I to nawet nie jakąś tam heroinę, ale niejaki syntetyczny fentanyl, który jest kilkaset razy mocniejszy. Właśnie więc się wyjaśniło, czemu wówczas siedział z nim w samochodzie. W dodatku na widok policjantów nasz milusiński zeżarł wszystkie kupione tabletki. Po prostu geniusz. Jednak dzięki temu ten murzyński ćpun, patol i bandzior został bożyszczem marksistowskich cwaniaczków z BLM-u, a także wszelkiej maści popaprańców z całego świata. W rodzaju Julek z Poznania, które leżały na chodniku, tym samym przepraszając Murzynów, pardon AfroEuropejczyków i AfroPolaków za cierpienie, które podłe białasy wyrządziły współczesnemu świętemu z Mineapolis. Gdzie Mineapolis, a gdzie Poznań?

 

Więcej prochów niż w aptece

 

Teza, że „święty” George był tak naćpany, że ilość prochów w jego organizmie zabiłaby kompanię wojska w pełni znajduje swoje potwierdzenie w sekcji zwłok. W wyniku badań toksykologicznych okazało się, że nasz milusiński miał w sobie całą tablicę Mendelejewa. Otóż odkryto w nim wielokrotnie przekraczającą dawkę wyższą niż śmiertelna wyżej wymienionego fentanylu. Jest on silnym lekiem przeciwbólowym działającym na receptory opioidowe. Substancja lecznicza znalazła zastosowanie w leczeniu krótkotrwałych zaostrzeń bólu w przebiegu chorób nowotworowych (bólu przebijającego) u osób przyjmujących wcześniej inne leki opioidowe. Raczej nie służy do zżerania go w ilościach hurtowych przez ćpunów, na których przestała działać heroina. Jednak to nie koniec. Ponieważ Floyd miał w swoim organizmie jeszcze: metaamfetaminę, marihuanę i berbeluchę nazywaną wódą. Do tego dodajmy covida i bardzo poważną, potencjalnie śmiertelną wadę serca i nadciśnienie wywalone w kosmos. Gdyby jakikolwiek nadciśnieniowiec zafundował sobie taki koktail narkotykowy, jaki fundnął sobie afroamerykański wzór obywatela to zmarłby w pięć minut.

W sumie to przy takiej zawartości rozmaitych świństw w ciele pana Floyda można się było dziwić, że pan Floyd jeszcze żyje. Ciekawe, że sekcja zwłok nie wykazała żadnych uszkodzeń szyi od klękania.

 

Zabawne zeznania konkubiny Floyda

 

Tymczasem dziewczyna George'a Floyda złożyła bardzo obszerne zeznania, z których wynika, że oboje walili sobie heroinkę, ale nie tę zwykłą, tradycyjną, tylko jej syntetyczny odpowiednik – fentanyl, który jest kilkaset razy mocniejszy. Cóż jak ktoś oglądał poświęconej społeczności afroamerykańskiej komedię „Chłopaczki z sąsiedztwa” (która miała być komedią, a robi raczej za film dokumentalny) ten może pamięta scenę, kiedy chłopaki biorą narkotyki nieznanego pochodzenia, a pierwszy z nich przewraca się z pianą na ustach i umiera. A reszta rzuca się na prochy, jak oddział Armii Czerwonej na zatruty przez Niemców spirytus. W sumie od fentanylu ćpuny padają jak muchy. Narzeczona Floyda przyznała także, że Morries Lester Hall sprzedawał im rozmaite prochy w tym także rzeczony fentanyl. Dziewczyna Dżordża zeznała również, że „ostatnia partia tabletek od Morriesa była jakaś dziwna i po wzięciu oboje z Dżordzem czuliśmy się jakbyśmy mieli zaraz umrzeć”. Właśnie w samochodzie Floyda znaleziono tego typu pigułki, a na tylnym siedzeniu radiowozu, w którym próbowano go odwieźć, resztki tych samych, w połowie przeżutych pigułek, które na widok policjantów w całości postanowił zeżreć. Tak więc wszystko wskazuje, że policja przyłapała Floyda na zakupie dragów, a ten spanikował na ich widok i je zeżarł. Wszystkie naraz. Trudno więc się dziwić, że krzyczał, że nie może oddychać na długo przed tym zanim oskarżany o spowodowanie jego śmierci policjant na nim klęknął.

 

Oczywiście wszystkie me(n)dia głównego ścieku w rodzaju BBC, CNN, New York Timesa, Washington Post, czy skrajnie lewackiego brytyjskiego Guardiana (a także rodzimej „Gazety Żydowskiej” Wyborczą zwaną) nawet słówkiem nie pisnęły o tej sytuacji. Ponieważ George Floyd ma pozostać czysty i niewinny, niczym biel śniegu.

 

Piotr Stępień