Historyczny tygodnik, ma na swoim koncie walkę w obronie wolności, a jednak - jego widoczność została tymczasowo ograniczona. To, że po pewnym czasie konto "samo się" odblokowało, może świadczyć o tym, że administracja rozpoznała swój błąd - ale jednak, akcję cenzorską wcześniej wykonano.

Dlaczego tak się dzieje, wyjaśnia prof. Zdzisław Krasnodębski: "Istnieje pewna grupa ludzi przekonanych, że posiada monopol na prawdę, monopol na słuszność wypowiedzi i że ich zadaniem jest kontrolowanie komunikacji. Uważają, że demokracja polega na tym, iż w sferze publicznej przewijają się tylko te poglądy, które oni akceptują. To wszystko odbywa się pod płaszczykiem walki z kłamstwami i mową nienawiści. Jednocześnie ta mowa nienawiści skierowana do osób, które zdaniem właścicieli głównych portali społecznościowych na to zasługują, nie budzi żadnego zastrzeżenia. To przekonania o prawie do cenzury w imię politycznej słuszności i rzekomej obrony demokracji, przypisanie sobie prawa do karania za niewłaściwe polityczne zachowania czy wypowiedzi. Jest czymś szokującym, że cenzura wróciła."

Jack Dorsey, współzałożyciel i dyrektor twittera, sformułował coś na kształt przeprosin wobec użytkowników, których konta zawieszono czy ograniczono, ale dodał coś, co odbiera sens tej wypowiedzi: "Jeśli ludzie nie zgadzają się z naszymi zasadami i ich egzekwowaniem, mogą po prostu przejść do innego serwisu internetowego." Jakie to zasady - wiemy. Można bezkarnie lżyć Boga, Bogurodzicę i katolików, ale nie wolno powiedzieć prawdy o demoralizatorach. Dlatego pora już na obiecane prawo, które weźmie w karby administrację portali społecznościowych - jest ono potrzebne, by ci, którzy mówią tyle o wolności wypowiedzi, zagwarantowali także wolność po wypowiedzi - (parafrazując stary żart z czasów reżimu totalitarnego) - tym, którzy stoją na straży wartości moralnych i chcą rzeczywistej normalności.

Bo faktycznie, "usługa taka jak Twitter jest niewielką częścią szerszej publicznej rozmowy toczącej się w Internecie." - jak wspomniał Dorsey. A ta rozmowa wpływa na ustalenia naszego życia w realnej przestrzeni, bo kształtuje prawo, które ma ambicje regulować czy raczej, rozregulować zasady naszej egzystencji. Dlatego jest tak ważne, kto tę rozmowę prowadzi, kto i jak moderuje. Oczywiście, można wyłączyć komputer, ale ludzie, których spotykamy w naszej rzeczywistości - są już uformowani przez media społecznościowe. 

Powstaje pytanie: kto i dlaczego chciał uciszyć - a nawet, podważyć dobre imię - Tygodnika "Solidarność"? Odpowiedź wydaje się oczywista, ale potwierdzą ją te dni, gdy to słowo znaczy coraz więcej wśród Polaków.