełniono błąd. Łemków Rusinów ze środkowej i zachodniej Łemkowszczyzny nie należało przesiedlać, ale otoczyć opieką. Możemy także ubolewać, że niestety została ona przeprowadzona już po wymianie ludności z ZSRR i ci najzacieklejsi wrogowie Polski, którzy nie dali się wysiedlić do ZSRR trafili na Ziemie Odzyskane, zamiast do Ukraińskiej SRR, gdzie mieliby „właściwe możliwości rozwoju”, ale to wydaje się być jedyny minus „Akcji Wisła”.