Oto nieźle rozwinięte państwo w środku kontynentu uważanego za cywilizowany, nowoczesny. Kilkadziesiąt milionów ludzi w różnym wieku i różnej kondycji materialnej, duchowej, umysłowej. Mających swe marzenia, ideały, ambicje, możliwości. Współzależących od siebie. Wszyscy oni - taka już jest natura świata - nakryci są czapką władzy zwierzchniej. Kiedyś był nią król, potem obcy namiestnicy, teraz prezydent, premier, parlament. Ustrojowa gwarancja równowagi. Wy pracujecie, my owoców waszego trudu strzeżemy i rozdzielamy go zależnie od zasług i od potrzeb. W sprawach ważnych zasięgamy opinii ogółu, dając mu prawo głosu za pośrednictwem wybranych przedstawicieli poszczególnych ziem. Przedstawiciele ci, będący przedłużeniem ramienia władzy, mają obowiązek dbania o dobro obywateli, swoich wyborców. Tylko tyle. Aż tyle. Tylko tyle władzy. Aż tyle władzy. Cały sens tego układu skrywa się właśnie w owym „tylko” i „aż”.

Chcący realizować „tylko” starają się dostrzegać potrzeby i bolączki swej wyborczej gromady. Spotykają się z nią czy to w biurach poselskich, czy na rozmaitych zgromadzeniach, wysłuchane tam uwagi niosąc dalej, do wrót parlamentu. Tu starają się ustalać taki porządek spraw, aby obywatele mogli stwierdzić: - tak, wysłuchaliście nas. Zróbcie więc jeszcze to i tamto, przygotujcie program, jaki będzie nam odpowiadał, spełniał nasze dążenia i potrzeby. Musicie tak czynić, mamy bowiem w ręku wasz los – kartkę wyborczą.

Ci co postrzegają swoje władztwo (nawet to czteroletnie, na jedną kadencję) poprzez pryzmat „aż”, pozornie postępują tak samo. Spotykają się, słuchają i…puszczają mimo uszu, niosąc do wrót najwyższej władzy, czyli parlamentu, wyłącznie własne widzenie rzeczywistości, własne zachcianki i ambicyjki. Mając „aż tyle” władzy już nie muszą oglądać się na wyborcze doły, przypominając sobie o nich raz na cztery lata. W przekonaniu, że sam blask korony, jaką wdziali na skronie, wystarczy by trwać na tronie. Po drodze zgubili prawdziwy, prawidłowy cel: dobro swojej gromady i dobro całego społeczeństwa.

Ba, żeby tylko…W pewnym momencie znaleźli się jakby po innej stronie, z wysokości swego stołka postrzegając kręcący się mozolnie lud jako marionetki w dziwnym teatrze. Stają się celebrytami władzy. Uczą się nowego języka. Nie mówią. Wygłaszają. Skupieni w partie i stronnictwa grupujące podobnych sobie, z upływem czasu nabierają przeświadczenia o swojej jedynej racji, o nieomylności. Czynią to tym szybciej, im mniejsza jest ich wydolność intelektualna i duchowa. Stąd wcale niemałe stado polityków-durniów, zabawiających się gadżetami władzy niczym nałogowiec butelką. I mocno wrażliwych na jakąkolwiek krytykę. A że sami, co wyczuwają instynktem oszustów, znaczą niewiele, wolą skupiać się w gromady posłusznych swoim liderom. Nabyli pożyteczną dla karier umiejętność małpowania ich słów i zachowań. Stoją w szyku klepiących w kółko zużyte komunały. Dzięki tej jedności z sobie podobnymi czują swoistą doskonałość. Są „aż władzą”, za nic mając szary lud, marionetki w ich teatrze.

To poczucie bycia Kimś Ważnym umacnia w nich tłumek klakierów: przedstawicieli mediów, gwiazdek scen i ekranu, poklepywaczy i chwalców z krajów ościennych. „Aż władza” upaja, odbiera resztki rozsądku, niszczy wcześniejsze ideały. Narkotyzuje. Kiedy jednak w oczy zaczyna patrzeć rzeczywistość skrzecząca o możliwości strącenia z tronu, co szczęśliwie zdarza się raz na cztery lata, są gotowi pełznąć na kolanach w stronę ludu, rzucając weń wielkie słowa i wielkie obiecanki.

Taki właśnie krajobraz ścieli się teraz przed naszymi oczami. I wyłącznie od nas zależy, czy rozróżnimy władzę „tylko” od władzy „aż”.

Zuzanna Śliwa