Radość Maryi. Jest Bóg.
Nie wiemy nic pewnego o rodzinie Maryi, ale niewątpliwie była to rodzina uboga (inaczej nie wydano by Jej za biedaka, wiejskiego cieślę) i niewątpliwie była to rodzina szczerze pobożna, choć jak wiadomo, nazaretańska cnota bywała wyśmiewana przez mieszkańców sąsiednich wiosek (por. J 1,46). Od pierwszych słów, od pierwszych gestów maleństwo musiało się uczyć, że jest Bóg; i ta świadomość rosła, tym bardziej, że trafiała na Jej nieskażony umysł. Inaczej mówiąc, już od samego początku Jej serce skierowane było ku Bogu, chociaż wiedza o Nim musiała wzrastać powoli, zgodnie z normalnym rozwojem dziecka.

I to właśnie jest ta pierwsza, podstawowa radość: że jest Bóg. Nie jakiś tylko punkt odniesienia i gwarant sensu wszystkiego, co się dzieje: przede wszystkim On sam, Osoba, Ktoś miłujący i pozwalający miłować siebie, Ktoś niewyobrażalnie cudowny i bliski, chociaż niewidzialny. Ktoś absolutnie godny zaufania, nawet jeśli się Jego celów i działań nie rozumie; Ktoś, do Kogo nawet myślą można mówić, i słyszy; Ktoś godzien najwyższego oddania, zaufania i miłości. Serce tego świadome musiało przelewać się psalmiczną radością.

Bo przecież psalmiści, prorocy, mędrcy Izraela doświadczyli tej radości także. A Bóg natchnął ich do wyrażenia tego. Pan króluje, oblókł się w majestat… (Ps 93,1); Pan króluje, wesel się, ziemio; radujcie się liczne wyspy! (Ps 97,1); Wśród okrzyków radości stawajcie przed Nim, wiedzcie, że Pan jest Bogiem (Ps 100,2–3). I tego bezpieczeństwa doświadczyli: Oto Bóg jest zbawieniem moim, będę miał ufność i bać się nie będę! Bo mocą moją i pieśnią moją jest Pan (Iz 12,2); Jak dziecko w ramionach matki… jak ciche dziecko jest we mnie moja dusza… (Ps 131,2). I tej tęsknoty do coraz większej bliskości: Kiedyż przyjdę i ujrzę oblicze Boże? (Ps 42,3) – bliskości, za którą wszystko warto oddać: Wolę stać w progu domu mojego Boga niż mieszkać w przybytkach grzeszników (por. Ps 84,11). A Ona właśnie tymi psalmami modliła się od dziecka. A że w progu domu jest miejsce nie pana, ale sługi, i to takiego najmarniejszego; więc oto służebnica Pańska.

I to jest właśnie radość podstawowa, radość na całe życie. Miały przyjść chwile, w których odczuwanie tej radości było trudne, bardzo trudne, ale ona tam była, jak dno morza pod falami bólu. Musiała być, skoro przecież Bóg nie przestał istnieć, a Maryja miała świadomość Jego stałej obecności. Musiała być, skoro Jej Syn wiedział przecież, co robi, nie działał po omacku ani pod żadnym ludzkim przymusem. I ta właśnie podstawowa radość okazała się na końcu zwycięska; okazało się, że od początku miała rację istnienia, okazało się, że zwyciężyła ból i prowadziła do dalszych, niewyobrażalnie wielkich radości.

Wprawdzie przebywanie dziecka, i to jeszcze w dodatku dziewczynki, w ówczesnej świątyni jerozolimskiej w roli jakby chwilowej oblatki czy służki, jest zupełnie nieprawdopodobne i musiało być pomysłem zrodzonym o wiele później w chrześcijańskim już świecie – ale obchodzone do dziś święto „Ofiarowania Najświętszej Panny w świątyni” ma głęboki sens, bo mówi w rzeczywistości o Jej wewnętrznej postawie. O jej najgłębszej, pełnej uwielbienia, miłości. Dla Niej to było jasne: wszystko warto oddać, bo jest Komu. Wszystko Mu się należy, za to tylko, że Jest. Już sama możliwość oddania Mu siebie, poświęcenia Mu życia, jest szansą i szczęściem, godnym najgłębszego uniżenia i najpełniejszej ofiary, złożonej (jeśli się nie ma nic innego) choćby z ludzkiego szacunku, z normalnego ludzkiego spełnienia życia; dlatego po prostu, że On, Bóg, Jest.

Fragment książki „O czternastu radościach Maryi”

Małgorzata (Anna) Borkowska OSB