Zbrzydło nam już gadanie, że jeśli razem, to tylko wielką kupą. Naszym zdaniem jest za duża, i – jak to bywa - taka może strasznie śmierdzieć. Kto jak kto, ale chłopi już się na tym dobrze znają. Od teraz każdy będzie sam wygarniał gnój z własnej obory i sam siał jesienią zboże ozime, a wiosną, jak wyborca da, także jare. Nie, nie chodzi o Wiosnę euro Biedronia, bo nasi członkowie, warcząc przez zęby, ostro zaprotestowali przeciw zmianie programu z „Rolnik szuka żony” na „Rolnik szuka męża”. Jak to chłopy - chcą baby, i nic, panie, nie poradzisz.

Nadzieja prysła niczym bańka mydlana. Skończyła się mydlana opera, pełna scen lirycznych albo mrożących krew w żyłach. Skończyły się zaloty, obiecanki, słodkie miny i wszystko to, co starający się czyni, żeby zyskać względy obiektu uczuć. Odrzucony adorator łka i wymyśla. Nie stałoby się tak, gdyby nie ów zbyt wielki worek i zbyt dużo piachu. A wystarczyło proste liczenie. 2 plus 2 to cztery a nie pięć. Jakby każdej z tych jedynek przypisać 5 proc. - wychodzi ich 20, nie zaś 25. Złe dodawanie zawsze daje zły wynik, podobnie jak sny o potędze. Szkoda, że nie wpadł zalotnikom w ręce stary ale jakże celny wierszyk Juliana Tuwima, z którego płynie głęboka nauka.

 

                Idzie Grześ przez wieś, worek piasku niesie

                A przez dziurkę piasek ciurkiem sypie się za Grzesiem.

                „Piasku mniej – nosić lżej” – cieszy się głuptasek.

                Do dom wrócił, worek zrzucił? Ale gdzie ten piasek?

Worek Grzesia nie wytrzymał, był za cienki. Cienki jak program pod kuszącym, acz pustym hasłem: Już my wam drodzy wsiowi obiecamy wszystko co chcecie…Niestety, dziur było za wiele. Takich nie do załatania. Na czele z dziurami w pamięci. Wszak pierwszy lepszy mieszkaniec wsi lub miasteczka, nawet ten wcześniej popierający zieleń koniczynki, dobrze jeszcze pamięta jakim słowem obrzucali go peowscy ważniacy i oblepiający ich celebryci. Jak kpili z prowincjalnego zacofania, jak wymyślali mu od ciemnoty, pijaków, cwaniaków. Jak usilnie próbowali wyciąć wszystko co swojskie, tradycyjne. Jak machali mu przez oczami tęczową flagą postępu. Jak ogołocili tę niezjadliwą dla nich prowincję z ważnych dla codziennego bytowania rzeczy: posterunków policji, bibliotek, punktów pocztowych, sieci autobusowej i kolejowej. Jak krok po kroku, rok po roku zsyłali tę prowincję do czarnego kąta, by potem, rżąc ze śmiechu, gadać, że państwo polskie to „ ch…dupa i kamieni kupa”.

Nie zrozumiał Grześ, co to znaczy wieś. Źle napełnił dzban oczekiwań. Zamiast kryształowej wody, wlał doń zlewki z różnych stołów. Tańczył nie do tej muzyki, która mogła się podobać. Ale na naukę nigdy nie za późno. Można ją odnaleźć w innym wierszyku Tuwima.

         Tańcowały dwa Michały. Jeden duży, drugi mały.

         Jak ten duży zaczął krążyć, to ten mały nie mógł zdążyć.

         Mały Michał ledwo dychał. Duży Michał go popychał.

         Aż na ziemię popadały tańcujące dwa Michały.     

Tak, tak. Do tanga trzeba dwojga – o czym od lat przekonuje w swoim przeboju „Budka Suflera”.

Duży Michał - Grześ chciał szybko i od razu wszystko. Mały Michał - wódz ludowców nie nadążał. Bo i jak tu trzymać regularny krok, kiedy nogę podstawia a to partia tęczowych przebierańców z ich dziwacznym planem przemiany płciowej, a to pchają się do przodu, zakłócając dźwięk instrumentów ostatki czerwonych tancerzy spod znaku sierpa i młota. Było oczywiste, co wskazywała prosta logika, że gdy jeden ciągnie w lewo, inny w dół a jeszcze inny nie wiadomo dokąd, prędzej czy później wszystkim poplączą się nogi.

Zuzanna Śliwa