Na łamach portalu Muzeum Historii Polski „Dzieje pl" ukazał się wywiad z „Dr R. Spałek: historycy nie mogą oddawać pola publicystom historycznym" przeprowadzony przez Michała Szukałę (z PAP) z Robertem Spałkiem z IPN.

 

Zdaniem historyka z warszawskiego oddziału Instytutu Pamięci Narodowej ostatnia dekada została wykorzystana przez polskich historyków do napisania prawdziwej historii Polski, bo „przed 1989 r. mieliśmy do czynienia z opisem PRL dokonanym przez historiografię PRL, a więc z pracami po części zakłamanymi, wręcz nienaukowymi. [...] Najlepiej tę przemianę widać w zagospodarowaniu dwóch kwestii – historii sfer rządzących PRL i podziemia antykomunistycznego. W 2000 r. nasza wiedza na temat tego drugiego była mikroskopijna".

 

Dla historyka z IPN problem jest jakość niektórych prac historycznych – monografie naukowe „często pisane są źle, pojawiają się w nich wewnętrzne błędy logiczne, problemem jest nieprzejrzysta narracja. Autorzy nie zawsze mają ochotę wyjaśnić czytelnikom zawiłości pojawiające się w ich wywodach". Problem jest też to, że „odpowiedzi na wiele fundamentalnych pytań już znamy, ale są one ignorowane. Część opinii publicznej, a nawet i historyków odmawia przyjęcia faktów. Niektórzy uważają, że dochodzenie do jednoznacznych, zero-jedynkowych wniosków sprzeciwia się akademickiej wizji uprawiania historii, inni przyjmują strategię ignorowania nowych faktów i ich interpretacji z przyczyn światopoglądowo-politycznych. Proszę zauważyć, jak wiele fundamentalnych odpowiedzi padło choćby na pytania dotyczące życiorysów Wojciecha Jaruzelskiego czy Lecha Wałęsy, ale niektóre osoby z jakimś uporem godnym lepszej sprawy nie chcą przyswoić sobie nowej wiedzy i włączyć jej do własnych narracji. Oczywiste jest także to, że po 1944 r. na ziemiach polskich nie toczyła się żadna „wojna domowa", tylko doszło tu do wprowadzenia krwawą przemocą systemu politycznego, który w polskim społeczeństwie początkowo miał śladowe oparcie. Gdzie tu wojna domowa, skoro pierwotnie to nie był konflikt polsko-polski, tylko sowiecko-polski? Nie jest to zatem kwestia interpretacji, ale faktów. Zwracam uwagę, że odmowa przyjmowania wiedzy jest mechanizmem obronnym uruchamianym po różnych stronach podziałów polityczno-ideowych. Jedna grupa historyków i czytelników potrafi odrzucać ustalenia dotyczące ważnej roli zbrojnego podziemia niepodległościowego, druga nie chce dostrzec, że dla milionów Polaków PRL była prawdziwą ojczyzną, nie wszyscy czuli, że są „pod sowieckim butem", co wcale automatycznie nie oznacza, że byli koniunkturalistami, jak i że komunista to koniecznie zdrajca".

 

W opinii historyka z IPN „archiwa resortu bezpieczeństwa są tak samo niezbędne do badań nad PRL, jak archiwa partyjne czy wojskowe. Niektórych krytyków IPN nie da się niestety do tego przekonać".

 

Robert Spałek uważa, że naukowcy „w dużo większym stopniu mogliby podpatrywać dobre strony publicystyki i wykorzystywać je także w niektórych pracach naukowych. Publicyści są otwarci na czytelników, szanują ich możliwości poznawcze. Sam zdaję sobie sprawę z pewnej elitarności nauki, bardzo cenię ten jej aspekt, ale jednocześnie uważam, że monografie i wykłady historyczne częściej powinny mieć przystępniejszą formę. Naukowcy potrafią bowiem używać hermetycznego języka bez uzasadnionej merytorycznie potrzeby albo pisać tak, jakby całe tło, konteksty, nazwy własne czy skrótowce były wiedzą powszechną, gdy tymczasem wiadomo, że tak nie jest. Źle rozumiana elitarność języka naukowego przybiera wręcz pretensjonalne formy. O prostych sprawach warto mówić prosto. Historia nie jest wiedzą tajemną ani nauką ścisłą, więc nie powinna być nacechowana przesadną hermetycznością".

