Chrześcijaństwo miało zostać wyrugowane z życia społecznego, Kościół katolicki miał zostać zlikwidowany, a przynajmniej oderwany od Rzymu i pozbawiony znaczenia, a państwo od tej pory miało być laickie, czyli ateistyczne. Przewodnimi hasłami stała się „wolność, równość i braterstwo”. Były one jednak bardzo specyficznie rozumiane, a każdy kto nie chciał ich przyjąć, był mordowany (jak zakonnice w Compiegne. Stąd do tego zawołania dodawano słowa: „albo śmierć!”). Ich realizacja wiązała się z całkowitą likwidacją dotychczasowej struktury społecznej i tradycji. Oznaczało to choćby praktyczny kres monarchii i odrzucenie zasady, że władza pochodzi od Boga (od tej pory głoszono, że od ludu, który zawiera umowę społeczną).

Nie dziwi więc, że prawie wszyscy papieże od czasu Rewolucji Francuskiej aż do Soboru Watykańskiego II krytykowali demokrację liberalną i cały porządek porewolucyjny od Piusa VI (brewe Quod aliquantum z marca 1791 r.), Grzegorza XVI (encyklika Mirari vos z 1832 r.), Piusa IX (encyklika Quanta cura z 1864 r.), Leona XIII (encyklika Diuturnum Illud z 29 czerwca 1881 r. czy Immortale Dei z 1885 r.), Piusa X (encyklika Vehementer nos z 11 lutego 1906 r.), Piusa XI (encyklika Ubi arcano Dei z 23 grudnia 1922 r.). Wyjątkiem byli tylko Benedykt XV (1914-1922), który nie tyle był zwolennikiem demokracji, co wzywał katolików do działania w jej ramach i ostatni papież przedsoborowy Pius XII, który już dużo pozytywniej się o niej wypowiadał. W bożonarodzeniowym orędziu z 1944 r. zastanawiał się np. nad „podstawowymi założeniami prawdziwej demokracji”. Sobór Watykański II i kolejni papieże z pewnymi zastrzeżeniami uznali system demokratycznych rządów za właściwy.

Jan Paweł II w swoich encyklikach „Centessimus annus”, „Evangelium vitae” czy „Veritatis splendor” opowiedział się za demokracją, ale dodawał, że musi być oparta na wartościach etycznych, gwarantować sprawiedliwość, dbać o godność każdego człowieka, a jej procedury muszą być oparte na prawdzie o człowieku. W przeciwnym razie staje się systemem totalitarnym: „Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm” (Centessimus annus, 46).

Stosując kryteria zaproponowane przez Papieża Polaka należałoby wyciągnąć wniosek, że w zasadzie w całym Zachodnim świecie mamy do czynienia właśnie z jawnym bądź zakamuflowanym totalitaryzmem a nie z demokracją. Tym samym należałoby stwierdzić, że jest on zwolennikiem jakiejś idealnej postaci demokracji, ale przeciwnikiem nowoczesnej demokracji liberalnej. Taka postawa budzi wiele wątpliwości, które wychodzą na jaw, kiedy zestawimy ją z nauczaniem papieży przedsoborowych.

Leon XIII podkreślał: „Władza zaś rozkazywania sama przez się niekoniecznie łączy się z takim lub owakim ustrojem państwa: jakikolwiek ustrój obrać sobie może, byle rzeczywiście służył pospolitemu dobru i pożytkowi. Ale przy jakimkolwiek ustroju państwa, koniecznie władcy powinni zważać na najwyższego rządcę świata, Boga, i w sprawowaniu państwa, Jego sobie stawiać za wzór i modłę” (encyklika Immortale Dei).

Słowa te pokazują, że papieże przyjmowali pogląd Arystotelesa, że ustrój jest tylko formą sprawowania władzy i ze względu na okoliczności w danym momencie historycznym ten lub inny może być najbardziej odpowiedni (choć opierając się na św. Tomaszu z Akwinu, sądzili, że monarchia jest najdoskonalszym ustrojem, bo najlepiej oddaje charakter rządów Bożych). W tym ujęciu demokracja nie jest z zasady zła (chociaż sam Arystoteles, który żył IV w. prz. Chr., a więc w złotym wieku demokracji ateńskiej uważał ją za patologię ustroju. Nazywał ją „rządami motłochu” i przeciwstawiał politei – ustrojowi w którym tylko ludzie o pewnym cenzurze majątkowym mają pełnię praw obywatelskich).

Sprzeciw Kościoła wobec demokracji liberalnej nie był więc tyle negacją tego sposobu sprawowania władzy jako takiego, ani, jak niektórzy sugerują, nie wynikał jedynie z osobistych doświadczeń (Kościół w nowopowstałych demokracjach był spychany na margines), ale stało za tym coś głębszego. Było to przekonanie, że jeśli nawet zgadzamy się na demokrację, to musimy uznać, że władza w niej pochodzi od Boga (a nie od ludu), ma charakter obiektywny (a nie jest formą umowy społecznej), prawo w niej jest oparte na prawie naturalnym (a nie jest wyłącznie pozytywnym prawem stanowionym), odwołuje się ona i buduje na prawdzie (nie przyjmuje się w niej wolności religijnej, która zakłada relatywizm) i w końcu że Kościół i władza cywilna pozostają ze sobą w relacji jak dusza i ciało (nie ma rozdziału Kościoła od państwa).

Porewolucyjna demokracja liberalna i to już z założenia nie spełniała żadnego z tych warunków. Bez ich spełnienia utopijna wydaje się natomiast wiara w to, że w jej ramach zagwarantuje się pierwszeństwo porządku moralnego. Skoro bowiem już w punkcie wyjścia odrzuca się możliwość dojścia do prawdy, a nawet ją samą, prawo naturalne, Boga jako fundament to pozostaje już tylko relatywizm, dyktatura większości (lub silnej mniejszości) i opowiedzenie się za taką lub inną ideologią (obecnie jest to ideologia poprawności politycznej).

Stąd brał się tak silny sprzeciw Kościoła wobec niej.