Rosja nigdy nie zrezygnuje ze swoich neoimperialnych zakusów. W tej chwili koncentracja wojsk rosyjskich na granicy z Ukrainą jest największa od 2015 roku. 80 tys. żołnierzy i ponad 1 tys. czołgów zostało zgromadzone zarówno przy granicy ze wschodnią Ukrainą, jak i na okupowanym Krymie. Dochodzą jeszcze manewry Floty Czarnomorskiej oraz przerzucanie łodzi desantowych z basenu Morza Kaspijskiego na Morze Czarne. A stamtąd już niedaleka droga przez Cieśninę Kerczeńską na Ukrainę. Zostaje jeszcze do pokonania niewielkie i płytkie Morze Azowskie. Po jego jednej stronie jest Ukraina z portem Mariupol, a po drugiej rosyjski Jejsk. Ukraina może zostać zaatakowana zarówno od strony lądu, jak i morza.

Przerzucane są nie tylko oddziały szybkiego reagowania, jak brygada powietrzno-desantowa, która na co dzień stacjonuje w Pskowie, a teraz została wysłana na Krym. Przerzucono również jednostkę z syberyjskiego Kemerowa. Niedaleko Woroneża zbudowano specjalne bazy polowe. W republikach separatystycznych pojawiły się nowe oznaczenia schronów, w których mieszkańcy mają szukać schronienia podczas bombardowania. Wzmacniane są także oddziały w Kaliningradzie. Białoruski szef sztabu pojechał niedawno na konsultacje do Moskwy.

Jakie są powody takiej polityki Putina? Przywódca Rosji ciągle podkreśla, że chroni swoich obywateli pozostających poza granicami. Chce także wymusić na władzach Ukrainy nadanie obszarowi Donbasu statutu autonomii. Dla Ukrainy oznaczałoby to rezygnację z tych ziem. Podobnie było z Gruzją. Obecnie 20 proc. tego kraju jest okupowane przez Rosjan. To samozwańcze republiki  - Osetia Południowa i Abchazja. A sposób działania zarówno w wypadku Gruzji jak i Ukrainy jest ten sam. Rosja na początku wywołuje konflikt i angażuje się w niego, a później uznaje samozwańcze republiki, które odrywa od macierzystych krajów.

 Władimir Putin może także w ten sposób testować nowego amerykańskiego prezydenta. Chce zobaczyć, jak daleko zdoła się posunąć i jak jest granica cierpliwości Joego Bidena. Jak dotąd niewiele sobie robi z amerykańskiego straszaka, a Unię Europejską kompletnie lekceważy.

Ludzie żyjący w Mariupolu, jak i w szarej strefie blisko linii frontu żyją w permanentnym zagrożeniu.  Mariopul to prawie półmilionowe miasto, spory port, który w wypadku zamknięcia Cieśniny Kerczeńskiej stanie się martwym portem. Są jeszcze w nim huty stali i zakłady chemiczne. Jest to główny ośrodek przemysłowy na tamtych terenach. Ludzie z przerażeniem pamiętają konflikt zbrojny z 2014-2015r. Miasto było pod obstrzałem, na ulicach toczyły się walki, najważniejsze budynki płonęły. Nadal doszczętnie zniszczony jest gmach urzędu miasta. Został z niego jedynie szkielet, tak samo jak z budynku komendy policji. Rok później rakiety z wyrzutni Grad spadły na osiedle mieszkaniowe. Zginęło 30 osób, a 100 zostało rannych.

Jeszcze gorzej jest w tzw. szarej strefie, z której ludzie uciekają do Mariupola. Szara strefa to obszar, przez który przebiega linia okupacji i linia frontu. Zona powstała w 2014 r., gdy wybuchła wojna, a Rosja zagarnęła część Donbasu. Ludziom na tych terenach żyje się bardzo ciężko. Brak bezpieczeństwa, brak pieniędzy na opłaty i lekarstwa. Codziennie słychać strzały. Wkoło tablice z ostrzeżeniami, że teren może być zaminowany. Ludzie nauczyli się już żyć z tym na co dzień. Obecna sytuacja jest jednak inna niż ta sprzed lat. Wojska Ukrainy są już inne niż te z 2014 r. i w niczym nie przypominają tamtej zdezorganizowanej formacji. Rosjanie mogą zostać niemile zaskoczeni. Ukraina od pewnego czasu przesuwa swe jednostki wojskowe w pobliże separatystycznych republik w Donbasie. W bezpośredniej bliskości linii rozgraniczenia jest już 90 tys. ukraińskich żołnierzy oraz 450 czołgów. A nastroje są bardzo bojowe.

Co przyniosą kolejne letnie miesiące, gdy drogi z błotnistych grzęzawisk ulegną osuszeniu i będą dostępne dla wojska? Czy Rosja szykuje się do rzeczywistej ofensywy wojennej, czy skończy się na prężeniu muskułów?

Iwona Galińska