Kultura i historia

Łowca zbrodniarzy

Wielu zbrodniarzy często dożywało swoich dni w spokoju, często nie stając nawet przed sądem. Oczywiście zdarzały się spektakularne procesy, zwłaszcza zbrodniarzy z III Rzeszy to jednak wielu zbrodniarzy komunistycznych, o ile nie zginęli w partyjnych czystkach nigdy nie stanęli przed odpowiedzialnością za swoje czyny. Jednak i zbrodniarze działający w imię nazizmu unikali sprawiedliwości.

Nie oznacza to jednak, że wszystkim to się udało, pamiętamy na przykład o słynnym ,,łowcy nazistów”, Szymonie Wiesenthalu. Wydawałoby się jednak, że w XXI wieku poszukiwanie zbrodniarzy jest walką z wiatrakami. W końcu to to starsi ludzie liczący sobie około stu lat. Jednak książka, którą dzisiaj opiszę w tym felietonie pokazuje, że łowy na niemieckich zbrodniarzy nie zakończyły się w wieku XX i trwają do naszych czasów.

,,Łowca nazistów” autorstwa Efraima Zuroffa jest opisem działań autora dążących do postawienia sędziwych zbrodniarzy odpowiedzialnych za Holokaust przed wymiarem sprawiedliwości – w końcu określany jest ostatnim łowcą nazistów i przez to spadkobiercą Wiesenthala. Po śmierci swojego poprzednika w 2005 roku postanowił kontynuować jego dzieło. Rozpoczął on kampanię poszukiwawczą pod nazwą Operacja Ostatniej Szansy. Cel – znaleźć oraz osądzić nazistów, którzy ukrywają  przestępczą przeszłość.

Zuroff opisuje swoje łowy na nazistów. Nazwa ta, choć wielu oburza (choć często zapomina się, że nie tylko Niemcy działali w imię nazizmu. Warto o tym pamiętać, by nie doszło do absurdalnej sytuacji, w której będzie nam się wydawać, że tylko Niemcy odpowiadają za nazistowskie zbrodnie) jest w tym przypadku użyta we właściwym kontekście, bowiem wielu z opisanych w książce zbrodniarzy nie było Niemcami.

Zuroff opisuje ściganie Węgrów, Chorwatów, Serbów. Nie okazuje litości czy współczucia dla wieku zbrodniarzy, dążąc do postawienia ich przed wymiarem sprawiedliwości. Jednocześnie ubolewa nad zmową milczenia i chronieniem oraz bezkarnością zbrodniarzy. W pewnym momencie określa kim jest: ,,(…) w jednej trzeciej jestem historykiem, w jednej trzeciej prywatnym detektywem, a w jednej trzeciej dyplomatą, całość natomiast czyni ze mnie łowcę nazistów.” Warto też zauważyć, że Zuroffem kieruje chęć wymierzenia sprawiedliwości przede wszystkim za zbrodnie na Żydach.

Na przygotowanie merytoryczne książki nie mogę patrzeć tak jak zazwyczaj, gdyż jest to zbiór osobistych wspomnień i przeżyć. Nie jest to sucha praca naukowa, choć jak sam autor zaznacza nie pozwala, by zbrodniarze stali się jego obsesją.

 

„Łowca Nazistów”
Efraim Zuroff
Tłumaczenie: Daria Demidowicz-Domanasiewicz
Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie

Jeżeli podobają Ci się materiały publicystów portalu Prawy.pl wesprzyj budowę Europejskiego Centrum Pomocy Rodzinie im. św. Jana Pawła II poprzez dokonanie wpłaty na konto Fundacji SOS Obrony Poczętego Życia: 32 1140 1010 0000 4777 8600 1001. Pomóż leczyć ciężko chore dzieci.

WSZYSTKIE PRAWA DO TEKSTU ZASTRZEŻONE. Możesz udostępniać tekst w serwisach społecznościowych, ale zabronione jest kopiowanie tekstu w części lub całości przez inne redakcje i serwisy internetowe bez zgody redakcji pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

4 komentarze

4 Komentarzy

  1. Piotrx

    28 sierpnia 2018 at 22:49

    „naziści” , „Holokaust” znowu ciąg propagandowych haseł

    Jak napisała Hannah Arendt („Eichmann w Jerozolimie”):

    „Eichmann wspominał – a nie ma powodów, by mu nie wierzyć -Że Żydzi znajdowali się nawet wśród szeregowych czlonków SS, choć sam fakt żydowskiego pochodzenia takich ludzi jak: Heydrich, Milch, Hans Frank i in. był sprawą ściśle poufną – wiedziała o tym jedynie garstka ludzi. ”
    ….
    „Tysiące pół-Żydów zwolniono od wszelkich ograniczeń, czym można było wytłumaczyć rolę odgrywaną przez Heydricha i Hansa Franka w SS oraz role feldmarszałka Erharda Milcha w lotnictwie Goeringa, wiedziano bowiem powszechnie, ze Heydrich i Milch byli pół-Żydami, natomiast generalny gubernator Polski był przypuszczalnie stuprocentowym Żydem.”

