Dziś na ulicach Białegostoku młody proletariat, młodzi robotnicy, prekariusze, siłą sprzeciwili się nowej odsłonie marksizmu, gender homo rewolucji. Wzbudziło to histeryczną reakcję lewicy wyalienowanej z proletariackiej rzeczywistości reakcjonizmu i nacjonalizmu. Podobnie jak w czasie transformacji ustrojowej, politycy mieniący się patriotycznymi brutalnie spacyfikowali bunt młodych robotników, kolejny raz pokazując, że reakcjonistyczne i nacjonalistyczne idee obecne w proletariacie są im obce.

 

Klasa robotnicza, proletariat, prekariusze, są homofobami, bo jako prości ludzie nie są zniewoleni konwenansami kulturowymi, które absurdalnie nakazują gloryfikacje zachowań szkodliwych dla zdrowia. Homofobia to naturalna reakcja awersyjna, zdrowy odruch odrazy, wobec zachowań homoseksualnych, które są szkodliwe dla zdrowia, z racji na to, że w wyniku zachowań homoseksualnych rośnie ryzyko zarażenia się wirusami i pasożytami, czy uszkodzeń odbytu. Reflacje homoseksualne stanowią zagrożenie nie tylko dla osób wchodzących w relacje homoseksualne, ale również z powodów epidemiologicznych i kosztów społecznych ponoszonych na leczenie stanowią zagrożenie dla całego społeczeństwa.

 

Kultura wyznacza ramy zachowań dopuszczalnych. Nasz popęd seksualny możemy kulturalnie realizować za zgoda partnerki, niedopuszczalny kulturowo jest gwałt, czyli wymuszanie seksu na pranerce. Podobnie kulturowo dopuszczalna jest homofobia wyrażająca się homofobicznymi kontrmanifestacjami, a niedopuszczalne jest ganianie z widłami i pochodniami za gejem z powodu, że jest ciotą.

 

Inteligencja jako klasa społeczna, dzięki obyciu i wykształceniu (które ekonomicznie nie jest dostępne dla większości proletariuszy, którzy szybko zmuszeni są do podejmowania ciężkiej pracy w młodym wieku) zachowuje się bardziej subtelnie – zamiast disco polo słucha Wolfganga Amadeusza Mozarta.

 

Tę subtelność widać też w polityce. Inteligent optowałby za panelem dyskusyjnym, w którym swoją elokwencją wykazałby swoja wyższość w dyskursie. Proletariusze preferują rozwiązania bardziej bezpośrednie.

 

Świat zmienia się czynem, a nie gadaniem. Lewica rozumie to doskonale, nieustannie atakując bezpośrednio swoich przeciwników politycznych (z tym że lewicowi bojówkarze to kawiorowa lewica, a ich nacjonalistyczni przeciwnicy to właśnie klasa robotnicza). Od lat lewica blokadami i atakami odbiera nacjonalistom wszelkie prawa człowieka (wolność słowa, zrzeszania się, demonstracji, udziału w debacie publicznej). Agresja i przemoc lewicy spotyka się z akceptacją lewicowych mediów, bo jej ofiarami jest proletariat (ze swej natury reakcjonistyczny i nacjonalistyczny) otoczony pogardą przez lewice, bo realnie lewicy klasowo obcy.

 

Kiedy więc klasa robotnicza przejmuje agresywne zachowania lewicy, jej lewicowe narzędzia, tak jak lewica stawia na czyn i akcje, to lewica wyraża swoje histeryczne potępienie (które popierają politycy aspirujący do reprezentowania klasy robotniczej, ale mający kulturowo zdecydowanie bardziej lewicowe poglądy od niej).

 

Ważną kwestią jest to, że reakcjonistyczna i nacjonalistyczna klasa robotnicza jest od wielu lat wykluczona z dyskursu publicznego i przez lewice i przez obecne władze. W demokracji jest wolność słowa, wszyscy dopuszczeni są do debaty publicznej, nie ma progów wyborczych i grupy zmarginalizowane mają swoich politycznych reprezentantów. Wszystkiego tego w Polsce od dekad braknie.

