- Spotkaliśmy się pod znakiem Orła Białego, Pogoni i Świętego Michała Archanioła. Godłami Polski, Litwy i Rusi, które widnieją na pieczęci Rządu Narodowego – mówił podczas uroczystości prezydent Andrzej Duda.

Prezydent Litwy Gitanas Nauseda w swoim przemówieniu nawiązywał do hasła powstańców "Za Naszą i Waszą Wolność": „Możemy też życzyć wolności innym narodom, którym wciąż jej brakuje”.

W uroczystościach wzięli udział przedstawiciele władz Polski, Litwy, Białorusi, Ukrainy i Łotwy. I choć strona białoruska oddelegowała jedynie wicepremiera Ihara Pietryszenkę, to na ulicach Wilna najwięcej było flag Białorusi: nie reżimu Łukaszenki, ale historycznych: biało-czerwono-białych, i flag Wielkiego Księstwa Litewskiego z symbolem Pogoni.

Wincenty Konstanty Kalinowski, Zygmunt Sierakowski - dowódca powstańczych oddziałów na Żmudzi - oraz ich osiemnastu towarzyszy broni zostało straconych między 3 czerwca 1863 r. a 22 marca 1864 r. na Rynku Łukiskim w Wilnie i pogrzebanych w nieznanym miejscu. Władze carskie bały się, że groby powstańców mogą stać się miejscem pamięci dla tych, którzy marzyli o wskrzeszeniu Rzeczypospolitej Obojga Narodów.

Szczątki bohaterów archeolodzy odnaleźli w 2017 r. na wileńskiej Górze Zamkowej, zwanej też Górą Giedymina. Stało się to przypadkowo, gdyż po ulewnych opadach zbocza góry zaczęły się obsuwać i ujawniły skrywane mogiły bohaterów. Dotychczas nie udało się odnaleźć szczątków księdza Stanisława Iszory, który odczytał z ambony powstańczy manifest.

Dziś miejsce odnalezienia szczątków na Górze Zamkowej nazywane jest czasem wileńską „Łączką”. Dlaczego? Celem Moskali było wymazanie powstańców z pamięci. Wszystkich pogrzebano w tajemnicy przed rodziną i bliskimi, bez trumien i ze związanymi rękoma. Ciężarna żona Sierakowskiego musiała oglądać egzekucję męża, którego zaprowadzono na szafot mimo ciężkich ran odniesionych w bitwie. To samo robili później bolszewicy.

Wacław Studnicki w książce „1863. Wyroki śmierci" przytoczył list odnaleziony w kancelarii gubernatora Michaiła Murawjowa „Wieszatiela", autorstwa nieznanej z nazwiska wilnianki, która obserwowała kaźń:

„Dziwna rzecz, powinnibyśmy już oswoić ze śmiercią jakiegokolwiek rodzaju, a jednakże nie tak okropnie posłyszeć, że ktoś zginął na polu bitwy, niż widzieć bezbronną ofiarę przywiązaną do słupa. To oczekiwanie chwili wystrzału, a szczególnie prowadzenie na śmierć, to zanadto straszny widok. Rzadko kto wytrzymać go może. Jednakże wszyscy idą na egzekucję. I słusznie, bo tam można się nauczyć, jak ginąc i iść na śmierć. Z twarzą wesołą, uśmiechniętą prawie. Oni sądzili, że bardzo nas przestrasza kara śmierci, a tu zupełnie inaczej się dzieje. Żądania ich nie otrzymały swojego skutku, bo miejsce obawy zastąpiła chęć zemsty i znacznie większa nienawiść".

Uroczystości religijne w katedrze wileńskiej i przy Ostrej Bramie odbywały się w trzech językach: polskim, litewskim i białoruskim. Całość bardzo nie spodobała się Rosji, której media albo zignorowały święto, albo poddały krytyce. Rosja do dziś uważa Powstanie Styczniowe za akt terrorystyczny, bunt w „Kraju Północno-Zachodnim Imperium Rosyjskiego”, a Kalinowski jest przedstawiany jako „koordynator polskich szlacheckich formacji bandyckich na terytorium Białorusi Zachodniej”. Propaganda Kremla podkreśla, że został słusznie skazany na śmierć jako „winny organizowania zaplanowanych mordów na rosyjskich (białoruskich) chłopach oraz prawosławnym duchowieństwie”.

Moskwa nie toleruje również tego, że Konstanty Kalinowski jest uważany za bohatera nie tylko w Polsce i na Litwie, ale na dzisiejszej Białorusi. Reżimowi Putina nie mogły się podobać również słowa uczestników, którzy przypominali, że Powstanie Styczniowe było zrywem przeciwko wspólnemu wrogowi: Rosji. To przesłanie znów stało się szczególnie aktualne, wobec agresji Rosji na Ukrainę.

 

Tadeusz Płużański