  2. Piotx

    29 sierpnia 2018 at 21:20

    „OSTATNIA SZANSA” SZYMONA WIESENTHALA -Paweł Siergiejczyk Nasza Polska 31/2004
    Widmo krąży po Europie, widmo Wiesenthala – można by sparafrazować Marksa. To widmo krąży zwłaszcza po Europie Środkowej, która od niedawna jest częścią Unii Europejskiej. Trudno nie zauważyć tej zbieżności w czasie: półtora miesiąca po 1 maja Centrum Szymona Wiesenthala uruchomiło w Polsce infolinię, na którą można przekazywać donosy o ludziach współpracujących z nazistami w mordowaniu Żydów. Kilka tygodni później taka sama infolinia ruszyła na Węgrzech. Jednak w obu krajach akcja „Ostatnia Szansa” – bo taką nosi nazwę – rozwija się zupełnie inaczej.
    U nas przez kilka dni po ukazaniu się w mediach tej informacji trwała dyskusja, w której, co ciekawe, brali udział głównie Żydzi. Naczelnym obrońcą infolinii był Konstanty Gebert (znany też jako Dawid Warszawski), wspierany przez równie zajadłego w antypolonizmie Marka Edelmana. Natomiast ich adwersarzami mianowano Adama Michnika i Bronisława Geremka, który właśnie wybierał się do Strasburga, by objąć tam fotel szefa Parlamentu Europejskiego. Inni uczestnicy dyskusji pełnili raczej rolę pomocniczą, a spór skoncentrował się na problemie płacenia za donosy, jako że Centrum Wiesenthala obiecuje po 10 tys. euro za każdą cenną informację.
    Stachanowskie tempo wyszukiwania kolaborantów
    Pominięto z premedytacją problem zasadniczy: próbę zrzucenia na Polaków części odpowiedzialności za holokaust Żydów. Takiej intencji nie ukrywa zresztą dyrektor jerozolimskiego biura Centrum Wiesenthala i koordynator całej akcji, Efraim Zuroff: – Polacy mogą być dumni z działalności Żegoty, konspiracyjnej organizacji powołanej dla ratowania Żydów, a także z heroizmu Polaków Sprawiedliwych Wśród Narodów Świata. Jednak smutna prawda jest taka, że inni liczni Polacy uczestniczyli w zagładzie swoich żydowskich sąsiadów, a wielu z nich pomagało nazistom w dziele zagłady – temu należałoby uczciwie stawić czoła. Polacy woleliby oczywiście, żeby ich kraj był postrzegany jako jedyna w świecie ofiara nazistów, jednak nie jest to cała prawda – sprawą pierwszorzędnej wagi jest to, by dostrzec cały historyczny obraz („Gazeta Wyborcza”, 25.06.br.).
    Już po miesiącu działania infolinii opinia publiczna mogła poznać jej pierwsze efekty: 22 lipca Polska Agencja Prasowa, powołując się na Zuroffa, podała, że w tym czasie zadzwoniło kilkadziesiąt osób i opowiadało o zdarzeniach, które w większości miały miejsce w Polsce centralnej, głównie we wsiach i małych miasteczkach. Centrum Wiesenthala wytypowało z tego dziesięć spraw, z czego w dwóch przypadkach podejrzani już nie żyją. W ten sposób w ciągu zaledwie miesiąca Polska dorobiła się ośmiu „nazistów” – tempo zaiste stachanowskie!
    Węgrzy zabronili
    Inny obrót przybrały wypadki na Węgrzech. W zeszłym tygodniu tamtejszy rzecznik praw obywatelskich Attila Peterfalvi uznał, że akcja „Ostatnia Szansa” jest niezgodna z węgierską ustawą o przekazywaniu danych osobowych, ponieważ informacje zebrane dzięki infolinii miałyby być przekazywane do Izraela. Po oświadczeniu rzecznika zrezygnował z funkcji węgierski przedstawiciel Centrum Wiesenthala Ivan Beer, jednak Efraim Zuroff zapowiedział kontynuowanie akcji, gdy tylko znajdzie nowego przedstawiciela. Zuroff dodał przy tym, że za krytyką akcji stoi skrajna prawica, która nie chce naświetlenia kolaboracji Węgrów z nazistami.
    Na węgierskie problemy z infolinią błyskawicznie zareagowała „Gazeta Wyborcza”, cytując opinię polskiej generalnej inspektor danych osobowych Ewy Kuleszy: – Przekazywanie danych przez osoby prywatne (a nie biura) nie jest sprzeczne z polską ustawą o ochronie danych osobowych ani też z węgierską. To tak, jakby zabronić ludziom wysyłania listów. Myślę, że nastąpiło jakieś przekłamanie słów węgierskiego rzecznika („GW”, 27.07.br.). Okazuje się więc, że pani Kulesza zna węgierskie prawo lepiej niż rzecznik praw obywatelskich Węgier! Ale być może musi ona tak mówić, żeby zatrzeć „złe wrażenie” po wypowiedziach swojego męża, prof. Witolda Kuleszy, wiceprezesa IPN, który w połowie czerwca otwarcie krytykował pomysł infolinii i przypominał, że Polska jako jedyny kraj w Europie Wschodniej zawsze konsekwentnie ścigała zbrodnie ludobójstwa.
    Bardzo przyzwoity człowiek?
    Dwuznaczna atmosfera, jaka otacza akcję „Ostatnia Szansa”, sprawiła, że Władysław Bartoszewski, aktualny przewodniczący Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego, poczuł się w obowiązku oświadczyć, iż powiązanie nazwiska Wiesenthala z taką metodą szukania zbrodniarzy wojennych czyni krzywdę temu 95-letniemu, bardzo przyzwoitemu człowiekowi, oddanemu sprawie tolerancyjnego współżycia narodów, byłemu obywatelowi polskiemu („Rzeczpospolita”, 17.06.br.).
    Formalnie Bartoszewski ma rację, gdyż Szymon Wiesenthal jeszcze w kwietniu 2003 r. oświadczył, że przechodzi na emeryturę i od tej pory zajmuje się już tylko przyjmowaniem kolejnych laurów, spośród których najnowszym jest tytuł szlachecki, przyznany mu przez brytyjską królową. Ponieważ jednak Wiesenthal nie jest Brytyjczykiem, więc nie może się tytułować „Sir Simon”, lecz może używać tytułu „Rycerz Imperium Brytyjskiego”. Przy tej okazji przypomnijmy, że równe 10 lat temu Wiesenthal gościł w Polsce, gdzie otrzymał od prezydenta Wałęsy Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski, zaś na Uniwersytecie Jagiellońskim – doktorat honoris causa.
    Jednak nazywając założyciela Centrum bardzo przyzwoitym człowiekiem, Bartoszewski nie mówi prawdy. Znać przecież musi jego życiorys i szczegóły jego „myśliwskiej” działalności, ponieważ od kilkudziesięciu lat niemal zawodowo zajmuje się on „pojednaniem polsko-żydowskim” i rozpamiętywaniem żydowskiej martyrologii. Na szczęście prawda o Wiesenthalu została u nas znakomicie opisana przez nieżyjącego już płk. Tadeusza Bednarczyka, który podczas okupacji był pełnomocnikiem AK ds. pomocy gettu warszawskiemu. W książce pt. Wiesenthal contra Waluś, Demianiuk i inni – meandry sprawiedliwości w USA (Wyd. Ojczyzna, Warszawa 1997) Bednarczyk szczegółowo przeanalizował całe życie „łowcy nazistów”, dowodząc jego współpracy z wieloma wywiadami: przed wojną – z polskim, w czasie wojny – z sowieckim i niemieckim, po wojnie – z amerykańskim i izraelskim.
    Był agentem gestapo
    Oczywiście oficjalni biografowie – czy raczej hagiografowie – Wiesenthala milczą na ten temat, ale nawet w ich „dziełach” można znaleźć wiele poszlak, które potwierdzają tezy polskiego autora. Tadeusz Bednarczyk wyliczył też całą serię „cudów” w wojennym życiorysie swojego bohatera, któremu zawsze udawało się ujść z życiem, mimo iż dookoła masowo ginęli jego rodacy. Z tych „cudownych ocaleń” doświadczony żołnierz AK wyciąga zasadniczy wniosek: Wiesenthal był agentem gestapo, co – wbrew pozorom – wśród Żydów nie było rzadkością. Nie jest to zresztą teza nowa, bo jeszcze w latach 70. o współpracę z gestapo oskarżył Wiesenthala ówczesny kanclerz Austrii (żydowskiego pochodzenia!) Bruno Kreisky, odpowiadając w ten sposób na kłamliwe oskarżenia o zbrodnie wojenne pod adresem członków jego rządu.
    Kłamliwe oskarżenia są zresztą od pewnego czasu „specjalnością” Centrum Wiesenthala. Warto zauważyć, że przez pierwsze kilkanaście lat po wojnie instytucja ta ścigała ewidentnych zbrodniarzy niemieckich (na czele z Adolfem Eichmannem, porwanym z Argentyny przez Mosad i skazanym w Izraelu na karę śmierci) i za tę działalność płk Bednarczyk wyraził w książce swoją wdzięczność. Jednak od lat 70. Centrum skupia swoją uwagę na przedstawicielach innych narodów, które w różnym stopniu albo nawet wcale nie kolaborowały z Hitlerem. Dlatego wśród „ściganych” było coraz więcej osób z Europy Środkowej i Wschodniej, a jeżeli już atakowano jakichś Niemców, to głównie Austriaków, co zresztą spowodowało poważny konflikt kanclerza Kreisky’ego z Wiesenthalem i o mało nie doprowadziło do usunięcia jego Centrum z Wiednia, gdzie ma ono swoją siedzibę od 1961 r.
    Tę zmianę „strategii myśliwskiej” płk. Bednarczyk wiązał z umową podpisaną w 1952 r. przez kanclerza Niemiec Konrada Adenauera i prezydenta Izraela Chaima Weizmanna, na mocy której RFN zobowiązała się zapłacić kilkadziesiąt miliardów marek odszkodowania za holokaust Żydów. W ten sposób Niemcy „wykupili się” od odpowiedzialności za tę zbrodnię, a ponieważ „holokaust-biznes” jest dla żydowskiej elity zbyt dochodowym przedsięwzięciem, aby miała z niego rezygnować, toteż postanowiono przerzucić niemieckie winy na inne, słabsze narody.
    Trudno inaczej interpretować taką sprawę, jak oskarżenie polskiego emigranta mieszkającego w USA, Franciszka (Franka) Walusia, który w czasie wojny został wywieziony na roboty przymusowe do Niemiec, o to, że był… oficerem SS i mordercą Żydów. Trwający kilka lat (1977-1980) proces przeciwko Walusiowi ukazał nie tylko bezczelność Wiesenthala, ale i jego potężne wpływy w aparacie wymiaru sprawiedliwości USA. Np. żydowscy sędziowie uporczywie nie dopuszczali niemieckich dokumentów potwierdzających kilkuletnią pracę Polaka w Rzeszy. Sprawa była jednak tak ewidentna, że w końcu oskarżenie musiało zostać odrzucone, ale kilku lat poniżenia i ogromnych kosztów procesu nikt Walusiowi nie zwrócił.
    Sprawa Demianiuka
    Kilka lat później podobne nieprawdziwe zarzuty Wiesenthal postawił Johnowi Demianiukowi, Ukraińcowi mieszkającemu w USA, oskarżając go, że był sadystycznym strażnikiem „Iwanem Groźnym” w obozie w Treblince (prawdziwy „Iwan Groźny” został zabity jeszcze w czasie wojny). Sprawa Demianiuka odbiła się szerokim echem w świecie, ponieważ został on wydany sądowi izraelskiemu i skazany na karę śmierci. Jednak w 1993 r. uniewinnił go Sąd Najwyższy Izraela, a sędziowie amerykańscy orzekli, że Departament Sprawiedliwości USA ukrył dowody, które pomogłyby oskarżonemu bronić się przed deportacją z tego kraju w 1986 r.
    Sprawy Walusia czy Demianiuka były tylko pojedynczymi przypadkami akcji udowodniania tezy, że Słowianie mieli równy, a nawet większy udział w mordowaniu Żydów niż Niemcy. Teraz jednak, gdy sam Wiesenthal cieszy się spokojnym życiem emeryta, jego wychowankowie mają „Ostatnią Szansę”, by udowodnić tę tezę na skalę masową i w ten sposób utrwalić swoją „jedynie słuszną” wizję holokaustu dla przyszłych pokoleń.

  3. Piotrx

    29 sierpnia 2018 at 21:21

    „Firma Wiesenthal”

