Od początku tragedii Platforma Obywatelska, mówiąc eufemistycznie, zachowywała się dziwnie. Premier bez szemrania oddał śledztwo w ręce Rosjan. Wystarczyło przytulenie Putina. A potem już były słynne żółwiki z przywódcą Rosji i szelmowski uśmieszek Tuska. Do Rosji w samotną podróż wyruszył Edmund Klich, który, chociaż oficjalnie reprezentował Polskę,  nie miał żadnego wsparcia od rządzących. Dopiero teraz wychodzą na światło dzienne nagrania rozmów Klicha z Tuskiem, który ma do premiera żal za zaistniałą sytuację. Zgodzono się wówczas na niekorzystną dla nas konwencję chicagowską, dotyczącą lotów cywilnych. A przecież lot tupolewa był lotem wojskowym. Na mocy tej konwencji śledztwo znalazło się w rękach Rosjan. I tak jest do dzisiaj. Nie mamy wraku, ani oryginałów czarnych skrzynek.

Dzięki filmowi Ewy Stankiewicz dowidzieliśmy się, jak wyglądało wsparcie ówczesnej minister zdrowia Ewy Kopacz, która zapewniała, że ekipa rosyjskich patomorfologów pracowała ramię w ramię, jak w jednej rodzinie z Polakami, a ziemię smoleńską przekopywano metr w głąb Na ekranie pojawiła się radosna Ewa Kopacz w towarzystwie dwóch roześmianych Rosjan, na tle worków z ciałami. Drugie zdjęcie to uśmiechnięta  minister zdrowia z wyciągniętą ręką w kierunku Rosjanina, dzierżąca kubek z kawą. Potem na światło dzienne wróciła sekcja zwłok ofiar i jej skandal. Ciała zostały pozamieniane, zbezczeszczone, z wrzucanymi do trumny kawałkami innych ciał, petów papierosów, rękawiczek medycznych. Ewa Kopacz przekonywała, że zalutowanych w Moskwie trumien nie można otwierać po przylocie do Polski. Dopiero późniejsza ekshumacja ujawniła skandal. A doniesienia z prosektorium przypominają nam, jak były traktowane zwłoki Polaków. Wrzucano je do worków na śmieci. Jest nagranie, na którym Rosjanin rzuca worek na ziemię, a gdy się przewraca, kilka razy go kopie. Drugi zwraca mu uwagę: zobacz na tabliczkę, kogo kopiesz, to dowodca sił zbrojnych. Tamten burcząc coś, macha ręką i wychodzi.

 Warto przypomnieć sobie jeszcze sprowadzanie trumien do Polski. Witała je ekipa rządząca z Bronisławem Komorowskim na czele. Kamera uchwyciła roześmianą twarz marszałka Sejmu, który jeszcze przed oficjalnym potwierdzeniem śmierci prezydenta Lecha Kaczyńskiego wprowadził się do jego biura. Przerażenie ogarnia, kto nami wówczas rządził. Podstawowy brak empatii, cynizm, ubijanie własnych interesów na narodowej tragedii, to obraz polityków z Platformy. Oby nigdy nie powrócili do władzy.

Śledztwo z wieloma utrudnieniami trwa do dzisiaj. Zaangażowane zostały w nie zagraniczne ośrodki naukowe, z wybitnymi specjalistami, którzy krok po kroku odtwarzali ostatnie chwile samolotu. Stwierdzono, że samolot nie rozpadł się w wyniku zderzenia z żadną pancerną brzoza, ale został rozerwany na części jeszcze w powietrzu. Po eksplozji najpierw oderwały się drzwi od samolotu i zostały wbite w ziemię, a potem nastąpił rozpad tupolewa.  Samolot był remontowany w Rosji. Trafił tam do Samary i każdy miał do niego dostęp. Poszczególne jego części były remontowane w innych ośrodkach. Silniki trafiły do Moskwy.  Może wówczas umieszczono w skrzydle samolotu materiał wybuchowy. O tym, że na rozbitych elementach znaleziono ślady trotylu dowiedzieliśmy się już w 2013 r.  z Centralnego Laboratorium Kryminalistycznego Policji. Ale ta ekspertyza została tak zmanipulowana, aby w żadnym przypadku nie móc przyznać, że hipoteza wybuchu ma jakiekolwiek podstawy w materiale dowodowym.

Próbki wysłano do dwóch laboratoriów – do Forensic Explosives Laboratory (FEL) w Kent. Tam  „na zdecydowanej większości z 200 próbek przekazanych przez Prokuraturę Krajową w maju 2017 r. (…)  odkryto ślady materiałów wybuchowych”. Natomiast włoskie Laboratorium Kryminalistyczne  Korpusu Karabinierów do którego wysłano również próbki do badań, wykryło na nich materiały wybuchowe. Były to próbki zabezpieczone podczas sekcji zwłok i pochodzące z foteli tupolewa. Wykryto na nich ślady trotylu i RDX (heksogenu). Badano także próbki ziemi pochodzące z gleby z okolicy wraku. Nie stwierdzono na nich śladów materiałów wybuchowych. Glebę badano dlatego, bo w pobliżu lotniska znajduje się jednostka wojskowa. Płk. Adolfo Gregori mówi: „Otrzymaliśmy prośbę od polskiej prokuratury. Została w niej wskazana lista kilkunastu materiałów wybuchowych, których obecność mamy potwierdzić lub wykluczyć w dostarczonych dowodach rzeczowych.(…) Mamy odpowiednie doświadczenie w tej kwestii i dysponujemy technikami, które pozwolą nam przebadać dostarczone materiały oraz przeanalizować ich skład. Nasze laboratorium jest jednym z najnowocześniejszych na świecie, mamy instrumenty i posługujemy się metodami, które pozwalają nam odnajdywać nawet najmniejsze ślady materiałów wybuchowych” . Początkowo analiza miała potrwać pół roku, ale pojawiły się nowe metody badań no i COVID spowolnił dalsze prace. Prace nie zostały jeszcze ukończone. Tak że pisemnego dokumentu jeszcze nie ma. Badania składają się z kilku części: pierwsza to wynik z chromografu, który zero-jedynkowo stwierdza, czy szukany materiał jest w próbkach. Drugi etap to opinia, co ten wynik oznacza. Czy materiały wybuchowe znalazły się tam po eksplozji czy z zanieczyszczenia z zewnątrz. Próbki gleby dały już na to odpowiedź, ale do ostatecznej opinii jest jeszcze daleko. Następny etap to prokuratura, która na podstawie badań zdecyduje czy i komu można postawić zarzuty.

Sporo krytyki spada na prace podkomisji kierowanej przez Antoniego Macierewicza. Rodziny ofiar są zbulwersowane długim czasem prac, jak i samą komunikacją z nimi. Rodziny nawet apelują do ministra Błaszczaka, by zarządził audyt działań podkomisji, która formalnie działa w ramach MON.

Prace w podkomisji nie są skończone, bo brakuje ciągle części analiz ekspertów z USA, ale także z powodu niejednomyślności członków podkomisji. Gdyby prace miały by kończyć się dziś, otrzymalibyśmy dwa lub trzy sprzeczne z sobą raporty.

Iwona Galińska