Reżyser Vega słowa dotrzymał. Coś odkryte zostało. Tyle że nie prawdy wyszperane w mrokach politycznych kulis, a goły zadek artysty Olbrychskiego. W porywie pasji twórczej ostatnie sceny tego tak rozgłaszanego filmowego tworu umajono bowiem widokiem odkrytej części ciała aktora, z natury leżącej tuż poniżej pleców. Wszystko co było na ekranie wcześniej, po tym doniosłym akcie odkrycia przestało się liczyć. Jakby nie patrzeć podsumowaniem filmu jest d…, choć nie Maryni, co byłoby może większą atrakcją, gdyby nie dokonania artystyczne tejże d…właściciela. Wszak tylko on – znany wykonawca - mógł zostać wybrany do tak szokującej puenty. Nikt inny do podobnej roli nie dorósł. Ów odsłonięty fragment organizmu wprost krzyczał: -Wszystko co tu widzieliście jest do d…!

Przypomniało to dosadne ludowe powiedzenie z Podkarpacia: Rozum d…ą zastąpił. Odnosiło się do kogoś kto postępuje bezmyślnie. Jednak przecież nie bezmyślność była kołem napędowym tego widowiska. Nie przyszło mi nawet do głowy, aby tak osądzać reżysera V. Wszystko co czynią ludzie tzw. kultury wysokiej, w tym i on, jest wszak wyłącznie wyrazem wyobraźni twórczej, wobec której oceny ludzi kultury niższej, czyli zacofanego motłochu, nie mają znaczenia.  

W mojej zacofanej tumanowatej łepetynie skrzył się jednak i nie dawał spokoju problem: - Co oni, ci artyści, mają z tym zadkiem? Włóczą się z nim po scenach nowoczesnych teatrów, obnoszą tęczowo po ulicach, chcą z nim wleźć do szkół. Pytanie to zadałam profesorowi Internetowi, wpisując frazę: potrzeba pokazywania narządów płciowych. Wynik wyskoczył w parę sekund: Ekshibicjonizm. Określenie znane, chociaż jego naukowe szczegóły już mniej. Warto je więc przytoczyć.

Ekshibicjonizm to parafilia seksualna  ( zaburzenie preferencji seksualnych – dewiacja, zboczenie, perwersja), „…stan w którym jedynym lub preferowanym sposobem osiągania satysfakcji seksualnej jest demonstrowanie swoich narządów płciowych lub aktywności seksualnej ( np. masturbacja) obcym osobom zazwyczaj płci przeciwnej, które się tego nie spodziewają. Osoby obnażające się nie zdradzają zamiaru współżycia seksualnego z mimowolnym uczestnikiem tej sytuacji. Reakcja lęku/szoku świadka tego zdarzenia zwiększa podniecenie ekshibicjonisty…”

Trudno uwierzyć, że istnieje związek logiczny między definicją ekshibicjonizmu podaną przez profesora Interneta a tym pokazem. Jednak nie da się ukryć, że zaszło tu zjawisko demonstrowania narządów płciowych obcym osobom, które się tego nie spodziewają. Czyżby twórca oczekiwał tym samym reakcji lęku/szoku u świadka tego zdarzenia? Celem samym w sobie nie mogła być przecież prezentacja dolnej urody znanego aktora. Nie śmiem oczywiście podejrzewać szanownych panów: reżysera V. i jego artysty o poryw ekshibicjonistycznych chuci. Być może wystawienie półkul aktora to znak wiary, że do widzów lepiej dotrze się za ich pomocą, gdy nie zawsze przemawianie gębą wystarcza?

Każde zdarzenie ma początek, treść główną i zakończenie, czyli puentę. Początkiem było wejście filmu na ekrany. Treścią główną zlepek scen mających obnażyć nicość naszego życia politycznego i nędzę moralną jego przedstawicieli, głównie tych rządzących. Świadczy o tym fakt, że jakby grubszą czcionką wybito parę scen, które miały obrzydzić ich wybrane postacie. Przypomina to lekturę stron szmatławego tabloidu, pasącego się skandalikami i nieistotnymi potknięciami, które po odpowiedniej przeróbce można podać jako sprawy arcyważne. Ale że dłuższa lektura/oglądanie zestawu głupot jest nudne, trzeba nadać im mocniejszą oprawę. Nakreślić ostre ramy. Dlatego puenta w postaci d…artysty musiała się wydać reżyserowi V. wielce pożądaną. Tą d…postawił mocną kropkę.

Z niecierpliwością oczekujemy kolejnych dzieł artysty V. Ma w zapasie jeszcze inne części ciała do pokazania, czemu bez wątpienia sprosta. Wszak nie można tak wielkich jego osiągnięć o kant d…potłuc.

 Zuzanna Śliwa