    Tadeusz Bednarczyk

    Fragment książki „Wiesenthal contra Waluś, Demianiuk i inni” – Warszawa 1997

    Szymon Wiesenthal lub Simon Wiesenthal. Kim on jest naprawdę? Odnośnie nazwiska, pisał się w Polsce przed wojną Szymon Wiesental. Zmienił pisownię imienia i dodał literę h do nazwiska na początku lipca 1941 r. podczas hitlerowskiej okupacji Lwowa. Urodził się tuż przed północą, 31 grudnia 1908 r., w galicyjskim miasteczku Buczacz, mającym wtedy około 9 tysięcy mieszkańców, w tym 6 tysięcy Żydów, 2 tysiące Polaków i tysiąc Ukraińców. Ojciec jego byt kupcem handlującym słodyczami i jak wszyscy miejscowi Wschodni Żydzi, był ortodoksem. Chasydyzm i jego mistycyzm szerzył się w południowo-wschodniej Polsce od czasów rabi Nachmana z Brastawia, zmarłego w 1810 r. Rodzina Wiesentalów należała do zamożniejszych w miasteczku. Szymon rósł w cieple rodzinnym jako pupil. Miał niespełna sześć lat, gdy wybuchła wojna światowa 1914 roku. Jego ojciec wzięty do wojska był na froncie wschodnim, służył w komórkach austriackiego wywiadu. Zginął podczas nagłych ofensywnych wypadów rosyjskich w 1915 r. Wtedy też wielu Żydów, a szczególnie tych, którzy pochodzili z dawnych terenów polskich przejętych przez Rosję, uciekło na Zachód. Uciekła i matka Szymona, wraz z jego młodszym bratem i osiadła w Wiedniu, gdzie Szymon przez dwa lata chodził do szkoły. Tu uzyskał znajomość języka niemieckiego, używa go do dziś. W Galicji posługiwał się językiem polskim i żydowskim – czyli jidisz, będącym zniekształconą wersją języka niemieckiego.
    W 1917 r. po oswobodzeniu przez Niemców wschodniej Galicji matka z synami powróciła do Buczacza. Szymon zaczął uczęszczać do miejscowego gimnazjum. W latach 1918-1920 Buczacz cierpiał na trudności zaopatrzeniowe, żywnościowe, gdyż na tych terenach trwały zbrojne starcia z Ukraińcami, z Rosją. Wreszcie nastał pokój. Szymona interesowała tylko nauka. Uczył się dobrze. Już w gimnazjum stała się widoczna jego przyjaźń i miłość z Cylą Muller, rówieśniczką i koleżanką szkolną. Znajomi przepowiadali, że ci dwoje staną się małżeństwem. Tymczasem w 1925 roku nastąpiło rozstanie, gdyż matka Szymona wyszła ponownie za mąż, za właściciela cegielni w miejscowości Dolina na Podkarpaciu i przeprowadziła się tam. Były tu piękne okolice. Ich uroki Szymon odkrywał w licznych wędrówkach pieszych, a nawet i konnych. W 1928 roku zdał maturę. Nie dostał się na Politechnikę Lwowską, a będąc dobrze sytuowany, wyjechał na studia do Pragi Czeskiej, do Wyższej Szkoły Technicznej. Chciał być architektem. W Pradze nauka szła mu słabo, przez cztery lata nie zdołał w pełni ukończyć szkoły i w 1932 roku wrócił do Lwowa. Narastał światowy kryzys ekonomiczny, odbiło się to i na Polsce. Skończyły się pieniądze na jego studia. W Pradze prowadził dość wesołe życic towarzysko-kawiarniane. Było to kosztowne, nie starczały domowe apanaże. Nawinęło mu się wygodne źródło łatwych dochodów- zaczął pracować na rzecz polskiego II Oddziału, wywiadu. Koledzy go nie lubili. Szybko się zorientowali w jego powiązaniach i zaczęli go unikać jako szpiega i donosiciela. Praca w polskim wywiadzie będzie dla niego dobrą szkołą i doświadczeniem dla powojennej działalności. W pracy wywiadowczej Wiesental działał zapewne głównie na odcinku ukraińskim, gdyż takie było duże zapotrzebowanie Oddziału II. W Czechosłowacji usadowiła się bowiem główna baza wywiadu i dywersji ukraińskiej na Polskę, ze szczególnym uwzględnieniem Galicji. Nacjonaliści ukraińscy spod znaku UWO – Ukraińska Wojskowa Organizacja – właśnie w Czechosłowacji zorganizowali antypolskie ośrodki za pieniądze niemieckiej Abwehry. Do tej dywersyjnej roboty poza UWO wciągnięta była i młodzież ukraińska studiująca w Czechosłowacji, a zorganizowana w nacjonalistycznej organizacji SUNM — Sojusz Ukraińskiej Nacjonalistycznej Młodzieży. Robotę tę od 1929 r. kontynuowała OUN – Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów powstała w Pradze Czeskiej z połączenia się kilku organizacji nacjonalistycznych, w tym też UWO, SUNM, LUN i inne. Przywódcą OUN był Ewhen Konowalec z siedzibą w Berlinie. Galicja Wschodnia w okresie międzywojennym była podminowana sabotażem i dywersją ukraińską. Długa i górzysta granica ze Słowacją ułatwiała przenikanie do Galicji szpiegów i dywersantów ukraińskich, nawet legalnie w ramach małego ruchu granicznego. Rozpoznawanie tych szpiegów było pilną robotą polskiego wywiadu. Wiesental do tego się nadawał, gdyż mieszkał długo w miejscowości Dolina w pasie nadgranicznym, miał duże znajomości z Ukraińcami. Do tego Ukraińcy, oprócz oderwania wschodniej Galicji od Polski, głosili hasła wypędzenia i wymordowania w Galicji Polaków i Żydów, co w szerokiej praktyce wprowadzili w czyn podczas II wojny światowej u boku hitlerowców. Zatem wobec Wiesentala polski wywiad miał 2 argumenty: pieniądze dla weselszego trybu życia oraz ideowość i samoobrona Żyda wobec ukraińskich gróźb eksterminacyjnych. W tych warunkach został on agentem polskiego wywiadu przez 4 lata na terenie Czechosłowacji, a od jesieni 1932 r. także w Polsce, we Lwowie. Tutaj zapisał się na 5 semestr Politechniki. Nauka nadal mu nic szła, nic ukończył studiów. Mimo to, w 1033 roku założył we Lwowie własną firmę budowlaną. Zajmował się głównie budową willi. Wrócił też do swojej wybranki. W 1936 roku ożenił się z Cylą Muller. Choć to mało logiczne, ale był on sympatykiem niemczyzny (było to chorobą inteligencji żydowskiej), okazywał ją stale. Z radością powitał zajęcie Sudetów przez Niemcy, a następnie całych Czech. Wyrażanie takich sympatii nie szkodziło mu na terenie Lwowa, gdyż z jednej strony sanacyjna Polska kontynuowała fatalną politykę ministra Becka nieżyczliwości dla Czechów, a z drugiej – miał on nadal kontakty i poparcie miejscowych organów II Oddziału (Samodzielny Referat Informacyjny D.O.K. IV). Wywiad mu pomógł — zezwolono Wiesentalowi prowadzić firmę projektowo-budowlaną, chociaż nie miał dyplomu inżyniera. Żył wtedy w dobrobycie, wykazywał zarobki rzędu 800 zł miesięcznie. Wywiad ułatwiał mu okolicznościowe wyjazdy do Pragi Czeskiej, byt więc w stałej z nim współpracy.
    Nadeszła II wojna światowa. Dnia 21 września 1939 r. wojska radzieckie zajęły Lwów. W nowej sytuacji Wiesental umiał się znaleźć. Jako wieloletni mieszkaniec i do tego zamożny, miał dobre rozeznanie wśród polskiego środowiska zamożnych obywateli i grup politycznych. Dostarczał więc władzom informacji o grupach prawicowych, (stał się wtedy łowcą endeków), oraz o ludziach z zamożnego mieszczaństwa i partii politycznych. Wszyscy wskazani przez niego ludzie, zostali jako element niepożądany, wywiezieni do pracy na Syberię. Władze radzieckie do niepożądanych zaliczyli też i zamożne mieszczaństwo żydowskie, oraz wolne zawody. Tych też wywieziono. Wiesental został, jego rodziny nie wywieziono, choć należał do tej kategorii. W szeregu cudów na jego drodze życiowej to cud pierwszy. Wiesental nie tylko ocalał, ale dostał dobrą pracę technika i mógł kontynuować studia na Politechnice. Najwidoczniej stał się faworytem nowej władzy-jej agentem. Zarobki jego miały wtedy wynosić 1500 rubli miesięcznie. Dużo-sam tak podał. Sporną sprawą jest jego dyplom i tytuł „dyplomowany inżynier architekt”. Jesienią 1939 r. nie miał ukończonej Politechniki. Według jego wyjaśnień jakie w 1980 roku złożył w wytoczonej mu w sądzie wiedeńskim sprawie karnej o nieprawne używanie tego tytułu (przy okazji obmówił Polaków, jakimi to byli antysemitami, bo z ogólnej ilości Żydów w Polsce 10%, to tylko 10% mogło studiować, ale na medycynie i architekturze było jeszcze gorzej, dlatego studiował w Pradze; podobnie zresztą przy innych okazjach obmawiał Rosjan, potępiał komunizm) złożył pracę dyplomową w czerwcu 1940 r., był to projekt budynku ambulatorium tuberkulozy, a w lipcu 1940 r. ponoć uzyskał dyplom, jak sam oświadczył. Ukończenie Politechniki potwierdził mu dnia 14.1.1949 r. rektor Politechniki w Gliwicach, która przejęła lwowskie dokumenty. Tu nasuwa się następująca niejasność: dlaczego mając przyznany dyplom w lipcu 1940 r. nie odebrał go do lipca 1941 r. i zachował indeks studencki? Politechnika Gliwicka potwierdziła mu dyplom na podstawie listy absolwentów promowanych. Ale kiedy powstał ten ostateczny zapis? Czynie w końcu czerwca 1941 r. tuż przed wkroczeniem wojsk niemieckich, gdy w takiej sytuacji dobrotliwi profesorowie zamykali formalnie sprawy swoich absolwentów? Nie można dostać dyplomu nie oddając indeksu. To jest już drugi cud w życiorysie Wiesentala! Łatwość, z jaką zrobił z siebie dyplomowanego inżyniera, ma swoje wcześniejsze wcielenia. Już przy ul. 3 Maja 36, gdzie miał swoje biuro, bez żenady reklamował się na dużym szyldzie —„Szymon Wiesental Architekt”. Zatem przed ukończeniem Politechniki kazał się już tytułować architektem – z ustnym dodatkiem inżynier, zupełnie nie przeszkadzało mu to, że bezprawnie. Tytuł podbudowywał jego biznes, był więc potrzebny i pomocny dla