Więcej szczęścia miał Kazimierz Kott, ps. Światowid, dowódca Wydziału Bojowego Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej, który uciekł z Szucha 17 stycznia 1940 r.

Przywołuję fragmenty autobiograficznych wspomnień „Z otchłani” mojego ojca – Tadeusza Płużańskiego „Radwan”, który był członkiem PLAN:

„Po jednym takim śledztwie „Światowid” zażądał doprowadzenia do ubikacji. Dyżurny gestapowiec uwolnił mu ręce z kajdanek, a musisz wiedzieć, że oni biją skutego, i wypuścił go do toalety. Nie domknął drzwi. Wówczas Światowid zatrzasnął je od środka i przecisnąwszy się przez małe okienko, znalazł się na dziedzińcu. Nim wachman się zorientował i narobił alarmu, on był już na ulicy, bo udało mu się przejść przez bramę między dwoma SS-manami. (…) Odszedł kawałek, a potem wskoczył do przejeżdżającej dorożki… i już go nie było… Zrobił się straszny raban. Gestapo szalało. Wymyślili bajeczkę, że to był Żyd, który zamordował polskie dziecko. Już następnego dnia porozklejali plakaty z jego zdjęciem i odpowiednim napisem, obiecującym wysoką nagrodę, ale go nie dostali”.

Kazimierz Kott kontynuował działalność konspiracyjną we Lwowie, m.in. brał udział w akcjach wysadzania w powietrze sowieckich transportów kolejowych wiozących do Niemiec surowce i żywność zgodnie z umową Ribbentrop-Mołotow. Schwytany przez NKWD, został zamordowany prawdopodobnie późną jesienią 1940 r.

Nie wiem, czy mój ojciec poznał Jana Bytnara „Rudego”, Aleksego Dawidowskiego „Alka”, czy Tadeusza Zawadzkiego „Zośkę”. Wszyscy trzej zaczynali antyniemiecką konspirację w Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej, ale szybko z niej odeszli. Podobnie ojciec, który dołączył do Tajnej Armii Polskiej, organizacji narodowo-katolickiej - jej współzałożycielem, a następnie szefem sztabu był Witold Pilecki.

TAP powstała 9 listopada 1939 r., a dzień później uroczystą przysięgę organizatorów przyjmował w Kościele Garnizonowym przy ul. Długiej w Warszawie ks. Jan Zieja. To mało znany fakt w biografii zarówno księdza, jak i Pileckiego.

W nocy z 21 na 22 września 1940 r. Witold Pilecki trafił ochotniczo do KL Auschwitz wraz z tzw. drugim transportem warszawskim. 11 listopada 1940 r. Niemcy aresztowali mojego ojca. Trafił do więzienia na Pawiaku, skąd na przesłuchania był przewożony do gestapo w Alei Szucha. W marcu 1941 r. – przez obóz przejściowy w Grudziądzu – trafił na następne cztery lata – do końca wojny – do Konzentrationslager Stutthof pod Gdańskiem, zostając numerem 10525.

Na Szucha – 16 maja 1940 r. - Niemcy zakatowali mojego dziadka, Wacława Płużańskiego, dyrektora Publicznej Szkoły Powszechnej nr 93, który został aresztowany za zorganizowanie w kilku stołecznych szkołach obchodów święta 3 Maja.

Ojciec wspominał przesłuchania na Szucha: „Rozciągają na krótkiej ławce pośladkami do góry i zaczynają walić. Bity już razów nie liczy, chociaż mu każą. Tylko za każdym uderzeniem, piekącym jak rozpalone żelaza, traci powoli przytomność, zmysły cichną, jakby odrętwiałe…. A on cieszy się, że za chwilę, może za dwie, już nie będzie niczego czuł, że się uwolni…. (…) Prowadzący śledztwo gestapowiec, mówiący biegle po polsku, czuł się w swej oprawczej pomysłowości bezsilny, a inni tracili impet i wiarę w skuteczność tych zmagań. Im więcej wkładali sił, tym bardziej ich ofiara stawała się nieczuła na razy i wymyślania. Czuł, że odchodzi z niego życie”.

Potem, w KL Stutthof Niemcy skazali ojca na śmierć przez utopienie w korycie - życie uratował mu ks. Sylwester Niewiadomy, przeciągając więźnia na inny blok i dając kurtkę z nowym numerem obozowym.
Po 1945 r. ojciec – tak jak jego dowódca rtm Witold Pilecki - powiedzą: niemieckie zbrodnie (Szucha, Stutthof, Auschwitz) to była igraszka wobec tego, co ich spotkało w katowni bezpieki przy ul. Rakowieckiej w Warszawie.

 

Tadeusz M. Płużański