W tej całej Radzie Atlantyckiej biorą udział osobistości z Goldman-Sachs, jacyś amerykańscy wojskowi,  jacyś tamtejsi bezpieczniacy, wokół których krążą jacyś milionerzy – więc w tej sytuacji kandydatury pana Hołowni na prezydenta naszego bantustanu nie można traktować lekceważąco. Tym bardziej,  że w gronie „ekspertów” Rady Atlantyckiej jest pan Daniel Fried z pierwszorzędnymi korzeniami, który pod koniec lat 80-tych wraz z szefem I Zarządu Komitetu Bezpieczeństwa Państwowego ZSRR (KGB) Władimirem Kriuczkowem, projektował naszą sławną transformację ustrojową, a później nawet nadzorował jej prawidłowy przebieg na stanowisku ambasadora USA w Warszawie. Czy w tej sytuacji kogokolwiek może dziwić, że wśród doradców doskonałych pana Hołowni znalazł się były Dowódca Generalny Rodzajów Sił Zbrojnych (kto by pomyślał, że mogą być takie operetkowe stanowiska?), pan generał Mirosław Różański,  za sprawą złowrogiego ministra Antoniego Macierewicza, co to w naszej niezwyciężonej armii przeprowadzał kurację przeczyszczającą, przeszedł „w stan spoczynku”, ale - jak się okazuje – bynajmniej nie wiecznego. Jakby tego było mało, szefem kampanii pana Hołowni jest pan Jacek Cichocki, za rządów obozu zdrady i zaprzaństwa kierujący ministerstwem spraw wewnętrznych i koordynujący działalność wszystkich bezpieczniackich watah, jakie w ostatnim 30-leciu oblazły nasz nieszczęśliwy kraj. Kandydaturę pana Hołowni poparła spadkobierczyni pana prezydenta Pawła Adamowicza, pani Aleksandra Dulkiewicz z Wolnego Miasta Gdańska, a także pani Janina Ochojska.  Przypominam zaś o tym wszystkim dlatego, że żydowska gazeta dla Polaków pod redakcją pana redaktora Adama Michnika, właśnie zaczęła pana Hołownię pryncypialnie chłostać. Pan Jacek Żakowski, biegający u pana red. Michnika za tzw. „proroka mniejszego”, zauważył, że „w poważnym kraju celebryci bez politycznych doświadczeń nie walczą o najwyższe urzędy, a jeśli komuś zabraknie rozsądku, to poważni ludzie trzymają się z daleka”. Ja widać, ta pryncypialna krytyka dotyczy nie tylko naszego nieszczęśliwego kraju, który pan red. Żakowski najwyraźniej zaliczył do kategorii „pozostałych” (bo państwa dzielą się na poważne i pozostałe), nie tylko pana Hołowni uznanego przezeń za „celebrytę bez politycznych doświadczeń”, ale również pana generała Różańskiego, pana Jacka Cichockiego, a także pana Michała Kobosko, nie mówiąc już o pani Dulkiewicz i pani Ochojskiej, którym najwyraźniej też odmówił „powagi”. Co tu ukrywać; opinia, jakoby pan generał Różański nie jest człowiekiem poważnym, ma swój ciężar gatunkowy, ale skoro tak, to wypada postawić pytanie, w jakim celu pan red. Michnik spuścił pana red. Żakowskiego z łańcucha i poszczuł go na pana Hołownię. Pan Żakowski, skoro poczuł się chwilowo uwolniony ze smyczy, nawet się zagalopował – bo jakże uważać nasz nieszczęśliwy kraj nie za „poważny”, tylko – za „pozostały”, skoro sławną transformację ustrojową na gruncie tubylczym żyrował nie tylko pan generał Kiszczak, ale również Bronisław Geremek, Jacek Kuroń oraz sam Adam Michnik?

