Michalkiewicz dziękuje feministkom za darmową reklamę

 

Stanisław Michalkiewicz został skazany, w procesie, o którym go nie poinformowano (co już samo w sobie jest skandale i powinno być powszechnie krytykowane, bo jednym z podstawowych praw człowieka jest prawo do obrony), na gigantyczną karę (190.000 zł), za opnie (w której nie wymienił niczyjego nazwiska). Taka kara to likwidacja wolności słowa. Ludzie nie powinni być karani za swoje opinie, a jak już nie tak wysokimi karami. Szczególnie w sytuacji, gdy inny publicysta, tym razem lewicowy (Najsztub), prowadząc samochód bez prawa jazdy, OC i przeglądu technicznego, na pasach potrącił 77 staruszkę – kobieta miała „połamane żebra i kość pokrywy czaszki", został uniewinniony.

 

Kolejna fala hejtu na Stanisława Michalkiewicza została wylana, gdy po tym, jak odkrył, że odebrano mu wszystkie pieniądze z banku, i poinformował, na czyją korzyść został skazany. Michalkiewicz lewica zaatakowała tak jakby pozwany czy skazany nie miał prawa, ujawnić kto go pozywa (taka sytuacja byłaby kuriozalnym odebraniem prawa do obrony). Powódka składając pozew, sama ujawniła swoje dane.

 

Gigantyczna kara dla Michalkiewicza, za opinie, tym bardziej szokuje, że jak można przeczytać w opublikowanym na portalu WP artykule „Piotr Najsztub potrącił starszą kobietę. Został uniewinniony" znany dziennikarz antyPiS potrącił samochodem starszą kobietę na pasach, „potrącona trafiła do szpitala z rozległymi obrażeniami. Miała połamane żebra i kość pokrywy czaszki". „W wyniku śledztwa okazało się, że tego dnia Najsztub nie miał ważnego prawa jazdy (zostało mu odebrane za zbyt dużą ilość punktów karnych) oraz ważnego przeglądu technicznego auta. Dziennikarz nie miał też ubezpieczenia OC".

 

W artykule „Ani dnia, ani godziny" Stanisław Michalkiewicz ujawnił, że 14 listopada dowiedział się, że jego oszczędności znikły z kont bankowych. W banku poinformowano felietonistę, „że to nie hakerzy, tylko komornik sądowy, który nakazał zablokować konta. Pojechałem do M-Banku, w którym też mam konta i tam hiobowa wieść się potwierdziła. Nie miałem pojęcia, o co chodzi, więc skontaktowałem się z komornikiem, który powiedział, że to jest egzekucja w następstwie prawomocnego wyroku zaocznego, wydanego przez niezawisły Sąd Okręgowy w Poznaniu na rzecz pani Żanety Kąkolewskiej. Nie miałem pojęcia, kto zacz, ale komornik wyjaśnił, że chodzi o osobę molestowaną ongiś przez księdza. W publikacjach nazywana była „Kasią" - z wyjątkiem gazety „Fakt", która w roku 2009 podała jej prawdziwe personalia".

 

Stanisław Michalkiewicz nic nie wiedział „ani o procesie, ani o wyroku, który był »zaoczny«, a dopiero przypadkiem dowiedziałem się o egzekucji. Z telefonicznej rozmowy z informatorką niezawisłego Sądu Okręgowego w Poznaniu dowiedziałem się, że pisma – owszem – były do mnie wysyłane, ale na adres, pod którym nie mieszkam już od ponad 11 lat".

 

Zaoczny jawny wyrok skazujący nakazuje „pozwanemu Stanisławowi Michalkiewiczowi, aby w terminie 14 dni od dnia uprawomocnienia się niniejszego wyroku wystosował do powódki Żanety Kąkolewskiej własnoręcznie podpisany pełnym imieniem i nazwiskiem list o następującej treści: ''Ja, Stanisław Michalkiewicz przepraszam Panią za naruszenie Pani dóbr osobistych w postaci dobrego imienia oraz godności, co nastąpiło moimi wypowiedziami na Pani temat w okresie po 2 października 2018 r.''; zobowiązując jednocześnie pozwanego, aby treść przeprosin została spisana komputerowo na białym papierze formatu A4, czcionką Arial o wielkości 12, odstępach między wierszami 1,5 (interlinia), kolorem czarnym i po podpisaniu własnoręcznym wysłana za pośrednictwem Poczty Polskiej listem poleconym do rąk pełnomocnika powódki".

 

W drugim punkcie wyroku zasądzono „od pozwanego Stanisława Michalkiewicza na rzecz powódki Żanety Kąkolewskiej tytułem zadośćuczynienia kwotę 150.000 zł (sł: sto pięćdziesiąt tysięcy złotych) z odsetkami ustawowymi za opóźnienie od dnia 4 lipca 2019 roku do dnia zapłaty".

 

Stanisław Michalkiewicz został też obciążony „kosztami postępowania [...] na rzecz powódki kwotę 15.078,48 zł (s.: piętnaście tysięcy siedemdziesiąt osiem złotych 48/100) w tym kwotę 8.100, - zł jako zwrot opłat sądowych od pozwu, kwotę 6.120, – zł jako zwrot wynagrodzeń

pełnomocnika powódki".

