Tak o Janie Chrzcicielu wypowiada się ewangelista św. Mateusz. Zwraca on uwagę, że w historii Izraela nadszedł szczególny czas. Pojawił się największy z proroków, który znany jest pod przydomkiem „Chrzciciel”. Objawił się jako łącznik między nowym a starym przymierzem. Jan jest prorokiem, który obmyje stary świat przykurzony Prawem i jego interpretacją. Jego misją nie jest podkreślanie mocy Przykazań, ale nawoływanie do nawrócenia. Jan dopełnia to, co zostało pominięte w Starym Przymierzu przez Izraelitów. Ludzie potraktowali Dekalog jako cel, a on  był środkiem w drodze do Boga. Sam Bóg upominał się nie raz o nawrócenie serca. Żalił się, że lud czci go wargami. Jan tchnie nową świeżość, która orzeźwi serca i umysły przed przyjściem Mesjasza.

Warto zauważyć, że głoszenie Jana zaczyna się na pustyni. Adwent, który przeżywa jest adwentem pustyni i osamotnienia. Powstaje tu pewien paradoks. Miejscem głoszenia proroków zazwyczaj bywały tłumne zgromadzenia w miastach i przy bramach. Jan głosi na pustkowiu. To nie on idzie do ludzi. To ludzie przychodzą do niego, aby go słuchać. Działa jak magnes. Przyciąga uwagę. Pustynia jest domem Jana. To tam nabiera sił i rozmawia z Bogiem. Przypomina w tym pielgrzymującego Mojżesza, który na pustyni doświadcza działania Bożego. Jan jest na pustyni sam, ale zapewne nie jest samotny. Ciągle przebywa w obecności Boga. Dzięki temu słyszy i widzi lepiej. To on jako pierwszy rozpozna w Jezusie realizację zapowiedzi mesjańskich. 

Święty Mateusz zapisał słowa proroka skierowane do słuchaczy: „Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie”. To słowa krótkie, ale bardzo konkretne. Wezwanie do nawrócenia wydaje się oczywistością, ale dobrze wiemy, że w praktyce często tylko deklarujemy gotowość do nawrócenia. Wbrew pozorom prawdziwe nawrócenie niesie za sobą bardzo poważne konsekwencje. Wielu ludzi nie jest gotowych do nawrócenia, bo oznacza to wywrócenie do góry nogami ich życia, obowiązków i przekonań. Człowiek ma zdolność do wmawiania sobie, że się nawrócił. Czasami usprawiedliwia brak nawrócenia dobrymi chęciami. Przyjmuje Ewangelię, ale na bardzo powierzchownym poziomie, a następnie dziwi się, że jej moc nie sięga do najważniejszych spraw w jego życiu. Jest jak kamień wrzucony do wody: na zewnątrz mokry i gładki, a w środku suchy i chropowaty. Połowiczność nawrócenia to temat, który w Nowym Testamencie nieustannie wraca. W Apokalipsie czytamy w liście skierowanym do mieszkańców Laodycei: „Znam twoje czyny, że ani zimny, ani gorący nie jesteś. Obyś był zimny albo gorący!”. Jezus czyni wyrzut tym, którzy poznali Prawdę, ale według niej nie żyją.

Zupełnie inaczej wygląda postawa Jana. To on, zaraz po Matce Najświętszej, jest najlepiej przygotowanym człowiekiem na przyjście Boga na świat. Zresztą sam Jezus kieruje w jego stronę pochwałę, która czyni go pierwszym pośród oczekujących na Mesjasza. „Między narodzonymi z niewiasty nie ma większego od Jana”. Jan ma także wiele wspólnego z  prorokiem Izajaszem, który zapowiedział treść jego orędzia. Jan jest głosem. Nie liczy się jego postura, pokrewieństwo z Jezusem, a nawet miód i szarańcze, które jadł na obiad. Jego misją jest bycie „niewidzialnym” głosem, który nie przesłoni prawdziwego Baranka, który za nim idzie. Jan jest jak soczewka. Nadaje ostrość proroctwom, które zapowiadały nadejście potomka Dawida. Nie koncentruje na sobie, ale wskazuje, że przyszedł Ten, któremu nie jest godzien odwiązać rzemyka w sandałach. Sam o osobie powie: „Potrzeba, by On wzrastał, a ja się umniejszał”. Wyprzedza tym samym nauczanie Jezusa o traceniu własnego życia, dlatego też jako pierwszy straci życie z rąk Heroda.