wzmacniania zaufania u klientów. W życiorysie Wiesentala spotykamy informację o wysłaniu go w roku 1940 do Odessy, na jakiś kurs. Co to za kurs? Jakiego wtajemniczenia? Ile trwał? Kto płacił? W każdym razie musiał Wiesental mieć jakieś „uznane zadania”, bowiem nadal cieszył się poparciem władz sowieckich; zwykłego obywatela, nie agenta, nie wysłanoby. Wiesental – mówi jedna z pogłosek – 24 września 1939 roku zastrzelił we Lwowie, będącego w cywilnym przebraniu polskiego kapitana Adama Zwierzchowskiego (relacja Fr. K.). Ten fakt ustawiałby go jako ważnego agenta władz policyjnych, upoważnionego do posiadania broni. Dobrze powodziło się Wiesentalowi we Lwowie aż do wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej i wkroczenia do Lwowa Niemców i Węgrów jako sojuszników Hitlera. Wówczas dodał sobie do nazwiska literę h, skrócił imię na Simon i udawał Austriaka. Ominęła go dzięki temu niemiecka trzydniowa masakra polskiej inteligencji, ominęły go szykany antyżydowskie. Aż nagle 6 lipca 1941 roku został aresztowany i osadzony w więzieniu w Brigitkach. Sam Wiesenthal nie precyzował, kto go aresztował. Wiadomo jednak, że aresztowała go ukraińska policja. Siedział wraz ze swym przyjacielem Grossem. Ukraińcy wówczas przez tydzień masowo rozstrzeliwali aresztowanych Żydów i Polaków. Jego i Grossa – nie. I nagle jak szybko aresztowany, tak szybko został wypuszczony. Czyżby nie mieli podejrzeń o jego współpracy z polskim wywiadem? To jest kolejny cud – trzeci w życiorysie Wiesenthala! Kto – co za ważna figura – był w stanie interweniować, aby wypuścić więźnia i to w gorącym, pierwszym tygodniu okupacji miasta? Kiedy leciały głowy tysięcy ludzi, polskiej inteligencji, profesorów, kogo by interesował jakiś niepełnego wykształcenia architekt i przy tym Żyd? Jedyne logiczne wytłumaczenie – mogła to być tylko policja niemiecka, nadrzędna nad ukraińską, znająca go, licząca na niego na przyszłość. Niemcy chronią Żyda? I to Żyda znanego z aktywności politycznej w okresie 1939-1941 ? Nieprawdopodobne! Ale to paradoks pozorny. A jednak, gdy sobie przypomnimy cztery lata Wiesenthala w Pradze Czeskiej, jego koneksje i znajomości niemieckie oraz węgierskie z tego okresu, jak manifestował swoją radość z upadku Czechosłowacji, to krąg podejrzenia można zamknąć. Wiesenthal już wtedy miał jakieś bliższe powiązania z Niemcami. Zatem był tajnym agentem na trzy strony – polskim, radzieckim i niemieckim. Którym prawdziwym? A no z perspektywy lat wynika, że tylko niemieckim, bo o Polakach, Rosjanach i Słowianach do dziś mówi z nienawiścią. Gdy o Niemcach – niezmiennie dobrze – choć szuka między nimi przestępców wojennych jako „Nazihunter” – łowca nazistów. Jest i druga wersja tego zdarzenia, sporządzona przez przyjaciół Wiesenthala, bajkowa. Otóż w więzieniu spostrzegł Wiesenthala ukraiński policjant Bodnar – z batalionu „Nachtigall” – i on uratował go razem z Grossem – znajomym Abrama Gancweicha. Według biografa Wiescnthala Wechsberga, Bodnar miał obmyślić następujące rozwiązanie: Bodnar melduje w więzieniu, że w Wiesenthalu i Grossie rozpoznał dwu rosyjskich szpiegów! (propozycja nie bez kozery), wtedy, wprawdzie na miejscu ich obiją, ale następnie zmuszeni będą kazać ich odprowadzić do ukraińskiego komisariatu na badania. I stało się według tego filmowego scenariusza. Wiesenthal ponoć stracił przy biciu dwa zęby. Bodnar – dawny pracownik „architekta” Wiescnthala – odprowadzając aresztowanych do ukraińskiego komisariatu, pozwolił im uciec -jak uszło mu to płazem? Która wersja prawdziwa? Najważniejsze są powtarzające się jego powiązania z policją radziecką. To już coś pewnego. Ale też powiązania z Niemcami, choć może się wydawać karkołomne, ale nic przy tak złożonej, przewrotnej osobowości Wiesenthala nie dziwi. Nie dziwi zwłaszcza gdyż wiadomo, że Gancweich i Gross to znani żydowscy agenci gestapo, działający na terenie G.G.
    10 lipca 1941 roku Wiesenthal zmuszony jest zgłosić się jako Żyd do urzędu pracy. Skierowany zostaje do pracy dla Niemców. W sierpniu tego roku został wyrzucony z mieszkania przez mundurowego Niemca i prostytutkę, którzy zabrali mu całe wyposażenie mieszkania. Wówczas przeniósł się z żoną i matką do getta. Z getta wzięto go do pracy w warsztacie naprawy lokomotyw kolei wschodnich -„Ostbahn”, gdzie pracował jako lakiernik. Pewnego dnia zauważył go szef warsztatu Reichsdeutsch, późniejszy prezydent Związku Kolei Niemieckich Henryk Guntert. Co było dalej opisuję w streszczonym przekładzie z zapisu zeznań, jakie Wiesenthal złożył w Sądzie w Wiedniu w grudniu 1980 roku. Szef, widząc jak on dobrze rysuje, spytał go jaką ukończył szkołę. Wiesenthal opowiedział, że szkołę zawodową. Pracujący obok robotnik powiedział, że Wiesenthal jest inżynierem. Szef zapytał go wtedy dlaczego skłamał? Odparł na to Niemcowi, że chyba wie, co stało się z inteligencją żydowską, dlatego ukrywa swój zawód. Szef go zapewnił, że w jego zakładzie prześladowania nie mogą mieć miejsca. Zawołał kierownika działu Rehberga (obecnie jest on w Głównej Radzie Zarządzającej Związku Niemieckich Kolei) i kazał włączyć Wiesenthala jako pracownika tych warsztatów. Sporządzał tam plany inżynieryjne, choć jako Żyd nie mógł ich podpisywać. Dzięki pomocy inż. Gunterta, dyrektora warsztatów kolei wschodnich Galicji – zeznaje Wiesenthal -właściwie przeżyłem. Nie musiałem ciężko fizycznie pracować jak inni. Cud to czwarty! Dalej było jeszcze ciekawiej. Kilku folksdojczów, którzy pracowali z nim w zarządzie oświadczyło, że nie mogą siedzieć razem z Żydem. Wtedy warsztaty dużo budowały, Wiesenthal byt bardzo potrzebny. Więc w biurze budowlanym pewnej współpracującej z koleją firmy wzięto jeden pokój specjalnie dla Wiesenthala. Odtąd siedział sam (jak dyrektor), a przełożeni donosili mu codziennie sprawy do załatwienia. Po wykonaniu pracy odnosił ją swoim szefom. Było mu cicho, spokojnie i bezpiecznie. 20 października 1941 roku został przerzucony z żoną do obozu pracy zwanego Janowskim (był on położony przy ul. Janowskiej we Lwowie), matka została w getcie, gdzie zginęła bez pomocy. Obóz Janowski, jak i inne, następne, Wiesenthal nazywa błędnie obozami koncentracyjnymi. Nie znaczy to, że były „architekt”, nie odróżnia obozu pracy od koncentracyjnego. Oznacza to co innego – że tym sposobem wytargował sobie w RFN wyższe odszkodowanie, za cięższe cierpienia, bo przebyte nie w zwykłym a w koncentracyjnym obozie pracy. Z powodu wielkiego natężenia robót w warsztatach naprawczych lokomotyw dla potrzeb frontu wschodniego, wprowadzono trzyzmianową pracę i skoszarowano w warsztatach stu Żydów, w tym i Wiesenthala. Żona pozostała w obozie. Z tym obozem, jego tam pobytem, jest mnóstwo wątpliwości, sprzeczności, znaków zapytania. A więc – miał Wiesenthal powiązania z polskim ruchem oporu, i to widać dobre, skoro dostawał pistolety, skoro w biurku swego szefa, inspektora Adolfa Kohirautza przechowywał w pracy własne dwa pistolety. W obozie była żydowska grupa bojowa pod dowództwem dr Michała Maksymiliana Borwicza (Boruchowicza), poszukująca kontaktów z Polakami przez Żydów, chodzących na zewnętrzne placówki pracy, by zdobyć przez nich broń, było to niebezpieczne – bojowcy przy tym ginęli, jak pisał o tym Borwicz. Borwicz to poeta, historyk losów obozu Janowskiego i w ogóle losów Żydów za okupacji, a w 1943 roku dowódca Oddziałów Bojowych PPS – czyli AK—w Miechowskim, zatem człowiek wybitny i ideowy. Czy Borwicz jako inteligent nie szukałby współpracy z inteligentem Wiesenthalem? Wśród malej garstki ludzi, znających się wzajemnie doskonale? A skoro tego kontaktu nie było, to dlaczego? Dlatego może, że ludzie podziemnego frontu mieli podejrzenia o współpracy Wiesenthala z policją radziecką, albo jeszcze gorzej – o współpracę z Niemcami. Trzymanie się z dala od Wiesenthala nic wynikało przecież z moralnego potępienia go za egoistyczne porzucenie matki, bo egoizm wtedy w ocenach ogółu Żydów przestał być cechą ujemna, każdy ratował tylko siebie. Wiesenthal miał łatwe i dobre kontakty z polskim podziemiem, skoro nic tylko dostawał bezcenną wówczas broń – w tym 2 pistolety na własność, ale nawet otrzymywał inną znaczną pomoc. W 1942 roku przerzucono jego żonę do Warszawy. Ukrywała się przy ul. Topiel 5, aż do Powstania 1944 roku, pod nazwiskiem Irena Kowalska. Polski przyjaciel, Szatkowski, wyrobił jej papiery aryjskie i przywiózł do Warszawy. Był ich łącznikiem, odbierał jej listy i przynosił jemu, i odwrotnie. Postawę Wiesenthala wobec obozu Janowskiego należy zatem uznać za zdradę narodową, skoro nie współpracował z jego ruchem oporu, nie chciał mu pomagać. Na potępiające sądy nakładają się podejrzenia o jego znajomości z Abramcm Gancweichem, największym zdrajcą i gestapowcem żydowskim w całej GG, mającym stałą siedzibę w getcie warszawskim. Ten Żyd wysługujący się hitlerowcom był wypożyczony jako fachman również do Lwowa. Znajomość ta była powiązana przez jego przyjaciela Grossa, agenta gestapo.
    ….

