Chiński system dokonuje oceny obywateli pod kątem ich lojalności wobec państwa. Ci, którzy otrzymują mało punktów, nie mogą choćby kupić biletu na szybkie koleje czy samolot, mają ograniczony dostęp do kredytów i spotykają ich inne prześladowania. System ten oznacza totalną kontrolę, w której każde zachowanie obywatela jest punktowane.

To, co kojarzyło się dotąd z Chinami, zaczyna być wprowadzane w tzw. wolnym świecie, tzn. na Zachodzie. Australijczycy, którzy chwalą się swoją demokracją, pozazdrościli inwencji Chińczykom i też chcą kontroli. Okazuje się, że demokracja w tym nie przeszkadza.

Google już dzisiaj pomaga Chińczykom w stosowaniu cenzury i to, czego nauczy się w tym państwie, będzie mógł wykorzystać w państwach europejskich i w USA.

Dopóki nie zniknie błędne przekonanie mieszkańców państw demokratycznych, że nie dzieli ich już wiele od całkowitego totalitaryzmu, będą poddawani coraz większej presji i ograniczeniom. Jan Paweł II wskazywał zaś już lata temu, że demokracja bez wartości przeradza się w jawny bądź zakamuflowany totalitaryzm.