 

W artykule „Pod groźbą kasacji" Stanisław Michalkiewicz wskazał, „że akurat tego samego dnia, kiedy – jak się następnego dnia dowiedziałem w banku – rozpoczęła się egzekucja zaocznego wyroku niezawisłego poznańskiego Sądu Okręgowego, »aktywistki« z Poznania przyniosły do klasztoru OO. Chrystusowców opatrzoną 16 tysiącami podpisów petycję, by Zakon wycofał kasację od wyroku, nakazującego mu wypłacenie pani Żanecie Kąkolewskiej miliona złotych oraz dożywotnią rentę z powodu molestowania jej przed 10 laty przez księdza – członka tego Stowarzyszenia".

 

W swoim felietonie Stanisław Michalkiewicz przypomniał, że „wyrok opiewający na zapłacenie tego wszystkiego oparty był na art. 430 kodeksu cywilnego. Dopuszcza on wprawdzie odpowiedzialność innej osoby, niż sprawca czynu niedozwolonego z tytułu wynikłej stąd szkody, ale muszą być spełnione co najmniej trzy warunki łącznie. Przepis ten brzmi następująco: „Kto na własny rachunek powierza wykonanie czynności osobie, która przy wykonywaniu tej czynności podlega jego kierownictwu i ma obowiązek stosowania się do jego wskazówek, ten jest odpowiedzialny za szkodę wyrządzoną z winy tej osoby przy wykonywaniu powierzonej jej czynności." Wynika z tego, że – po pierwsze – zakon Chrystusowców musiałby „powierzyć" owemu księdzu uprawianie stosunków płciowych z nieletnią, po drugie — kierować tym procederem i – po trzecie - udzielać mu wskazówek, jak ma tę „powierzoną" czynność wykonywać. Nie sądzę, aby jakikolwiek z tych warunków został przed niezawisłym sądem udowodniony i pewnie dlatego Sąd Najwyższy będzie rozpatrywał złożoną przez Zakon kasację 20 grudnia br. Najwyraźniej „aktywistki" nie są pewne orzeczenia i stąd akcja zbierania podpisów, by pod tą presją Chrystusowcy kasację wycofali".

 

Prawicowy felietonista w swoim artykule wskazał, że „gdyby Sąd Najwyższy uznał zasadność kasacji, to może nie tylko uchylić zaskarżony wyrok z powodu rażącego naruszenia prawa, ale nawet w pewnym zakresie go zmienić. Zatem jeśli by wyrok poznańskich sądów – bo tamten zaskarżony utrzymał się także w apelacji –został uchylony, to wypłacony milion złotych trzeba by zwrócić. Tymczasem – jak w rozmowie z dziennikarką „Gazety Wyborczej" powiedziała beneficjentka tego wyroku – jej pełnomocnik z tytułu honorarium za prowadzenie sprawy pobrał 300 tysięcy złotych. [...] Zatem w sytuacji, gdy miliona już nie ma – bo w tzw. międzyczasie kilkadziesiąt tysięcy złotych wyłudził od niej pod pretekstem sfinansowania operacji raka trzustki pan Marek Lisiński, stojący na czele fundacji „Nie lękajcie się!" i utrzymujący, jakoby sam padł ofiarą księżowskiej pedofilii, to powstaje szalenie kłopotliwa sytuacja. Nawiasem mówiąc, opowieści pana Lisińskiego, jakoby był molestowany, chyba nie są prawdziwe, bo z różnych okoliczności wynika, że chodziło mu po prostu o wyłudzenie 150 tysięcy złotych od Kościoła – i chyba w tym celu zaprezentował się jako ofiara papieżowi Franciszkowi, który z wrażenia aż pocałował go w rękę. Warto zwrócić uwagę, że kwota 150 tysięcy złotych to tyle samo, co ja mam wypłacić pani Żanecie Kąkolewskiej na podstawie zaocznego wyroku niezawisłego Sądu Okręgowego w Poznaniu"

 

Opisując w artykule okoliczności procesu, o którym Stanisław Michalkiewicz nie wiedział, felietonista stwierdził, że „Sąd Okręgowy w Poznaniu wysyłał wszystkie pisma procesowe na adres, pod którym od ponad 11 lat już nie mieszkam. Podobno nawet wynajęty został detektyw, który ponad wszelką wątpliwość ustalił, że tam mieszkam, chociaż wystarczyło kliknąć moje nazwisko w wyszukiwarce, by znaleźć adres mojej poczty elektronicznej i zwracając się do mnie tą drogą ustalić miejsce mojego zamieszkania. Warto bowiem przypomnieć, że pisma procesowe powinny być stronie doręczone w miejscu jej faktycznego zamieszkania, a nie – w miejscu jej stałego zameldowania. Zresztą, jeśli chodzi o zameldowanie, to przez co najmniej 5 lat byłem zameldowany czasowo pod adresem, pod którym od ponad 11 lat mieszkam, więc i z tego sposobu mógł detektyw skorzystać – ale nie skorzystał. Czy rzeczywiście był wynajęty – tego oczywiście nie wiem, podobnie jak nie wiem, czy koszty tego wynajęcia zostały wliczone do tych ponad 38 tysięcy złotych, jakie tytułem „kosztów" mam zapłacić komornikowi".

 

W artykule Stanisław Michalkiewicz przypomniał, że „właśnie na początku czerwca pani Kąkolewska poinformowała dziennikarkę »Gazety Wyborczej« o 300 tys. złotych honorarium i o swoich obawach, co to będzie, gdy Sąd Najwyższy wyrok uchyli. W tej sytuacji trzeba na wszelki wypadek szukać brakujących pieniędzy, a 150 tysięcy, to już przynajmniej połowa. Jak to się stało, że pani Kąkolewska akurat wtedy zdecydowała się wytoczyć mi proces – tego oczywiście nie wiem".

 

Jan Bodakowski