Cała sprawa dotyczy zakazu publikacji reklam politycznych na Twitterze. Wskutek tego pojawiły się naciski, aby Facebook uczynił podobnie. Na chwile obecną kłamanie na platformie Marka Zuckerberga nie jest w żaden sposób zakazane. Facebook oficjalnie przyznał, że nie będzie weryfikował faktów przedstawianych w ramach kampanii politycznych, czy ogłoszeń polityków. Redaktor Emily Stewart zarzuca więc platformie, że tymi regulacjami umacnia ona pozycję prezydenta USA Donalda Trumpa.

Działania Facebook są na tym polu dwuznaczne. Z jednej strony oficjalnie w ramach walki z tak zwaną “mową nienawiści” (hate speach) wprowadza weryfikacje faktów (fact-checking), a z drugiej strony w przypadku osób mających realny wpływ na społeczeństwo uważa, że nie jest to potrzebne. Zarazem wyraża zgodę na okłamywanie wyborców dla pozyskiwania poparcia i dojście do władzy. W tym samym czasie równocześnie cenzuruje wypowiedzi obrońców życia jako kłamstwa. Równocześnie firma usunęła ogłoszenie polityczne godzące w senatora Lindsey Grahama (republikanina), że wspiera lewicowy Nowy Zielony Układ. Cała sprawa ukazuje, że Facebook wykorzystuje regulaminy do dbania o własne wpływy polityczne i nie koniecznie są to działania wymierzone wyłącznie w prawicową scenę polityczną, co w kontekście Amerykanów oznacza republikanów.

Wypowiedź Jacka Dorseya, szefa Twittera, że “Podjęliśmy decyzje zatrzymania wszelkich reklam politycznych w skali globu. Uważamy, że polityczny przekaz powinien być zarobiony, niekupiony. Dlaczego? Z kilku powodów…” rozpętała burzę. Internauci w swych komentarzach mówili, że oczekują odpowiedzi od Facebook, niektórzy wręcz odnieśli się do usunięcia całej platformy. Dorsey wskazał, że dzięki technikom maszynowego uczenia oraz technikom microtargeting połączonych z deep fakes jest możliwe kłamanie na niespotykaną skalę milionów ludzi. Dlatego wycofał się z reklam, bo uważa, że czym innym jest informowanie o sposobach rejestracji do wyborów na tle kupowania wyświetleń dowolnej treści, nawet jeśli nie zgadza się z oceną moralną platformy.

Od strony marketingu posuniecie Jacka Dorseya jest strzałem w dziesiątkę, bo powoduje, że użytkownicy zyskują zaufanie, iż ich głos na platformie ma znaczenie i że to oni kształtują nawzajem swoje poglądy. Kryje się w tym naiwność, bo myślenie stadne opisane przez Gustava Le Bonna odciska swe piętno na jednostkach w starciu z grupą.

Politycy dalej mają możliwość wysyłania tweets. Jedyne, co się zmienia to, że ich wiadomości nie będą promowane za pieniądze. Wedle tego, co ogłosił Dorsey kryje się w tym zagrożenie dla obywateli. Zdaniem komentatorów szef Twitter wybrał czas do ataku na konkurencję, bowiem Facebook ogłosił kwartalne wyniki finansowe. Związany z Poolhouse Will Ritter wskazał, że Twitter nie jest oczkiem w głowie reklamy politycznej jako, że jest zdominowany przez boty, aktywistów, a także dziennikarzy.

Twitter ma trzy miliardy dolarów przychodu rocznie. Wzrosły one o jedną czwartą z roku na rok. Facebook w tym samy roku, 2018, miał siedemnaście tysięcy dwieście sześćdziesiąt dwa tysiące milionów dolarów. To oznacza, że jeśli chodzi o pieniądze na jeden dolar dla Twitter przypada prawie sześć tysięcy dla Facebook. Tym samym posunięcie ze strony Dorseya jest kroplą w morzu możliwości jakie ma Mark Zuckerberg. W przypadku Stanów Zjednoczonych Federalna Komisja Łączności w rozdziałach od trzystu dwanaście od trzystu piętnaście reguluje kwestie reklam i informacji politycznych.

Mark Zuckerberg w wypowiedzi na Facebook snuje wizję, że “głos i ekspresja miały znaczenie dla postępu w czasie historii” świata. Nie ma tutaj jednak jednoznacznego wskazania jaki światopogląd polityczny i dlaczego jest promowany na platformie. Poza hasłami o neutralności światopoglądowej kryje się operacja ustawiania układów politycznych, promowania partii oraz prób ustalania rządów zgodnych z wewnętrzną linią programową tego mediów społecznościowego.

Przy ogólnej skali zarobków siedemdziesiąt pięć milionów dolarów Donalda Trumpa w cyfrową  reklamę polityczną wydaje się kroplą w morzu. Jednak po przemnożeniu przez dziesiątki polityków i osób żądnych władzy pojawia się poważny biznes. Reklamy wymierzone z Democratic National Committee w Donalda Trumpa na Facebook kosztowały w 2019 roku trzy miliony dolarów na samym Facebook.


Jacek Skrzypacz