Cóż jakby to powiedzieć – Łodzio zatoń. Pierwsze pozytywne wrażenie odniosłem już w czasie podróży. Pociąg Regio z Poznania Głównego (taka lewacka wieś na prawach miejskich) dojechał do Łodzi zaledwie z 40 minutowym opóźnieniem. Standard. Tak samo to, że przechodząc z dworca Łódź Kaliska na przystanek autobusowy Włókniarzy/Karolewska, czyli pięć minut spacerkiem zostałem po kolei zaczepiony przez trzech żebrzących żuli. To dobry wynik nawet na takie metropolie, jak Rio de Janeiro, Mexico City, Manila, czy inne Favelas Las Paletas. Jak widać Łódź pod tym względem przebija nawet tamte miasta w krajach bez opieki społecznej. Cóż brawo caryca Zdanowska dzięki której Uć jest krainą mlekiem i miodem płynącą dla jej mieszkańców.

O ile dwóch pierwszych żulinio było w miarę kulturalnych i po słodkim, acz soczystym „spierd…j” z mojej strony oddaliło się w stronę zachodzącego Słońca i innych frajerów do naciągnięcia na złotóweczkę, to trzeciemu udało mi się autentycznie podnieść ciśnienie. Zresztą sądząc po jego facjacie nie mnie pierwszemu w ciągu tego dnia. Ponieważ jego ryło składało się z kilkudniowej brody i wąsów, przepitych, kaprawych oczków a la Tusk (czyli oczy śniętej, rozkładającej się ryby), świeżych gilów z noska malowniczo rozsmarowanych na całej japie i dużej ilości krwi (z rozciętego w ciągu ostatnich kilku godzin łuku brwiowego i chyba złamanego nosa, o czym świadczyły podbicia obu oczu). W każdym razie krwi na pysku miał tyle, że mógłby się porządny wampir nażreć – o ile nie wybrałby lepszej jakościowo krwi bydlęcej, albo świńskiej. Otóż osobnik ów pomimo kulturnej odmowy postanowił tego nie przyjąć do wiadomości.

Co więcej uznał, że byłem dla niego niemiły, przez co postanowił mi zaprezentować swoje umiejętności w zakresie WuDżitsu, czy innego Kutarate łamanego przez Hudo tworząc wokół siebie malowniczy wiatrak. Tym bardziej malowniczy, bo miał ze trzy promile w wydychanym. Nikt mu jednak chyba jeszcze nie powiedział, że trenowanie Hudo jest bardziej niebezpieczne, niż gdyby nic nie trenował.

Przez moment miałem atawistyczną ochotę rozdeptać ów zapijaczony pomiot. Zwłaszcza, że ostatnio przez to, że musiałem odpuścić dwóm osobom, którym należał się oklep z automatu za chamstwo, buractwo i wieśniactwo cierpię na nadmiar skumulowanej, a niestety niewyładowanej agresji. Wstępnie powinienem mu pierwszym machnięciem głowy powtórnie zrobić dziadowi fontannę z nosa, a potem uczciwie niczym lokalny ucki twardziel na nim odtańczyć radosnego kujawiaczka (to wszystko oczywiście w celu uratowania kryjącego się we mnie delikatnego romantyka przed ograbieniem i zabiciem przez margines społeczny na jednej z łódzkich ulic).

Jednak powstrzymałem się. Otóż nie wypada, żeby absolwent dwóch magazynierów, trzech podyplomówek (kilku następnych w toku) i od zawsze rozgrzebanego doktoratu z nauk humanistycznych tłukł się z marginesem społecznym przy jednej z najruchliwszych, łódzkich arterii komunikacyjnych. Po drugie gliniarze mogliby się chamsko czepiać noszonego w kieszeni, ale przecież nie używanego noża. Poza tym wolałbym uniknąć zakażenia kilkoma jednostkami chorobowymi przy ewentualnym zranieniu się i związanych z tym rozlicznych infekcji od tegoż mieszkańca rynsztoków, bo nie byłem pewien, czy denaturat w jego krwi je zneutralizował.

Tak więc pomimo jego agresji grzecznie odpowiedziałem, żeby się… dogłębnie zaprzyjaźnił ze swoim organem płciowo-mózgowym i że tak opuszczone gacie, jak on to noszą tylko murzyńskie cwele - pedały w amerykańskich więzieniach, bo są one symbolem seks-dziewczynki pod celą. Poza tym człek kulturny ani nie sika, ani nie kupka w gacie, co wskazuje, że typ jest podwójnie niekulturny. Po czym oddaliłem się z niesłychaną godnością olewając fakt, że druga strona wyzywa mnie niczym - poślica Donalda T. pardon Jungingena spod Grunwaldu Jachira naszych wysłanników od Jagiełły na bój śmiertelny. Pocieszając się, że powstrzymanie się od chociażby jednego kopniaka w krocze dziada świadczy o dobrych przepływach energii chi na czakramach i całkowitej kontroli nad złymi cechami mego charakteru.

Stwierdzam jedno – miasto się zwija. Dziś w środku dnia na placu Dąbrowskiego przed Teatrem Wielkim jest pięć razy mniej osób, niż kilkanaście lat temu. Przy średniej wieku 70 plus. W Łodzi ocalały tylko lombardy, lumpeksy, kredyty chwilówkowe (choć ponoć ustawą PiS załatwił lichwę) i kebabownie, oczywiście nie licząc wszelkich monopolowych. Widać czego narodowi, a szczególnie łodzianom do szczęścia potrzeba.