 

Zdaniem Roberta Spałka „największą zaletą współczesnej publicystyki historycznej w Polsce jest zwiększanie zainteresowania historią. Nie powinno to przesłaniać jej wad. W tym kontekście od dziesięciu lat bardzo uważnie przyglądam się recepcji publicystyki historycznej w internecie. Widzę, że książki rozpalające emocje zbyt często uznawane są za „jedyną prawdę" i brane są bardzo serio. Czytelnicy po zapoznaniu się z interpretacjami Piotra Zychowicza i Rafała Ziemkiewicza – czyli cenionych przeze mnie pisarzy i popularyzatorów alternatywnych wersji przeszłości – mają wdrukowany w głowę obraz historii, który jest daleki od zobiektywizowanego, spokojnego namysłu, za to jest na tyle sensacyjny i na tyle spójny wewnętrznie, że człowiek otumaniony sprawnością przekazu, a nieposiadający podstawowej wiedzy, da „się pokroić" za to, co u tych autorów przeczytał. Zgrabnie „upichcona" karykatura przeszłości jest brana za rzeczywistość historyczną, za namysł ważniejszy od nauki i stawiana w dyskusjach internetowych jako argument rzeczowy. Zresztą coraz powszechniejszy wśród czytelników publicystyki pogląd głosi, że naukowcy to tchórze. Biorąc udział w takich polemikach, jestem oskarżany o brak odwagi i aparatu intelektualnego, niekompetencję. Wysunięcie argumentów naukowych, rzecz jasna czasem „zgranych", jest równoznaczne z przegraną. Zwyciężają łatwe, fantastyczne i kategoryczne sądy. Mimo tych wszystkich wad publicystyki cieszę się z jej żywotności i polemik, które wywołuje, także wśród badaczy akademickich".

 

W opinii Roberta Spałka „do początku XXI wieku taki ton debaty o historii najnowszej narzucała »Gazeta Wyborcza«, a jej »pasem transmisyjnym« przekazującym „kaganek oświaty" w lud była ogromna rzesza inteligentów czytających ten dziennik i przyjmujących obowiązujące tam wykładnie za własne. Pod koniec 2000 r. zaczął funkcjonować Instytut Pamięci Narodowej, w praktyce pierwszy liczący się konkurent dotychczasowego monopolisty narracyjnego. Historycy IPN zaproponowali inne spojrzenie na polskie dzieje". Kolejnymi przełomami było powstanie Muzeum Powstania Warszawskiego i państwowe obchody ku czci Żołnierzy Wyklętych.

 

Robert Spałek uważa, że „problemem internetowych dyskusji jest pomijanie w nich niuansów, nadinterpretowanie faktów i mylenie własnej pamięci z naukowym uprawianiem historii. Często wygrywa ten, kto głośniej krzyczy. To jednak jest przestrzeń do zagospodarowania przez historyków. Musimy włączyć się do tej krzykliwej dyskusji. Oddanie pola publicystom oraz „edukacji wzajemnej" będzie oznaczało, że odpowiedzi na pytania da ten, kto nie szczędzi epitetów, poszukuje spisków i sensacji. Przynależny badaczom dystans, sceptycyzm i intelektualna uczciwość nie powinny prowadzić do uchylania się od formułowania komunikatów i prostych przekazów internetowych. O obrazie przeszłości bowiem dziś decyduje YouTube, Facebook i Twitter, gdzie historia nie służy poznaniu, lecz jest rozrywką. Ale potem okazuje się, że ludzie tę rozrywkę biorą za jedyną wartą zapamiętania prawdę o przeszłości. To jest pole gry, a nawet walki o umysły i postawy przyszłych pokoleń".

 

Jan Bodakowski