 

Najwyraźniej żydowskiej gazecie dla Polaków nie wystarcza już pryncypialne chłostanie złowrogiego Antoniego Macierewicza i dźganie go nieubłaganym palcem w chore z nienawiści oczy, nie wystarcza zdemaskowanie pani Patrycji Koteckiej, małżonki znienawidzonego ministra Ziobry, co to pragnie zdławić socjalistyczną praworządność w naszym nieszczęśliwym kraju, której patronem po dziś dzień pozostaje pan Stefan Michnik (podobno trzy połączone izby Sądu Najwyższego pracują nad uchwałą o nadaniu Sądowi Najwyższemu imienia sędziego Stefana Michnika), nie wystarcza jej, w ramach leninowskich norm dotyczących organizatorskiej funkcji prasy, organizowanie rozmaitych polowań z nagonką, między innymi na niżej podpisanego – że aż musiała zabrać się za pana Hołownię? Wprawdzie „GW” informuje przy okazji, że przeciwko panu Hołowni występuje jakieś „stado dzikich bab” - jak pisał poeta w postaci „kobiet” z Dolnego Śląska, co to „wiedzą, co robią”. A co robią? Ano, najpierw rżną się na prawo i lewo, a jak którejś zaskoczy, to pozbywają się kłopotu w najbliższej rzeźni niewiniątek. To jednak łączy się z kosztami, no i pewnym, chociaż niewielkim, ryzykiem sepsy a w dodatku nasz nieszczęśliwy kraj wprowadził drakońskie prawa, nie pozwalające na wolnoamerykankę w tej dziedzinie – chociaż nie przypominam sobie, by jakiś niezawisły sąd odważył się na ukaranie kogokolwiek z tego powodu. Już tam taki jeden z drugim sędzia wie, że następnego dnia miałby na sali sądowej demonstrację, której uczestniczki pokazywałyby sądowej publiczności swoje waginy, a przynajmniej domagały się, żeby „przeprosił Kasię”. Jak pisał poeta: „Psu nie honor bić się z kotem. Co mu po tem?” Zresztą pan Hołownia, jako robiący w postępowym katolicyzmie, ani myśli o pozamykaniu rzeźni niewiniątek, toteż jeśli „kobiety” biorą go w obroty, to dlatego, że chciałyby dostawać na koszt państwa pigułki, tak zwane „dzień po”, które dają stuprocentową gwarancję „bezpiecznego seksu” - do czego pan Hołownia jest ponoć ustosunkowany niechętnie. 

 

W tej sytuacji wypada nam „rozebrać  z uwagą” przynajmniej dwie możliwości. Po pierwsze – czy w wytwórni, która takie pigułki wytwarza, nie ma jakichś udziałów stary finansowy grandziarz Jerzy Soros, będący udziałowcem spółki „Agora”, wydającej w Warszawie żydowską gazetę dla Polaków i trzymający na łaskawym chlebie całe stado autorytetów moralnych. Taka okoliczność wyjaśniałaby zaangażowanie pana redaktora Michnika po stronie „kobiet” z Dolnego Śląska, których w przeciwnym razie nie tylko pewnie by nie zauważył, ale kto wie,  czy nawet nie napiętnował – bo pan redaktor zawsze robi to, co w danym momencie dyktuje mu „mądrość etapu”.

 

Druga możliwość, która zresztą nie wyklucza pierwszej to ta, że tubylcza żydokomuna postawiła na pana Biedronia, który „kobietom” zafundowałby  nie tylko pigułki, ale nawet i wibratory dopochwowe i łechtaczkowe, do grona swoich doradców właśnie powołał weterana ruchu robotniczego w osobie pana Stanisława Cioska oraz pana Marka Belkę, którego Służba Bezpieczeństwa, zapewne w uznaniu zasług, hojnie obdarowała aż dwoma operacyjnymi pseudonimami. On „revient toujours a son premier amour” – powiadają wymowni Francuzi, co się wykłada, że zawsze wraca się do pierwszej miłości – a wiadomo, że pierwszą miłością „lewicy laickiej”, która w naszym nieszczęśliwym kraju pojawiła się po śmierci Józefa Stalina w postaci frakcji tzw. „Żydów”, była przecież Partia Przewodniczka. W takiej sytuacji pan Hołownia rzeczywiście jest potrzebny, jak psu piąta noga, więc widać, że i pani Aleksandra Dulkiewicz z Wolnego Miasta Gdańska i pani Janina Ochojska z Parlamentu Europejskiego, ani pan generał Mirosław Różański, ani pan Jacek Cichocki, ani nawet pan Michał Kobosko, nie trzymają ręki na pulsie, co nieubłaganym palcem wytknął im biegający za proroka mniejszego pan red. Jacek Żakowski.