 

Nie można się więc dziwić, że gdy robotnikom progami wyborczymi odebrano prawo do posiadania swojej reprezentacji w parlamencie, gdy są oni niedopuszczeni ani do rządowych, ani do opozycyjnych mediów, gdy ich protesty są od lat brutalnie pacyfikowane przez policje lub rozbijane przez bezkarne bojówki lewicy, to jedyną formą wyrażenia niezadowolenia przez klasę robotniczą jest uliczna agresja.

 

Jako inteligent jestem sceptyczny wobec przemocy ulicznej. Wolałbym zamiast rzucanych kamieni barwne kontrmanifestacje. Jestem jednak świadomy, że kiedy przyjdzie oddawać krew za ojczyznę, to na ulicach polskich miast swoje młode życie będą oddawać prości robotnicy walczący z agresorem, podczas gdy starzy tłuści inteligenci na emigracji będą stroszyć się w piórka rządu emigracyjnego.

 

Trudno mi potępić działania proletariuszy na ulicach Białegostoku wobec aktywistów lewicowych, którzy zjechali się do tego miasta, by szerzyć w nim swoje szkodliwe homo rewolucyjne idee. Trudno mi potępić, bo od lat jestem świadkiem i ofiarą przemocy ze strony środowisk lewicowych. Jak byłem nastolatkiem, tylko z powodu krótko ściętych włosów lewacy (od dekad wspierani przez międzynarodową finansjerę) na ulicach Warszawy urządzali, przy akceptacji władz i establishmentu, polowania na wszystkich posiadających zbyt krótkie włosy.

 

Doskonale pamiętam jak nieliczne antykomunistyczne demonstracje, w których brałem udział od dziecka, stojące przed bramą Uniwersytetu Warszawskiego były przez lewicowców z pierwszomajowych marszy obrzucane śrubami z podkładów kolejowych, petardami, czy butelkami ze smarami – przy absolutnej bierności policji.

 

W mojej pamięci nie zatarło się to, jak przez dekady nasze patriotyczne manifestacje były brutalnie pacyfikowane przez policje. Pamiętam huk broni gładkolufowej, armatki wodne, policyjne pałki i gaz. To jak byliśmy bici tylko dlatego, że chcieliśmy zademonstrować swój patriotyzm.

 

Nie mogę zapomnieć, że od dekad odbiera się nam wolność słowa, możliwość demonstrowania, posiadania reprezentacji parlamentarnej, że jesteśmy zastraszani. Boli to, że nikt nigdy się za nami nie ujął. Padaliśmy ofiara agresji i brutalności, więc staliśmy się twardzi jak bruk. Trudno więc oczekiwać od nas, oczekiwać ode mnie, słów potępienia dla dyskryminowanych i marginalizowanych robotników, którzy w obronie swoich rodzin dzieci zachowują się agresywnie. Nie widzę czemu dyskryminowany i marginalizowany, bity i osamotniony proletariat, miałby grać wiecznie role masochistycznej ofiary, role, którą na scenie politycznej wyznaczyła nam lewica.

 

Przez lata rządy III RP naznaczały nas negatywnie, jako wrogów społecznych, bez jakichkolwiek przyczyn otaczając nasze demonstracje kordonami policji prewencji. Dziś widzę, że lewica musi iść przez polskie miasto otoczona takim kordonem. Taki obrazem idzie na cały świat. Polska ukazywana jest jako kraj homofobiczny. Mnie jakoś ten międzynarodowy wizerunek Polski nie przeszkadza. Tak jesteśmy ostatnim bastionem zachodniej cywilizacji. Azylem dla prześladowanych homo normalnych z całego świata, otwartym na tych, którzy by cywilizacja europejska przetrwała. Nie możesz być Niemcem w Niemczech, Francuzem we Francji, może czas pomyśleć o ewakuacji i ocaleniu resztek Niemiec czy Francji w Polsce, w takim nomen omen Białymstoku.

 

Jan Bodakowski