  4. Piotrx

    29 sierpnia 2018 at 21:23

    cd…

    ….Jak opisał to dr Borwicz w książce pt. „ Uniwersytet zbirów” (wydanej w 1946 r. w Krakowie, przez Wojewódzką Żydowską Komisję Historyczną) – obóz Janowski, pod rządami Untersturmfuhrera Willhausa, był bardzo hermetyczny, uciec z niego było prawie niemożliwe. A udało się to Wiesenthalowi i jego żonie. To cud piąty! Żydów skoszarowanych, co pewien czas Willhaus odbierał i częściowo mordował, ogólnie wymordowano w tym rejonie około 200 tysięcy osób. Wiesenthal z żoną ocalał i Ostbahnwerke wyreklamowywały go do pracy. Wątpliwe, żeby reklamowano go tylko jako inżyniera. Za tym szyldem musiały kryć się inne jego usługi, natury sekretnej. Jak mogło być inaczej, skoro dwa pistolety Wiesenthal przechowywał w biurku bezpośredniego szefa, Kohlrautza… i za jego zgodą? Podkreśla bezkrytycznie ten moment i jego biograf Wechsberg, nie rozumiejąc, że jest to dowód przeciw Wiesenthalowi. … A może dowiemy się kiedyś, że dzielny Wiesenthal organizował z Kohlrautzem niemiecki ruch oporu? Niemiec – to też kuriozum – przekazywał mu komunikaty radia BBC. Kolejna wątpliwość i cud następny to sprawa ucieczki z warsztatów naprawczych. Według zeznania Wiesenthala złożonego w Sądzie (str. 13) uciekł on wiosną 1943 roku i ukrywał się we Lwowie w mieszkaniu Żydów, zameldowanych tam na aryjskich – polskich papierach. Ale przyszła na tę dzielnicę obława, Wiesenthal ukrył się w skrytce pod podłogą. Szczegółowa rewizja wykryła jego schowek i schowek dwojga znajomych. Niemcy wyciągnęli ukrytych – i nie zastrzelili ich na miejscu, jak było w zwyczaju a nawet w obowiązku, tylko normalnie odwieźli do obozu Janowskiego. Dlaczego? Szósty cud! Polega on na tym, że Wiesenthal, gdy został odkryty, po prostu zgłosił, ze jest agentem gestapo, powołując się na nazwisko zwierzchnika. Niemcy nie mogli go zastrzelić bez sprawdzenia i odstawienia do obozu. Dzięki temu uratował się i przy okazji uratował tych dwoje ludzi. Nic podaje ich nazwisk, bo może żyją i zeznawali by inaczej, niż on, ujawniliby jego gestapowskie alibi, i to dopiero byłaby wpadka! Inaczej przedstawia te wydarzenia biograf Wiesenthala, Wechsberg. Według niego jesienią 1943 roku, gdy tylko zaczęto deportować Żydów, do Wiesenthala zwrócił się Kohlrautz i powiedział: „Na co pan jeszcze czeka „. Wydał mu przepustkę do załatwienia spraw zaopatrzeniowych warsztatów i wysłał do miasta z ukraińskim policjantem, trochę głupkowatym. Wiesenthal po prostu mu uciekł i następnie ukrył u wzmiankowanej już rodziny. Rozbieżność w czasie – tam wiosna, tu jesień i to październik — nie ma wyjaśnienia. Bez dalszego ciągu jest historia dwu pistoletów — gdzie się podziały? Po co mu były, skoro się nimi nie posługiwał ? Ażeby uspokoić wątpliwości należy je złożyć do grobu. Tak też Wiesenthal uczynił. Podał Wechsbergowi, że wkrótce Kohlrautz-w głębi duszy hitlerowiec – zgłosił się dobrowolnie na front, uważając to za swój obowiązek i tam zginął. Siady zostały zatarte, natomiast pozostały bajki o takim hitlerowcu, który chce walczyć na froncie, a także potrafi spokojnie patrzeć na dwa pistolety w swoim biurku należące do Żyda i pomaga temu Żydowi żyć w spokoju, uciekać, ukrywać się, słucha radia BBC i przekazuje mu stamtąd komunikaty! W innej publikacji, dotyczącej tego samego epizodu w cudami słynącym życiorysie Wiesenthala podaje, że z bronią w ręku wyrwał się z obozu. To już absurd absurdalny! Następnie -wg zeznań sądowych (str. 14) -Wiesenthal wpadł w obozie w ręce referenta do spraw żydowskich w gestapo, nazwiskiem Waltke. Byt to sadysta, który go torturował, więc w rozpaczy podciął sobie żyły na rękach. I o dziwo, sadysta zamiast pozwolić Wiesenthalowi wykrwawić się i umrzeć – co przecież było jego celem – ratuje go, wiezie do szpitala. Po zakończonym leczeniu Wiesenthal przebywa nadal w więzieniu, spokojnie. Czyż to nie nowy, siódmy już cud! Sadysta niby chciał zabić, a nie zabił, a do tego ratował go, by mógł żyć, gdyż musiał on dla nich dalej pracować. Można też i inaczej interpretować zdarzenie – logicznie rozumując: widok krwawiącego Wiesenthala był właściwą reklamą wśród zwykłych więźniów – mogli go uważać za ofiarę gestapo, nabrać do niego większego zaufania, nie kryć się z tajemnicami, które on przekazywałby Niemcom. W tym więzieniu przesiedział spokojnie do połowy lipca 1944 roku, kiedy to nastąpiła ofensywa radziecka na Lwów. Wtedy SS-mani i gestapowcy zestawili grupę 50 Żydów i koleją przetransportowali ich do Przemyśla, skąd szli z nimi na piechotę w kierunku Sanoka, dalej do Grybowa i Gorlic. Tam budowali przeciwczołgowe zapory drogowe. Żydów tych nazywali swoim skarbem i tak też traktowali. Później, pod Nowym Sączem, pracowali przy umocnieniach polowych i antyczołgowych. I nagle pewnego dnia -jak dalej brzmi legenda – przybył do nich i znajdującego się obok obozu SS jakiś generał Wehrmachtu, rozwiązał zgrupowanie Żydów, odsyłając ich do obozu w Płaszowie, natomiast SS-manów wysłał na front odległy o kilka dni marszu. Działo się to ponoć 1 września 1944 r. Piękna ta opowieść rozmija się z realiami. Pierwsze — żaden generał Wehrmachtu nic mógł wtrącać się do SS i spraw obozów karnych i pracy. Drugie: do budowy zapór drogowych Niemcy nie używali więźniów, a dobrowolnych pomocników. Zatem Wiesenthal i tych 50 Żydów mogli być traktowani tylko jako pomocnicy dobrowolni, tzn. Hivis (Hilfs willige). Do Plaszowa przekazano ich nic 50 a 33. Czy reszta zginęła? Nie. Zostali tu przydzieleni do specjalnego komanda, które miało za zadanie rozkopać masowe miejscowe groby i ciała spalić.
    15 października, na skutek zbliżającego się frontu, rozpoczęło się stopniowe ewakuowanie obozu w Płaszowic, który Wiesenthal nazywa rozmyślnie mylnie obozem koncentracyjnym. Przesłano go do Oświęcimia (nie figuruje w jego kartotece), a po kilku dniach do obozu w Gross-Rosen. W tym obozie pracował na budowie – tu przez przypadek trafił do karnego komanda, którym kierował zawodowy przestępca, Vogel z Hamburga. Ten miał zwyczaj zabić codziennie jakiegoś więźnia kamieniem. Usiłował zabić też i Wiescnthala, tylko kamień wysuną} mu się z rąk i zamiast uderzyć w głowę, upadł na nogę, miażdżąc palec. I tu jawi się nowy szczęśliwy przypadek w życiu Wicsenthala – akurat wtedy podeszła grupka kontrolująca i uratowała go od powtórnego uderzenia kamieniem. Został odesłany na rewir, czyli do szpitala obozowego. Tam lekarz -więzień, nie mając ani potrzebnych narzędzi, ani lekarstw, obciął mu zmiażdżony palec zwykłymi nożyczkami. Nastąpiło wskutek tego zakażenie krwi, stopa spuchła, co później uleczono przecinając to miejsce nożem kuchennym. Zatem nowy, ósmy cud! A po prostu komisja to oficerowie polityczni, którzy uratowali Wiesenthalajako swojego człowieka, otoczyli opieką. Dzięki chorobie zwolnili Wiescnthala od cięższych robót. Więzień obija się, dobrzeje aż do początków stycznia 1945 roku, kiedy zagrożony obóz ewakuowano. Do Chcmnitz szli na piechotę, polami, lasami; dalej do Weimaru i aż do obozu koncentracyjnego w Buchcnwaldzie. Tysiące ludzi zmarło z zimna po drodze. Wiesenthal miał flcgmony na nogach, ale fizycznie czuł się dobrze, byt wypoczęty, dożywiony. 3 lutego Niemcy załadowali 3 tysiące więźniów i otwartymi samochodami ciężarowymi wieźli ich do Mauthausen przez sześć dni. Jego jako Jugosłowianina. Co jest nowym 9 cudem. Drogę tę biografowie szefa Dokumentationszentrum przedstawiają różnie. Sam Wiesenthal w zeznaniu sądowym podał, że w październiku 1944 roku przestano go do Oświęcimia, potem do Gross-Rosen, w połowie stycznia 1945 r. na piechotę do Drezna, skąd część więźniów wysiano do Buchenwaldu wraz z nim, gdzie był osiem dni i zabrano go z grupą do Mauthausen. Wszędzie rozbieżności w datach. A do tego pobyty w tych obozach koncentracyjnych są niesprawdzalne -Wiesenthal nigdzie nie figuruje (za wyjątkiem Mauthausen). Niemniej Wiesenthalowi zalicza się do martyrologii aż tyle obozów i dla ustalenia wysokiego odszkodowania mnoży cierpienia, z palcem u nogi włącznie. Tymczasem jego status więźnia budzi u wielu ludzi wątpliwości. Wielu uważało go za agenta gestapo, donosiciela, nawet za kapo w Mauthausen – wskazywał na to jego dobry, protekcyjny stan fizyczny. Taką informację osobiście przekazało Walusiowi kilku współwięźniów Wiesenthala. Wypowiedzi te są zarejestrowane. W normalniejszych układach, do nowego dziewiątego cudu należałoby zaliczyć znalezienie przez gestapowca, w drodze odwrotu ze Lwowa, pamiętnika Wiesenthala z negatywnymi wypowiedziami o gestapowcach i nie zastrzelenie go na miejscu. Gestapowiec nie mógł lekką ręką zastrzelić oddanego im współpracownika, kończyła się wojna i ich wpływy, więc potraktował te uwagi jako alibi szykowane sobie przez Wiesenthala na zbliżającą się nieznaną przyszłość. Dlatego go nie zastrzelił -jak to zrobiłby