W Piśmie Świętym napisano „po owocach ich poznanie”. Ta słuszna idea oceny po skutkach jest w ogóle nie stosowana przez polską historiografię. Może dlatego, że większość działań polskich „patriotów” - od Konstytucji 3 maja i powstania kościuszkowskiego, po powstanie warszawskie skutki dla narodu (a w sytuacjach, gdy mieliśmy państwo to także i dla państwa, albo autonomii) były straszliwe. Żadne z tych działań nie broni się pod względem logicznym i historycznym. I dlatego w polskiej historiografii opieramy się na romantyzmie, który dla Polaków był zabójczy zarówno w XIX, jak i w XX wieku.

 

Niepotrzebne powstanie straconych szans i utraconego państwa

 

Właśnie minęła kolejna rocznica powstania listopadowego. W nocy z 29 na 30 listopada 1830 roku banda szaleńców, czyli warszawskich podchorążych wywołało powstanie listopadowe. Którego efektami było zniszczone państwo polskie. I to jedno z lepszych państw, jakie mieliśmy w historii. Państwo, które gdyby nie listopadowi durnie mogło przyczynić się do odrodzenia państwa polskiego w granicach przedrozbiorowych kilkadziesiąt lat wcześniej. Tymczasem potencjał tego państwa został zmarnowany na wojnę z Rosją, a więc to mocarstwo na którym należało się oprzeć i przy jego pomocy odzyskać ziemie zaborów pruskiego i austriackiego. A wtedy moglibyśmy wykorzystać jakiś korzystny moment (w rodzaju wojny krymskiej), żeby także Rosji powiedzieć „dziękujemy za wspólnotę pod berłem cara Wszechrusi my się stąd zabieramy”. Mając powiększoną o Wielkopolskę, Pomorze i Galicję Królestwo Kongresowe oraz niesłychany rozwój technologiczny (który nastąpił w okresie pomiędzy 1815, a 1830 roku na terenie królestwa, a na następne lata zapowiadał się jeszcze lepiej) moglibyśmy sobie na to pozwolić. A takie plany były, jak wojsko Kongresówki wracałoby z Belgii to mogłoby spokojnie zostać w Poznańskiem i Prusacy straciliby tę prowincję. W sumie uważany za tępego brutala (do końca niesłusznie) książę Konstanty z radością przyjąłby powiększenie Królestwa Polskiego o ziemie polskie spod władzy pozostałych zaborców. Pod swoją władzę.

 

Brudna łapa Prusaka i Anglika

 

Powinniśmy pamiętać o jednym – to nie Rosja była głównym inicjatorem rozbiorów Polski. Wręcz przeciwnie. Rosji zależało na utrzymaniu Polski w stanie wasalnym w całości. I to nie Rosja się najbardziej obłowiła na rozbiorach. I nie była to Austria. Bez ziem polskich Rosja i Austria nie straciłyby wiele ze swojej siły i istoty ich państwowości. Tym mocarstwem, które bez ziem polskich mocarstwem by przestało być są Prusy. Bez Pomorza i Wielkopolski przestałyby istnieć jako pierwszorzędne mocarstwo europejskie. Stąd ich perfidna gra w czasie Sejmu Czteroletniego nastawiona na rozbiory, czy działania agenturalne w okresie od 1815 do 1914 roku mające na celu wywołanie powstań na terenie zaboru rosyjskiego. Z których dwa im się udało wywołać: listopadowe i styczniowe. W tym pierwszym przypadku, przy aktywnej pomocy Wielkiej Brytanii. 

Królestwo Kongresowe oczywiście nie było tworem suwerennym ani ostatecznym marzeniem Polaków o własnym państwie. Jednak na tle innych krajów z tamtej epoki prezentowało się bardzo przyzwoicie. Mając porządną gospodarkę, skarb i przede wszystkim armię, która bez problemów pokonałaby dowolną inną europejską, występującą w identycznej liczebności. I była w stanie pokonać zarówno armię pruską, jak i austriacką. O ile nie obie jednocześnie. I ta armia została zmarnowana wraz z państwem w listopadowym zrywie.

 

Do głupców niszczących państwo powinno się strzelać

 

Trudno w polskiej historii spotkać porównywalnych szkodników, jak ludzie, którzy doprowadzili do wybuchu powstania listopadowego, styczniowego i warszawskiego. Efekt za każdym razem był ten sam – dziesiątki tysięcy (w przypadku powstania warszawskiego blisko ćwierć miliona) zabitych, szczególnie wśród młodych patriotów, będących przyszłością narodu, tysiące kalek, zesłania i obozy, niewyobrażalne straty materialne i cofnięcie cywilizacyjne na dziesiątki lat.

 

Tacy sami durnie, jak listopadowi podchorążowie byli już wcześniej, tylko we Francji i Rosji spotkali się z odporem sił państwowotwórczych. To właśnie „antyrewolucyjnych rebeliantów” 13 vendémiaire’a (czyli 5 października 1795 roku) rozstrzelał z armat generał Napoleon. Z jednej strony ratując francuską państwowość, a z drugiej torując sobie drogę do cesarskiego tronu. To samo zrobił car Aleksander I w 1825 roku masakrując z armat powstanie dekabrystów w Petersburgu. W obu przypadkach straty w ludziach były mniejsze, a interes państwa uratowany.  Niestety w listopadową noc, kiedy zbuntowani podchorążowie zrobili bunt i zaczęli mordować swoich dowódców (sześciu generałów i pułkownika, którzy należeli do elity europejskich dowódców i mogli im to powstanie wygrać), zabrakło kogoś, kto wytoczyłby kilka armat i wyciągnął z koszar pułk piechoty, żeby ogniem artyleryjskim i karabinowym zakończyć bunt, który zniszczył Królestwo Kongresowe.

 

Piotr Stępień