Jan Chrzciciel jest uznawany za patrona adwentu. Daje nam jasne wskazówki i naucza,  że spotkanie z Bogiem ma być przygotowane. Z kolei droga, którą do Niego wybierzemy musi być wyprostowana. Przygotowanie do spotkania z tajemnicą Wcielenia wymaga od człowieka gotowości do spojrzenia na świat oczami Boga. Jan potrafił to robić. Jest w tym spojrzeniu pewien radykalizm, który nakazuje, aby porzucić własne ambicje i przekonania. Chrześcijanin nie jest człowiekiem, który przyjął Ewangelie jako prawdziwą, ale jako „swoją”. To nie jest tak, że my uznajemy ją za wartościową. To ona nadaje wartość nam. Ludzie ewangeliczni nie raz muszą zostać wewnętrznie złamani przez słowo Boga. Zresztą sam Jan, kiedy kieruje słowa do faryzeuszów i uczonych, nie przebiera w słowach i potrafi nazwać ich „żmijami”. Może warto w adwencie także w ten sposób pomyśleć o sobie. Często patrzymy na siebie jedynie jak na ofiary. „Wszyscy są  przeciwko nam”. Nie radzimy sobie ze słabościami, mamy pecha w życiu, za dobro spotyka nas niewdzięczność. Jeżeli człowiek naprawdę uwierzy w to, co mówi szybko znajdzie się po drugiej stronie barykady. Nie rozpozna czasu swojego nawiedzenia. Zamknie się w swoim małym piekiełku. Jan ogłasza adwent, który jest budzeniem świadomości o grzechu, które we mnie mieszka. To nie ja jestem barankiem, ale wilkiem lub rzeźnikiem, który uśmierca baranka. To nie ja gładzę swoje grzechy, ale Ten, który stanął nad Jordanem i zobaczył otwarte niebo.

Jan Chrzciciel uczy, że nikt z nas nie jest pępkiem świata. Nasze problemy, zmartwienia, troski wydają się z naszej perspektywy najważniejsze, ale obiektywnie dla świata i innych wcale tak nie są. To bolesna prawda. Odziera nas z iluzji, że jesteśmy dla samych siebie najważniejsi. Dobrze ujął to w swojej modlitwie Klaus z Flue: „O mój Boże i Panie, zabierz mnie ode mnie i daj mnie Tobie całkowicie na własność”. Takie zawierzenie wydaje się podstawą do tego, aby mówić o relacji z Bogiem. Nie stajemy przecież z Bogiem jak równy z równym. To nie my okazujemy łaskę, ale to Bóg jest łaską. Wielu świętych doświadczało obecności Boga w swojej własnej nieobecności. Często nazywali siebie „nikt”. Tylko Bóg jest „kimś”. Ja jestem nikim. Oczywiście nie chodzi tutaj o jakieś zanegowanie własnej osoby, ale pozwolenie na to, aby Bóg stał się kimś realnym w moim życiu. Przecież moje życie ostatecznie nie należy do mnie. Nie mam nad nim absolutnej kontroli.  Przeciwnie Bóg, który zaproszony do życia, nagle staje się Jego Panem. Nowego znaczenia nabierają wtedy słowa doksologii wypowiadane podczas Mszy świętej. Wszystko, co złożyliśmy na ołtarzu zostaje ofiarowane „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie”. Tu nie mam miejsca na „ja”, „moje”, „twoje”, „nasze”. Tu nawet nie ma miejsca na czasowniki: „zrobię”, „oddam”, „ofiaruję”. Tu rządzi tylko i wyłącznie Bóg. Żyć to Chrystus – jak mówi Paweł.

Radykalizm Jana jest wielkim zadaniem adwentowym. Musimy być gotowi na to, że podobnie jak Jan możemy dla Jezusa stracić głowę. I to dosłownie! Złożenie świadectwa jest uwieńczeniem wiary, którą Jan wyznał nad brzegiem Jordanu. Może i w moim życiu znajdę czas, żeby w któryś adwentowy dzień przyjść do Jezusa i zupełnie szczerze wyznać Mu: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”.

Na koniec warto jeszcze raz wrócić do nawoływania Jana. W swoim nauczaniu głosi on bliskość królestwa niebieskiego. Co oznacza to sformułowanie? Jan jest przekonany, że nadchodzi nowe królestwo, które będzie niosło ze sobą wyzwolenie. W niektórych fragmentach Pisma można nawet odnieść wrażenie, że liczy także na polityczne wyzwolenie Izraela spod okupacji. Jednocześnie Jan nie boi się nazwać tego królestwa „królestwem niebieskim”. Dla niego niebo jest coraz bliżej ziemi. Jego modlitwa być może przypominała tą, którą śpiewamy podczas roratnich mszy: „Niebiosa, rosę spuśćcie nam z góry; Sprawiedliwego wylejcie chmury”. Chrystus przynosi ze sobą niebo, wprowadza nowy porządek, który znany jest tylko w niebie. To właśnie tam panuje tylko Bóg i zachowana jest hierarchia wzajemnego szacunku i godności. W niebie wszystko pozostaje na właściwym miejscu, dlatego jest to królestwo sprawiedliwości. Nikt nie może się tam czuć pokrzywdzony, ani mniej ważny. Zajmuje bowiem miejsce, do którego najlepiej się nadaje. To królestwo wolne jest od wzajemnego współzawodnictwa, karierowiczostwa, zazdrości i biurokratycznego nieporządku. Jest to prawdziwie królestwo Boże.

Adwent z Janem to wezwanie do nawrócenia i obietnica królestwa. Nie ma co do tego żadnych wątpliwości. Przygotowanie przyjścia Pana Jezusa bezwzględnie zakłada te dwa aspekty, dlatego pełni ufności powinniśmy wołać na modlitwie: Marana tha. Przyjdź Panie Jezu! Przyjdź królestwo Twoje!

 

Ks. Mateusz Szerszeń