normalnie, ale to potwierdza bliskość jego powiązań z gestapo, jest to kolejne potwierdzenie tego wstydliwego faktu, agenturalności. Wszystkie cudowne uratowania wskazują, że był on faworyzowany i dożywiany jako tajny agent gestapo! Nie ma innego logicznego wytłumaczenia dla tyłu cudowności i „zbiegów szczęśliwych przypadków”, gdy dookoła ludzie ginęli tysiącami za byle drobiazg i z wyczerpania. Zresztą do powszechnej praktyki u Niemców należało organizowanie grup kolaboranckich, wtyczek, także w obozach i więzieniach. Zaś getta żydowskie wprost roiły się od różnej maści kolaborantów, od urzędników gminy po policjantów i specjalnych żydowskich gestapowców, nawet takich, którzy jak m.in. Hening mieli swoją kilkudziesięcioosobową grupę i gabinet w siedzibie gestapo w Warszawie. Nie mówiąc już o całej formacji żydowskich gestapowców, która w liczbie ponad 1000 osób występowała w getcie warszawskim pod nazwą „Żagiew”. I którą zwalczał ŻZW i OW-KB-AK przy moim udziale. Patrz Wielka Encyklopedia Powszechna hasło „Żagiew”. Oni mieli przydzielone służbowe pistolety, legitymacje koloru pąsowego z wpisanym numerem pistoletu służbowego… Dwa pistolety, jakie miał Wiesenthal u Kohlrautza, z powodzeniem mogły więc być jego bronią służbową, agenta gestapo i dlatego Niemiec je przechowywał. Jako architekt hohsztaplerki Wiesenthal jest genialny. Umiał pozbywać się ludzi sobie niewygodnych. Także usuwał ze swej drogi więźniów wiedzących o nim za dużo. Ukrywał w obozach na terenie rdzennych Niemiec swoje żydowskie pochodzenie, a nosił w Mauthausen literkę J czyli Jugosłowianin z Nr 127371. To pewne: nie mógł tego zrobić bez zgody Niemców. Co już można uważać za wprost koronny dowód, że byt agentem gestapo. Przy metodyczności Niemców nie mogłoby dojść do takiej pomyłki. Byt zaplanowany jako agent do tych obozów, jako wtyczka, więc musiał zmienić skórę na Jugosłowianina. Hitlerowcy nie tylko takie maskujące numery organizowali swoim zaufanym Żydom. Np. w Warszawie, po tzw. aferze Hotelu Polskiego i wyłapaniu – pod pretekstem wypuszczenia zagranicę – 2 do 3000 Żydów z paszportami zagranicznymi – z których większość została wymordowana – Niemcy wysłali na drugą półkulę kilkunastu swoich żydowskich agentów ze zdobytymi paszportami obywateli Ameryki Południowej, dla szerzenia tam dezinformacji o losie Żydów w Polsce. Żyją tam do dziś, podobnie jak inni znani kolaboranci: Adam Żurawin w USA, czy Hilfstein i Weichert w Izraelu. Tylko nie powiodło się agentowi Eichmanna, Rudolfowi Kastnerowi z Węgier, bo oburzony na taką bezkarność zastrzelił go w Izraelu Michael Grunwald. Wiesenthal ocalał. Dalsze losy Wiesenthala kształtują się już na wolności, szerzej opisałem je na początku tej książki w formie wprowadzenia do tematu. Zostaje on oswobodzony z Mauthausen przez czołgi amerykańskie 5 maja 1945 r. Po dojściu do równowagi psychicznej i częściowo fizycznej -jak powiada-zgłosił się do biura Komisji Przestępców Wojennych i zaofiarował swoje usługi. Amerykanie przyjęli go. W następnych miesiącach zbierał materiały dowodowe przestępstw, które wkrótce zostały wykorzystane przez Sąd Wojskowy USA przy procesie przestępców wojennych z Dachau. Ponieważ Mauthausen należało do sfery okupacyjnej sowieckiej, więc jego grupę poszukiwawczą przeniesiono do Linzu, do strefy amerykańskiej. Wtedy też wielu Żydów, więźniów z Mauthausen, zbierano w miasteczku Leonding w pobliżu Linzu, dając im na mieszkanie budynek miejscowej szkoły, w której akurat kiedyś uczył się Adolf Hitler. Wiesenthal mieszkał tam wraz z innymi, spali na łóżkach polowych. Do południa pracował on u Amerykanów, a po południu w nowo powstałym Komitecie żydowskim w Linzu. Od mieszkańców tego schroniska zbierał relacje dowodowe, opisy fiziognomii i wyczynów poszczególnych gestapowców. Ludzie ci byli rozbitkami, bezwolni, nie wiedzieli co z sobą zrobić, wszyscy schorowani. Wszelka łączność ze światem była utrudniona, telefony tylko dla wojska, kolej zdezelowana, wagony bez szyb. W takich okolicznościach Wiesenthal rozpoczął poszukiwania żony. Jego żona tymczasem ściągnęła do Krakowa, gdzie wypytywała o męża. Zatrzymała się u dr. Bienera. Bojąc się jechać do Polski (dlaczego? czy to strach polityczny i sumienia?) Wiesenthal posłużył się pośrednikiem – dr Weisbergiem. Oprócz oporów wewnętrznych przed podróżą do Polski, zaistniał o wiele silniejszy powód – kapitan, jego zwierzchnik z „amerykańskiej tajnej służby” (czyli wywiadu), odmówił przepustki na taki wyjazd (czyżby ostrożność?). FelixWeisberg odnalazł żonę Wiesenthala i przywiózł do Linzu. Podam w tym miejscu dane personalne Wiesenthala i jego żony Cyli wg arkusza jego starań o zapomogę, z datą 16 I 1949 r. i obok drugiej -z 31.1Z.1948 gdyż różnią się one u jego żony z dotychczasowymi danymi. A więc obywatelstwo-Polak, Żyd, on urodzony 31.12.1908, ona 9.8.1908 r. w Buczaczu-Polska, zaś córka Paulina Rosa ur. 5.9.1946 r. w Linzu-Austria. Swoją działalność zawodową Wiesenthal przedstawił następująco- 1933-1939 kierownik budowy z pensją 800 zł miesięcznie w stolarskiej fabryce budowlanej we Lwowie – Polska. XII 1939- IV 1940 r. architekt – 1500 rubli mieś. – Rosja-Odessa. Zatem nie podał, że miał szyld architekta przed wojną – czyli bezprawnie, a tylko że jako architekt pracował w Odessie. Podał się też jako architekt w okresie IV 1940 – 30 VI 1941 r. – Lwów – Polska 30 VI 1941 – 20. XI 1941 bez pracy – Lwów – Polska – (rzekomy) obóz koncentracyjny. 20 XI 1941 – 2 X 1943 r.-obóz koncentracyjny (?) -Lwów-Polska i ucieczka 2 X 1943-III 1944 r. partyzant w lesie, walczył przeciw Niemcom (?!?) III 1944 _VI 1944 w kryjówce we Lwowie-Polska. 13 VI 1944-5.5.1945 r.-w obozach koncentracyjnych w Oświęcimiu, Gross-Rosen, Buchenwaldzic i Mauthausen. Tu muszę od razu sprostować w oparciu o dokument Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Genewie z dnia 24.V 1976 r., w oparciu o dokumentację w Arolsen, że był on w obozach koncentracyjnych tylko w Gross-Rosen w okresie od 15 X 1944 i miał numer 74555, a od 14/15 II 1945 r. w Mauthausen z Nr 127371, oswobodzony 5 V 1945 r. Dalsze dane personalne podane przez Wiesenthala: 1928-1932 Czeska Wyższa Szkoła Techniczna w Pradze – bez danych ojej ukończeniu, 1934-1939 Politechnika we Lwowie w Polsce, dyplom – inżynier architekt. Żona – 1920-1928 matura. Żona pracowała 1933-1939 jako kasjerka w magistracie we Lwowie z pensją 300 zł mieś. (coś za dużo, bo ja jako urzędnik państwowy – referent skarbowy IX grupy, powyższych studiach, miałem 220 zł mieś.). Dalej 1939-1941 -gospodyni domu. X 1941-VIII. 1944 r. robotnica w warsztacie radiowym w Warszawie w Polsce – Generalna Gubernia z pensją 300 zł mieś. Dlaczego nie podał, że była w getcie we Lwowie, dlaczego dziejopisowi podał przerzucenie żony do Warszawy dopiero w 1942 r. ? Zabrana z Powstania Warszawskiego p. Cyla pracowała przymusowo od VIII 1944 do 17 IV 1945 r. jako robotnica w fabryce amunicji w Solingen w Niemczech. A od 17 IV 1945 r. w gospodarstwie domowym. Podał w tej ankiecie, że cały majatek stracił w Polsce i że chce jechać do Izraela, gdzie w Tel-Awiwie ma szwagra, MordechajaAssama. Ówczesny zarobek miesięczny w Austrii określił na kwotę 1000 szylingów. Swoją ostatnią funkcję podał — od 5.5.1945 do dnia obecnego (I 1949 r.) wiceprzewodniczący Żydowskiego Centralnego Komitetu na strefę amerykańską-Linz -Austria, skąd ma tę pensję 1000 szyl. Zanim przejdę do opisu dalszych wydarzeń z drogi życiowej Wiesenthala, chcę zakończyć posiłkowanie się stenogramem rozprawy sądowej w Wiedniu w dniu 5 XII 1980 r. w sprawie bezprawnego używania przez niego tytułu „ dyplomowany inżynier architekt”. Wyjaśniono mu, że do używania tego tytułu dyplom winien być nostryfikowany w Austrii, zatem używany był bezprawnie. Natomiast co do prawa powoływania się na posiadanie dyplomu architekta Politechniki Lwowskiej, sprawę odroczono do czasu zbadania podobnych przypadków u świadków, którzy z nim kończyli Politechnikę. Zatem będzie na tę okoliczność przesłuchiwany m.in. jako świadek dypl. inżynier Seev Porat, główny architekt miasta Tel-Aviw, zamieszkały tamże przy ul. Maże 32, gdyż nie uznano zaświadczenia o dyplomie, ale bez dyplomu.
    * * *
