Ale podobny los spotkał siostrę Janiny Lewandowskiej. 20 i 21 czerwca 1940 r. Niemcy zamordowali w Palmirach na obrzeżach Puszczy Kampinoskiej drugą córkę gen. Józefa Dowbor-Muśnickiego, Agnieszkę, która była członkiem antyniemieckiej Organizacji Wojskowej „Wilki”. Zginęła wśród 362 więźniów Pawiaka – w tym przedstawicieli polskiej elity politycznej, intelektualnej i kulturalnej. Śmierć ponieśli wówczas m.in. Maciej Rataj (ludowiec), Mieczysław Niedziałkowski (socjalista), czy biegacz Janusz Kusociński.

To pokazuje zbieżność celów obu okupantów Polski. W Palmirach takich potajemnych egzekucji było co najmniej 20, między grudniem 1939 r. a lipcem 1941 r. Pochłonęły ok. 1700 Polaków i polskich Żydów. Na polanę śmierci byli przewożeni ciężarówkami z warszawskich więzień i aresztów.
W pierwszych miesiącach okupacji kilkuset mieszkańców Warszawy zostało zamordowanych na tyłach gmachu Sejmu RP, w tzw. ogrodach sejmowych. Ale tych zbrodni na dłuższą metę nie udało się ukryć, stąd pomysł przeniesienia ich do puszczy.
Część egzekucji w Palmirach Niemcy przeprowadzili w odwecie za ucieczkę z więzienia Gestapo przy Al. Szucha (przez okno w toalecie, a następnie nie pilnowaną bramę) jednego z przywódców Polskiej Ludowej Akcji Niepodległościowej - Kazimierza Andrzeja Kotta 17 stycznia 1940 r.

Więźniowie pierwszych transportów nie wiedzieli, że jadą na śmierć. Niemcy dla odwrócenia uwagi wywozili ich na ogół o świcie, pozwalali zabrać rzeczy osobiste, paczki z żywnością, a nawet więzienny depozyt, czy dodatkowe porcje chleba. Później, gdy wiedza o zbrodni w Palmirach stała się powszechna, skazańcy wyrzucali z ciężarówek kartki ze swoimi imionami i nazwiskami, czy drobiazgi osobiste z nadzieją, że pozwoli to na odnalezienie ich zwłok.
Różnica między mordowaniem w Katyniu i Palmirami polegała w zasadzie tylko na tym, że sowieci strzelali z pistoletu w tył głowy, a Niemcy z broni maszynowej. Ciała spadały bezwładnie do wykopanych wcześniej zbiorowych dołów śmierci. Niemcy maskowali miejsca mchem i igliwiem, a potem sadzili tam młode sosny. Rodziny informowano o śmierci krewnego „z przyczyn naturalnych”, na ogół w wyniku ataku serca.
Mimo, iż oprawcy szczelnie zabezpieczali teren egzekucji, masowych zbrodni nie udało się utrzymać w tajemnicy. Miejscowa ludność widziała przejeżdżające ciężarówki, z okolic polany dobiegały strzały i jęki. Miejsca bezimiennych dołów oznaczali następnie – z narażeniem życia - leśnicy. Dzięki temu udało się po wojnie ekshumować i zidentyfikować dużą część ofiar.

Tadeusz Płużański