Odpowiedź na pytanie, dlaczego kierowanie tą ważną Komisją powierzono komuś wyznającemu kompletnie inne wartości od tych, które deklaruje PiS, jest niezwykle prosta:

PiS głosuje za najbardziej radykalnym projektami antyaborcyjnymi (również zakładającymi karanie kobiet więzieniem za dokonaną aborcję) kiedy jest w opozycji, a będąc u władzy (2005-07; 2015-19) unika tego tematu lub wraz z posłami lewicy utrąca zgłoszone projekty kierując je do podkomisji (która później nie zajmuje się projektem) lub do Trybunału Konstytucyjnego (który również nie podejmuje tematu). Z kadencji na kadencję słyszymy od przedstawicieli PiS, że koniecznie trzeba zająć się zwiększeniem ochrony poczętych dzieci, ale "nie teraz", "w następnej kadencji", "jak będziecie mieli większość", a mając większość "jak będziemy mieli większość konstytucyjną" itp. itd.

Taka postawa niepokoi część zwolenników PiS, a środowiska pro life bulwersuje w takim wymiarze, że mogą odwrócić się od PiS.

Co zatem PiS robi z tak niewygodną dla siebie sytuacją?

PiS oddaje Komisję, w której kompetencjach jest zajęcie się kwestiami rodziny, w tym ochrona życia poczętych dzieci, zwolenniczce aborcji na życzenie, ona niechybnie zgłosi projekt aborcji do 12 tygodnia życia, co ma w swoim programie wyborczym, a PiS będzie mógł bohatersko bronić nas przed „zgnilizną nadciągającą z zachodu”, przed "cywilizacją śmierci", przed „agresywnym i szkodliwym lewactwem”, które „chce mordować dzieci w okresie prenatalnym”.

W ten sposób PiS piecze dwie pieczenie na jednym ogniu. Po pierwsze nie uchwala niewygodnej dla siebie ustawy, po drugie staje na czele „obrońców życia dzieci poczętych”, jednocześnie nie narażając się nadmiernie środowiskom lewicowym i liberalnym.

Postawa godna Piłata.