    Rozgłos Wiesenthal osiągnął wielki. Ale czy w pełni sprawiedliwy i zasłużony? Różnych medali honorowych i dyplomów z całego świata otrzymał ponad 20. Otrzymał 10 (dane sprzed 10 lat) doktoratów honoris causa, w tym trzy z USA- z żydowskich college’ów. Przy tym jedno odznaczenie wręczal mu osobiście (w 1980) prezydent Carter. Był to medal Kongresu za wyłapywanie przestępców wojennych; wtedy też Carter dał polecenie przyspieszenia postępowania śledczego przeciw takim przestępcom, pomagając tym zniszczyć wielu ludzi, m.in. Walusia. Wiesenthal, gdy w 1979 r. dostał humanitarną nagrodę, otrzymał dziesiątki listów od najwybitniejszych osobistości świata. Była to nagroda Fundacji Cantora w USA, w Beverly Hilis. Listy przysłali m.in. prezydent Carter, wice prezydent Mondale, prezydent Ford, sekretarz generalny ONZ Kurt Waldheim, dyrektor Urzędu Kanclerza RFN w jego imieniu, premier Kanady, W.S. Churchill, senatorowie USA: Moynihan, Cranston, Mc Govern, Kennedy, kongresmeni: Waxman, Beilenson, Dodd, Dornan, prezes Yad Vashem Hausner, prezydent Jeruzalem Kollek, burmistrz Nowego Jorku Koch, gubernator Californii E.G. Brown jr., burmistrz Los Angeles Bradły, kardynał Manning z Los Angeles, H. Kissinger — b. doradca prezydenta, Leon Uris autor wziętych powieści o antypolskim wydźwięku, których dominującą cechą jest szowinistyczne judzenie jednych przeciwko drugim. Jak zrozumieć tych ludzi? Nie wszyscy oni byli Żydami, więc czy gratulowali z przekonania, z grzeczności, czy z ostrożności przed posądzeniem o nieżyczliwość – interpretowaną jako antysemityzm? Oto tajemnice kulis!
    Osobnym rozdziałem działalności wywiadowczo-szpiegowskiej Wie-senthala i jego Ośrodka Dokumentacji jest stosunek do Polski. Do Polski, której obywatele z powodzeniem ukrywali w latach 1941-1944 z narażeniem wdsnego życia jego żonę, plus 1/2 miliona współwyznawców, z których co najmniej 400.000 uratowało się, jak jego żona. Przecież z własnego doświadczenia wiedział i widział, jak Polacy docierali do obozów pracy i nieśli Żydom pomoc narażając ofiarnie nawet własne życie.
    Akcję przeciwko Polsce Wiesenthal zapewne prowadził od początku swej działalności, odkąd zaczęli kursować uciekinierzy z Polski do Austrii. Ja zajmę się tylko okresem począwszy od 6-dniowej wojny Izraela z Arabami w czerwcu 1967 roku, gdyż wtedy było jej apogeum.
    W końcu maja 1967 kontaktowatem się często w Warszawie z odwiedzającą nas delegacją Izraela na uroczystościach ku czci powstania w getcie warszawskim. Przewodniczył delegacji Minister Burg, zaś syjonistom i rewizjonistom przewodził Simcha Holcberg- nasz przyjaciel. My – żołnierze – sikorszczycy z OW-KB-AK kontaktowaliśmy się z częścią delegacji, związaną z partią Syjonistów Rewizjonistów, gdyż to członkowie tej partii i jej odnogi młodzieżowej Betar, byli kośćcem organizacji ŻZW – Żydowskiego Związku Wojskowego, powstałej w samym końcu listopada 1939 r. z naszej inicjatywy i przy naszej pomocy; a ja byłem pełnomocnikiem z ramienia komendy głównej OW-KB-AK do spraw getta w Warszawie, niesienia mu pomocy żywnościowej i ekonomicznej, oraz szkolenia i uzbrojenia ŻZW Pamiętam, ze delegacja przyspieszyła odjazd z Polski 3 VI 1967 r. na tyle, by przed rozpoczęciem tej wojny znaleźć się w Izraelu, zatem działania wojenne były ż góry zaplanowane i wiadome Delegacji. Wojna ta wywarła w Polsce niekorzystne wrażenie. Wprawdzie ogólnie podziwiano sprawność i skuteczność wojska, ale nie godzono się na antyhumanitarne odnoszenie się do Arabów i odmawianie Palestyńczykom prawa do ojczyzny. Do tej ziemi mają prawa historyczne i Żydzi, ale rewindykowanie ich teraz, w XX wieku metodą ognia i miecza ogólnie uważano w Polsce za nieludzkie. Dziwiono się i oburzano stosowaniu przez Żydów metod do złudzenia przypominających hitlerowskie. I to po ich własnych doświadczeniach. Po ocenach, jakie zebrało w świecie ludobójstwo. Uważano, że naród żydowski – kumulując w swych rękach połowę złota i walorów świata – stać było na kulturalne kupienie 4 milionom Palestyńczyków innych siedzib, zagospodarowania im choćby piaszczystych nieużytków. Wszystko to razem wywołało w Polsce klimat niezbyt życzliwy dla poczynań wojskowych Izraela. Wywołało odruch niezadowolenia wobec tych Żydów, obywateli polskich, którzy manifestowali radość i poparcie dla tej brudnej wojny. Spowodowało to w końcu wystąpienie publiczne Gomutki, że obywatel polski nie może mieć dwu ojczyzn – musi wybrać jedną. Ta atmosfera spowodowała w latach 1967-69 exodus około 20 tysięcy Żydów z Polski. Niektórzy twierdzą, że ta głośno objawiana demonstracja radości i dumy ze zwycięstwa Izraela, w Polsce potępionego, była prowokacją obliczoną na uzykanie tym sposobem prawa aliji -czyli emigracji (której Gomułka odmawiał). Polska konsekwentnie, za ZSRR, zerwała stosunki z Izraelem. Krok ten spowodował rozbicie się bani z antypolską propagandą, obmową, pomawianiem nas nie tylko o antysemityzm, ale i o moralne wspólnictwo z hitleryzmem przez niedawanie Żydom pomocy. W następstwie zaczęto na Zachodzie rozmiary tej polskiej pomocy umniejszać, ukrywać, by podbudować kłamliwe tezy o jej braku. Z jakiejś dziwnej nienawiści do Polaków — w nagrodę pewnie za osiem wieków gościnności, tolerancji i ochrony Żydów na ziemiach polskich, Polaków atakowano propagandowo najmocniej. Udział w tym miał i Wiesenthal, i jego Centrum Dokumentacji. Z racji masowego napływu Żydów z Polski do Wiednia, powstał tam urząd pod nazwą Palestina-Amt, mający zająć się uciekinierami, ich zaopatrzeniem, zagospodarowaniem i werbowaniem na wyjazd do Izraela. Tyle było charytatywności i organizacji na szyldzie, że na to dawał pieniądze Izrael i USA. Ale najważniejszą rolę przydzielono Wiesenthalowi i jego aparatowi. Mieli oni za zadanie „obskoczyć” tych ludzi, wycisnąć z nich wszelkie informacje, mogące mieć znaczenie dla wywiadu politycznego, wojskowego i ekonomicznego. I tu zaznaczyła się wielka rola Wiesenthala jako człowieka znającego dobrze teren polski, mentalność Polaków, ich zwyczaje. I jeszcze większa zasługa pierwszego zwierzchnika Wiesenthala z ramienia CIA—że się na nim poznał, uznał jego przyszłościową, wywiadowczą przydatność. W rywalizacji wschód-zachód Amerykanie takich ludzi szukali. Uważając go za kapo, Amerykanie jednakże z góry chcieli mieć w nim własnych ludzi z grona agentów hitlerowskich, którzy mieliby szczególnie dobre rozeznanie odnośnie agentów żydowskich, których wielką rolę tak mocno podkreślał szwedzki generał Horn były dowódca wojsk rozjemczych w Palestynie, czy pisarz angielski Sefton Dalmar. I w tym Wiesenthal był bardzo pomocny. Opracował obszerny kwestionariusz, według którego badano każdego uciekiniera systemem policyjnym. Palestina-Amt i ludzie Wiesenthala rejestrowali ponad 500 osób dziennie. Dawało to wielką liczbę przesłuchań. Sprawny ich przebieg byt możliwy do tylko dzięki dobrze opracowanemu, szczegółowemu kwestionariuszowi Wiesenthala. Przesłuchiwania nadzorowali osobiście przedstawiciele wywiadu izraelskiego — Szin Bet i Wydziału żydowskiego CIA. Przy okazji prowadzony był też i handelek. Agenci Wiesenthala pośredniczyli w skupie walut, rzeczy cennych, różnych rzeczy użytkowych, upłynniając je na rynku wiedeńskim. Waluta państw socjalistycznych skupowana była dla celów finansowania działalności rezydentów wywiadu w tych państwach lub instalowania nowych agend, finansowania przerzutu pisemek propagandowych i miejscowych samizdatów politycznych. Oczywiście w tej pracy propagandowej i wywiadowczej bardzo pomocna była nie tylko osoba Wiesenthala, ale i jego sława łowcy nazistów, rzekomego łowcy Eichmanna. Zdobywał on współpracowników pieniędzmi, protekcją na dobre posady, ideowością, a gdy to nie pomagało, nie cofał się nawet przed terrorem i zastraszaniem, w duchu metod i czynów Żydowskiej Ligi Obrony rabina Kahana (np. oblanie kwasem Walusia przez Alpera). Wiesenthal posiłkował się też szantażem, na ogół przez publikacje we własnym miesięczniku „Der Ausweg” -„Wyjście”, w piśmie tym cały czas atakował Polaków. Wytykając rzekomo wielki polski antysemityzm forsował fałszerskie i obraźliwe tezy, że Polacy nie chcieli pomagać Żydom, dlatego Hitler instalował obozy na ziemiach polskich. A tu akurat, w Polsce, aby wyratować 400 000 Żydów polskich, zginęło ponad 50.000 do 150.000 Polaków. Dalej Wiesenthal twierdził, że antysemityzm przeżył Żydów w Polsce, że większość uratowanych opuściła Polskę, że żydożerstwo pchnęło Polaków do zerwania wraz z ZSRR, stosunków z Izraelem – gdzie żyje 20 procent polskich Żydów, że prowadzi się w kraju rzekomo propagandę antyżydowską i antyizraelską. Smutna to prawda: okrzykują nas antysemitami, nie chcąc wiedzieć, że cała ich nagonka jest fałszem i oszustwem bazującym na antypoloniźmie. We wrogiej zapamiętałości Wisenthal nie chciał poznać prawdy o wielkiej polskiej pomocy dla Żydów. Gdy w czerwcu 1975 r. wygłaszałem w Wiedniu 2-godzinny odczyt w Towarzystwie Polsko-Austriackim „Strzecha” p. Wiesenthal mimo zaproszenia przez prof. Jacka Łukaszczyka nie przybył osobiście, ale co najmniej jeden jego przedstawiciel byt na sali obecny i zadawał mi nienapastliwe pytania dla wyjaśnienia niektórych kwestii. Pomyje wylał na Polaków „Der Ausweg” w lipcowym numerze w 1969 roku. Na tę akcję nakładała się działalność ośrodków odwetowych i różnych ziomkostw niemieckich w RFN. Współpracowali oni ze sobą, gdyż Wisenthal miał tam swoich popleczników i protekcje. Paradoks