Wspomnianą starszą panią dotknęła przykra dolegliwość. Spuchło jej ucho, i to nie na zewnątrz a w środku. Najpierw rwało i bolało aby po dwóch dniach zatkać się tak, że przestała słyszeć. Ból był coraz większy, nie dawał spać po nocach. W jej przychodni tłumy, bo pora jesieni ściąga rozmaite schorzenia. Miała szanse na wizytę dopiero za kilka dni. Jedyne wyjście: wizyta prywatna. Pojechała do gabinetu w pobliskim miasteczku. Trochę jej to było nie na rękę; wydatek 125 zł stanowił spory uszczerbek w skromnym budżecie. Tyle wydawała na życie przez ponad tydzień.

Laryngolog, pachnący dobrą wodą kolońską przystojny pan około czterdziestki, spóźnił się aż pół godziny. Wkraczając do gabinetu rozmawiał przez komórkę, informując rozmówczynię by nastawiła kawę, bo za parę minut będzie wolny. Zabrzmiało to dla czekającej nieco złowieszczo, ale pocieszała się, że może po prostu mówi tak z grzeczności.

Przystąpił do badania. Uchwycił płatek bolącego ucha, pociągnął, zerknął, ucho puścił, usiadł za biurkiem i wypisał receptę na kropelki, zaznaczając, że są pełnopłatne. Cała wizyta trwała trzy minuty. Na pytanie pacjentki, co się z tym uchem dzieje, odrzekł krótko: - Kropelki pomogą. Do widzenia.

Nie pomogły, za to kosztowały 41 złotych. Ale ból i głuchota nie ustępowały. Wręcz się nasiliły. Po kilku dniach postanowiła znów szukać pomocy. Niestety, kolejka w przychodni NFZ była jeszcze większa. Został gabinet prywatny. Wybrała inny, tańszy, gdzie wizyta kosztowała 105 zł. Lekarz tym razem był na czas. Podobny do poprzednika, przystojny, pachnący i, jak się okazało, równie szybki. Procedura badania powtórzyła się kropka w kropkę. Zerknięcie do ucha, biurko, recepta. Na te same kropelki. Zdesperowana kobieta, widząc, że znów została „olana”, idąc ku drzwiom zadała pytanie.

- Czy to prawda, że lekarze mają takie ciche zarządzenie by tych po pięćdziesiątce nie leczyć ale kierować na eutanazję?

- Co mi pani tu opowiada? – wzburzył się.

- To co widzę – odpowiedziała spokojnie. – Pozazdrościć zarobku. 30 złotych za minutę pracy.

Przyrzekła sobie, że jej noga w podobnym przybytku wysysania grosza nie stanie. Wytrzymała tydzień. Ból rozszalał się na dobre. W przychodni NFZ dali jej termin tygodnia. Zadzwoniła więc do tej co poprzednio prywatnej pytając czy jest u nich inny laryngolog. Był. Kobieta. Z nadzieją, że może będzie inna niż koledzy zjawiła się o wyznaczonej godzinę w gabinecie. Lekarka, szczupła blondynka w wieku ok. 45 lat od razu wzięła się do rzeczy. Używając niezbędnych instrumentów dokładnie obejrzała ucho i wnętrze nosa. Ba, nawet obmacała głowę i szyję. A potem zapytała:

- Długo pani z tym chodzi? Przecież to musiało mocno boleć. Okropne sobie pani wyhodowała paskudztwo. I dlaczego dopiero teraz do lekarza, kiedy przeszło już w taki ostry stan zapalny? Takich spraw nie wolno lekceważyć.

Sąsiadka wyjaśniła, że u lekarza była. Nawet u dwóch. Tak naprawdę jej nie zbadali, tylko dali jakieś kropelki i szybko się pozbyli. Pani doktor nie wypadało komentować. Pokiwała tylko głową, dodając, że nie kropelki tutaj potrzebne lecz antybiotyk. Być może dwa, jeśli jeden nie poskutkuje. Bo ucho jest w fatalnym stanie.

Po trzech tygodniach leczenia i dwóch antybiotykach oraz dwóch wizytach kontrolnych ucho wróciło do normy, choć zdarzyło się parę lżejszych nawrotów. Sąsiadka wreszcie odetchnęła. Mimo że lżejsza o kilkaset złotych, przez co musiała w zaprzyjaźnionym sklepie kupować jedzenie „na kreskę”, dziękowała Bogu, że trafiła na prawdziwego lekarza.

Dlaczego poruszam ten temat? Powód prosty. W dyskusji o stanie służby zdrowia warto dostrzec, że coś jest nie tak z niektórymi lekarzami, jeśli ważna stała się na nich tylko kasa - i nic więcej. Niestety, tacy „odbębniający robotę” nie są jednak zjawiskiem wyjątkowym a gabinet prywatny nie zawsze gwarantuje, że dotrzymują tam przysięgi Hipokratesa. Na szczęście prawdziwych lekarzy jest znacząco więcej. Tylko szkoda, że tych „ na niby” nikt nie kontroluje i nie przypomina, iż używając tytułu lekarza powinni nim rzeczywiście być.

Zuzanna Śliwa