historii – pogrobowcy Hitlera połączyli się z uciekinierami spod pieców krematoryjnych, dla nich rozpalonych. Zjednoczyła ich wspólna idea nienawiści do Polski i Polaków. Z RFN atakowały Polaków ziomkostwa Pomorzan, Ślązaków. Lepiej te związki można zrozumieć, gdy się wie, że również w Izraelu jest ziomkostwo Ślązaków. I nic dziwnego, skoro Żydzi podczas powstań śląskich w latach 1920-21 mieli własny narodowy legionik walczący po stronie Niemców o niemieckość Śląska, zgodnie z dyrektywami Róży Luksemburg. Alians ten współgrał od 1952 r. tj. od umowy luksemburskiej Ben Gurion-Adenaucr. Aby otrzymać kilkadziesiąt miliardów marek odszkodowania za rozlaną krew żydowską i za zabrane mienie, a w zamian dotrzymać zobowiązania co do odciążania Niemców za winy ludobójstwa, zręcznym chwytem stało się przerzucanie oskarżeń na Polaków, jako „wspólników hitleryzmu”. Ta przewrotność była możliwa wskutek zamętu — zwłaszcza wśród ludzi na Zachodzie mających mgliste pojęcie, jak wyglądała okupacja hitlerowska w Polsce. Na szczęście żyje jeszcze zbyt dużo ludzi będących świadkami zdarzeń i ich ofiar, istnieje też dostatecznie dużo źródłowych dokumentów, mówiących coś akurat odwrotnego. Akcja zohydzania Polski ma na celu i umniejszenie zakresu polskiej pomocy dla Żydów w okresie nazizmu, i wyzbycie się długu czy uczuć wdzięczności. W tej mierze współpraca Wiesenthala z rewizjonistami RFN nie dziwi. Ten temat ma szersze odniesienie w broszurze „Dokumentacja dr Wiesenthala -piękne dusze odnajdą się”, napisanej w języku niemieckim. W swym kwietniowym numerze (r. 1969) „Der Ausweg” zmontował listę (ca 40) nazwisk Polaków „antysemitów”. Akurat większość z wymienionych zaangażowana była w akcję pomocy Żydom, na co istnieją niepodważalne dowody. Tak Wisenthal skwitował ich za pomoc świadczoną Żydom. I ja jestem na tej liście. Wiesenthal działa też w roli „historyka”. W 1971 r. wydal w Bonn, u Rolfa Vogla, broszurę antypolską pt. „Antyżydowska heca w Polsce -przedwojenni faszyści i kolaboranci hitlerowscy zjednoczeni w akcji wraz z antysemitami z szeregów Komunistycznej Partii Polski”. Tytuł bardzo długi, ale wszystko mówi. I w tej broszurze Wiesenthal zamieścił imienny spis polskich antysemitów, podkreślił zadowolenie z upadku Polski we wrześniu 1939 r., zdawkowo wspomniał, że była pewna ilość Polaków, którzy pomagali trochę Żydom. Wspomagali Wiesenthala w oczernianiu Polski co wybitniejsi z emigracji jak np. byty ambasador, przedstawiciel nasz w ONZ J. Katz-Suchy, czy były szef kinematografii A. Ford. Wiesenthal atakował też Główną Komisję do Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, która ponoć ma reprezentować tezę, że to współpraca Żydów z hitleryzmem przyczyniła się do ich wyniszczenia i samowyniszczenia. Wymieniwszy ambasadora i profesora (miał tylko maturę) Juliusza Katza-Suchego należy zaznaczyć, że on i inni różni Wielgosze (z Rzymu) współpracowali od lat z ośrodkiem Wiesenthala przeciw Polsce, przerzucając mu różne tajne materiały informacyjno-szpiegowskie, działali na szkodę Polski w dyplomacji, w handlu zagranicznym (ujawnione afery przez tyg. „Po Prostu” m.in. w cyklu „Błoto i dolary”) i innych dziedzinach. W ostatnich latach powoli odpływa fala nacisku na Polskę, bo Żydów zostało mało (100.000), a kraj nasz biedny i nie daje możliwości korzyści; chyba przestajemy być głównym kozłem ofiarnym. Do działalności wywiadowczej Wiesenthal wciągnął i przedstawicieli policji, która postępowaniem formalnie urzędowym zdobywała cenne informacje i dokumenty przekazując je Dokumentationszentrum. Miał na tym odcinku wpadkę z inspektorem Johannem Ableitingerem. Ableitinger, aresztowany w październiku 1969 r. zeznał, że pracował dla Wiesenthala, dla wywiadu RFN i dla wywiadu Izraela, przy czym z tymi wywiadami skontaktował go Wiesenthal osobiście. Afera nabrała rozgłosu, zajął się nią i parlament austriacki. Powołano specjalną komisją parlamentarną dla zbadania sprawy zarówno Ableitingera, jak i Wiesenthala, i jego Centrum Dokumentacji. Komisja ustaliła, że tą drogą przeszło setki kilogramów tajnych dokumentów, że w tę sieć wciągnięto wielu urzędników ministerialnych, często bez ich wiedzy, że naruszono tajemnice państwowe, że naruszono status neutralności Austrii, że cała akcja była wymierzona w kraje Europy Wschodniej. Wśród tych akt były dosieurs wielu dygnitarzy z ich prywatnymi niedyskrecjami – miało to na celu omotanie tych osób – szantażem zmuszano ich do wypełniania wywiadowczych poleceń Wiesenthala. Powiązania wywiadowcze organizowane były wspólne z dr Józefem Lichtenem i reprezentowaną przez niego żydowską Lożą B’nei Brith. Afera wywołała taką ostrą reakcję, że zapadła decyzja usunięcia z Austrii Wiesenthala i jego Ośrodka. Na przeszkodzie stanął fakt, że jest on przecież starym obywatelem austriackim, gdyż miejsce jego urodzenia, Buczacz, położone we wschodniej Galicji należało do Austrii. I tylko dlatego upadła sprawa pozbycia się z kraju tak ciemnej postaci. Zapadła jednak decyzja krępowania jego działalności, nadzoru policyjnego nad Wiesenthalem. Nowy rząd socjalistyczny dr Bruno Kreisky’ ego realizował te zadania. Szczególnie krępował wystąpienia przeciw Polsce, z którą chciał mieć dobre stosunki. Wówczas Żyd Kreisky naraził się na zarzut antysemityzmu. Pomagał Kreysky’ emu w jego dziele ks. arcybiskup Wiednia, kardynał Konig, odwiedzając w maju 1971 roku Polskę, manifestując dla niej sympatię, popierając przynależność Ziem Zachodnich do Polski. Oczywiście i ks. Kardynał naraził się Wiesenthalowi i jego kumplom z ziomkostw niemieckich. Atakowano go za zdradę sprawy niemieckiej, za kolaborację z Polakami i komunizmem, za współpracę z „szowinistycznym” kościołem polskim i jego prymasem, kardynałem Stefanem Wyszyńskim, wielkim patriotą. (Jako bezpartyjny działacz katolicki z przyjemnością kwituję tu taką postawę obydwu wielkich kardynałów). Na jesieni roku 1985 w angielskiej TV nadano audycję o kardynałach żydowskiego pochodzenia, m.in. wymieniono kard. Lustigera z Francji i kard. Willebrandsa z Holandii, przewodniczącego Komisji d/s stosunków katolicyzmu z judaizmem. W audycji tej zabrzmiał jakby zarzut, że prożydowski papież Polak kreuje żydowskich kardynałów, co jest niezwykłością. Powiedziano też, że mimo takich gestów polskiego Papieża nadal istnieje problem stosunków żydowsko-polskich, że Żydzi nadal atakują Polaków, poniżają ich, że te gesty papieskie są zbyteczne. Trzeba dodać, że wielu ludzi w licznych krajach uważa gesty Papieża i działalność jego komisji za nieskuteczne i niecelowe, obniżające prestiż Kościoła i Watykanu. Nikt nie wierzy, z niewieloma wyjątkami, w nawrócenie się Żydów, najzapamiętalszych i najzajadlejszych wrogów Kościoła od 2000 lat, czy jakieś pogodzenie się z nimi -więc po co te próby i gesty? Same gesty i czyny katolików nie wystarczą przecież do zgody, a Żydzi nic nie robią w tym kierunku. Jeśli chcą być katolikami – to proszę bardzo, ale niech wykażą się pobożnością i gorliwością zanim będą awansować. Jednak za wcześnie jeszcze na przydzielanie im roli kardynałów i współdecydentów o losach Kościoła. Bierzmy przykład z samych Żydów. W Izraelu nikt, kto nie jest Żydem, nie może być państwowym urzędnikiem, ani oficerem, a co dopiero mówić o generałach – odpowiednikach biskupów i kardynałów. W układaniu dwustronnych stosunków musi być wzajemność, a w tym wypadku nie spotykamy się – niestety – z wzajemnością Żydów. Czekamy na to długo i bezskutecznie. Tymczasem Żydzi wykorzystują już Watykan do skarg na polskich biskupów, na ich rzekomy antysemityzm. Spotkało to w 1983 roku abp. Bronisława Dąbrowskiego, sekretarza Episkopatu Polski, za odmowę potwierdzenia rabinowi Hierowi z USA, że Polacy są antysemitami. Ta odmowa tak rozzłościła Hiera, że zamiast wrócić do Nowego Jorku, poleciał z Warszawy do Rzymu i złożył o to skargę na Arcybiskupa u sekretarza Komisji d/s stosunków katolicyzmu z judaizmem, ks. prałata Jorge Meiji. A do kogo mają się udać katolicy na skargę na Żydów? Do kogo mają apelować, by spowodować zbliżenie? Zaprzestanie niesłusznych napaści? Tolerancję? Czyż przykład z przewrotnością i cyniczną działalnością człowieka tak wpływowego w świecie jak Wiesenthal nie jest dostatecznym dowodem zawodności takich starań i zamysłów? Zbliżenie – powiada wielu – może nastąpić tylko między ludźmi mentalnie podobnymi, a Żydzi są zbyt inni, wyobcowani, zbyt „wybrani” i odseparowani. Czekamy więc na ich przemianę i odmianę. Z drugiej strony – spójrzmy z ich perspektywy – ta inność od rzekomo ponad pięciu tysięcy lat jest ich siłą, więc czy nadają się oni do zunifikowanej, zjednoczonej społeczności świata, czy społeczności katolickiej ? Po co im ten eksperyment, z trudnymi do przewidzenia skutkami?……

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Najpopularniejsze

Góra